Reklama

Reklama

Ochrona życia to nie wegetacja, a spełnianie marzeń

Autorzy książki „Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet”: siostra Tymoteusza Gil, Piotr Żyłka, Łukasz Wojtusik i siostra Eliza Myk /Dariusz Kobucki/Studio Inigo /materiały prasowe

- Bardzo łatwo jest podpisać jakąś petycję i deklarować, że jest się za ochroną życia, a później ani razu nie pomóc konkretnie, docelowo rodzicom dziecka z niepełnosprawnością lub samemu dziecku - mówią dominikanki Eliza Myk i Tymoteusza Gil w książce "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet". - Wkurzenie i lęki tych kobiet, które chodzą w marszach, mogą nieść inne przesłanie niż morderstwo na niewinnych dzieciach.

Zakonnice zasłynęły w internecie "tańcem pingwinów". Zabawnym filmikiem zwróciły uwagę na prowadzony przez siebie Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Broniszewicach, w którym przebywa 56 niepełnosprawnych podopiecznych. O tym niezwykłym miejscu, o pomocy niepełnosprawnym dzieciom i o tym, czym ich zdaniem jest obrona życia, opowiedziały Piotrowi Żyłce i Łukaszowi Wojtusikowi w książce "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet". Poniżej publikujemy jej fragment. 

Piotr Żyłka: Czym dla was jest ochrona życia?

Reklama

Siostra Eliza Myk: - Ochrona życia to sprawianie, żeby życie było pełne, szczęśliwe, żeby nie było wegetacją, ale spełnianiem marzeń. To także pomaganie w wypełnianiu pasji. Ochrona życia nie ogranicza się do dziewięciu miesięcy życia prenatalnego, na których koncentruje się wiele środowisk kościelnych mówiących, że są pro-life. Dla nas w Domu Chłopaków wszystko zaczyna się od urodzin. To, co wcześniej, to jest mały pikuś.

Siostra Tymoteusza Gil: - Bardzo łatwo jest podpisać jakąś petycję i deklarować, że jest się za ochroną życia, a później ani razu nie pomóc konkretnie, docelowo rodzicom dziecka z niepełnosprawnością lub samemu dziecku. W ten sposób można najprościej uspokoić swoje sumienie: podpisuję, że jestem za, a tak naprawdę mam gdzieś, czy kobieta, która urodziła dziecko z niepełnosprawnością, radzi sobie z sytuacją. Sam podpis pod petycją lub ogłaszanie nakładką na Facebooku, że "Jestem za życiem", nie jest ochroną życia.

SEM: Miałyśmy taką historię, że w poście na FB odniosłyśmy się do sprawy, o której powiedziała Tymka, i odezwała się do nas mailowo rodzina. Napisali: "Wpłacamy na Dom Chłopaków dwieście tysięcy złotych, bo zrozumieliśmy, że same podpisy przeciwko aborcji nic nie znaczą bez konkretnych czynów na rzecz dzieci z niepełnosprawnością już po ich urodzeniu". To była największa jednorazowa darowizna dla nas w trakcie budowy Domu Chłopaków.

PŻ: Te nakładki pojawiły się masowo wśród katolików po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Ludzie triumfalnie ogłosili: "Wygrało życie!".(...)

SEM: - Gdy widzę, że ktoś z lekkością oznajmia w mediach społecznościowych, iż jest za życiem, mam ochotę odpisać: "A czy za powykręcanym i zdeformowanym życiem pełnym wad genetycznych też?". Myślę, że strach protestujących kobiet dotyczy przede wszystkim tego "powykręcanego i zdeformowanego" życia. Mam wrażenie, że to nie jest tak, że one nie chcą przyjąć pięknego, ślicznego, zdrowego dziecka, tylko boją się tych najtrudniejszych sytuacji, czyli ciężko chorego dziecka, które odbiera szansę na normalne życie. Trzeba sobie uświadomić, że mały człowieczek z dużymi niepełnosprawnościami w rodzinie to pożegnanie z "normalnym" modelem codzienności. Bardzo często zaczyna wtedy brakować czasu na dbanie o relację między mężem i żoną, nie ma czasu na zajmowanie się innymi (zdrowymi) dziećmi. Czasem obciążenie jest tak duże, że rozbija małżeństwa i rodziny.

STG: - Czujemy się trochę ambasadorkami rodzin dzieci niepełnosprawnych. Dostajemy od nich mnóstwo maili i telefonów. Szczególnie od mam. Dzielą się z nami tym, co dla nich trudne. Opowiadają, jak po narodzinach dziecka zostają ze wszystkim same i nie dają rady. Nie wyrabiają finansowo, nie dostają żadnego wsparcia psychologicznego. Ich życie staje się więzieniem, nigdzie nie mogą wyjść. Problemy, razem z psychicznym uwięzieniem, uzależnieniem od chorej osoby zaczynają narastać i odbijają się na pozostałych członkach rodziny. To czasami koszmarnie trudne historie.

- Przypomina mi się historia rodziny, z której trafił do Broniszewic jeden z naszych chłopaków. Miał czternaście lat. Kiedy jego mama nam go oddawała, powiedziała: "Siostro, za późno was poprosiłam o pomoc. Syn i córka od dawna robili mi wyrzuty. Nigdy nie przychodziłam do nich na wywiadówki do szkoły, nie miałam czasu zobaczyć, jak grają w jasełkach. Przez lata tłumaczyłam się brakiem czasu, bo przecież miałam chore dziecko potrzebujące nieustannego dozoru. Wymagałam od swoich zdrowych dzieci zrozumienia, że cały swój czas muszę poświęcić dla ich niepełnosprawnego braciszka". Konsekwencje tego stanu rzeczy były dramatyczne: dzieci się od niej odcięły, wszystko się rozpadło. Kiedy już miała czas, żeby pomóc swoim dorastającym dzieciom, bo chory syn był w Broniszewicach, wówczas jej zdrowe dzieci powiedziały: "Sorry, mamo, ale dla nas jesteś obcą osobą i dlatego nie dopuścimy cię teraz do rozwiązywania naszych życiowych spraw".

SEM: - I jeszcze jedna historia, tym razem z pierwszej fali koronawirusa. Zadzwoniła do nas kobieta z informacją, że musi oddać do nas swojego syna. Od dwóch miesięcy siedzieli zamknięci w domu. On dwadzieścia cztery godziny na dobę wydawał jeden, powtarzany co dwie sekundy dźwięk, coś na granicy łkania i krzyku. Kobiecie siadła psychika, opadła z sił. W dniu, w którym się do nas odezwała, była bliska wyskoczenia przez okno. "Ale kiedy już miałam to zrobić, przyszedł mi na myśl wasz Dom Chłopaków. Ja do kościoła nie chodzę, nie cierpię zakonnic, ale wszyscy mi wkoło mówili, że w Broniszewicach mogłabym uzyskać pomoc, że się dobrze zajmiecie moim synem". Rozumiecie? To są prawdziwe dramaty, z którymi mierzą się kobiety.

STG: - Niedawno zmarł nasz chłopiec. Był z nami przez dwadzieścia osiem lat swojego trzydziestojednoletniego życia. Rodzice po jego śmierci napisali nam esemesa: "Dziękujemy bardzo za wspaniałą opiekę. Brak słów, żeby to wyrazić, jak bardzo jesteśmy wdzięczni za waszą pomoc. Gdyby nie wy, nasze pozostałe dzieci nie miałyby normalnego dzieciństwa. Pozdrawiamy i życzymy dużo zdrowia i cierpliwości".

SEM: - Powtórzę, łatwo jest na marszach skandować za życiem, ale to nie ma nic wspólnego z realnym wsparciem takich kobiet jak te, o których opowiadamy.

Jakie wnioski należałoby wyciągnąć ze strajków kobiet - czytaj na następnej stronie >>>

PŻ: Kobiety, które wyszły na ulice, mówią, że chcą same decydować o tym, czy stać je na heroizm. To nie chodzi o proste żądanie: "Moje ciało, moja sprawa!", ale raczej o to: "Żaden człowiek, który nie był w tak trudnej sytuacji, nie czuł takiego zagrożenia, bezradności i bezsilności, nie jest w stanie tak naprawdę tego wszystkiego zrozumieć i nie ma prawa za mnie decydować, co mam zrobić".

SEM: - I na to często jedyną odpowiedzią ze strony Kościoła są cytaty z Jana Pawła II i stanowcze mówienie, że zawsze i wszędzie trzeba bronić życia. Żeby była jasność - jestem za ochroną życia. Możemy jednak mieć inną postawę: próbować zrozumieć i usłyszeć, co się kryje w sercach protestujących. Wkurzenie i lęki tych kobiet, które chodzą w marszach, mogą nieść inne przesłanie niż morderstwo na niewinnych dzieciach. Uważam, że zawsze warto rozmawiać, że warto wysłuchać wkurzonego człowieka, stworzyć mu przestrzeń do wypowiedzenia się o tym, co się w jego sercu dzieje, zamiast zamykać dyskusję stwierdzeniem: tak ma być i koniec.

- Przypomina mi się jeszcze jedna historia znajomego, który miał niepełnosprawnego synka. Człowiek niewierzący, mocno zniechęcony do Kościoła. Długo się zastanawiał, zanim do nas napisał. Wcześniej dokładnie oglądał naszą stronę internetową, przyglądał się chłopakom. Szukał na nas haka. "Chciałem sam sobie udowodnić, że chłopcy są u was nieszczęśliwi, ale na tych zdjęciach każdy chłopak miał takie szczęście i spokój w oczach". Pół roku później odważył się do nas zadzwonić, doszedł do wniosku, że chyba siostrzyczki nie są najgorsze.

Łukasz Wojtusk: A jak w ogóle na was trafił?

SEM: - I tu wracamy do mojego postu na FB dotyczącego hipokryzji niektórych osób ze społeczności pro-life, które twierdziły, że budując Dom Chłopaków, zanadto się trudzimy na własne życzenie. Dla naszego znajomego ten właśnie wpis stał się impulsem. A kiedy po jakimś czasie nam zaufał i opowiedział o sobie, okazało się, że mieli z żoną niepełnosprawne dziecko, które zmarło. Mocno przeżył depresję swojej żony, zrozumiał, jak każdy dzień walki o życie ich syna Maćka zabijał ich samych. Powiedział, że jeśliby dziś dowiedzieli się, że znowu będą mieć takie dziecko, to dokonaliby aborcji. "Nie miałbym siły patrzeć, jak zabijam własną żonę".

PŻ: Wielu w tym momencie krzyknęłoby z oburzeniem: "Morderca!".

SEM: - Takiego człowieka nie można oceniać. Powiedziałam mu tylko tyle, że gdyby jednak zdecydowali się urodzić kolejne dziecko, to mogliby na nas liczyć, my byśmy im pomogły, nie zostaliby sami. Dzięki temu czułam głęboko rozumiany spokój. Jestem człowiekiem ze strony Kościoła, który może im konkretnie pomóc. I wydaje mi się, że wyłącznie z takim komunikatem powinniśmy wychodzić do ludzi w bardzo skomplikowanych sytuacjach rodzinnych. Do rodzin, które się boją, że nie dadzą rady. Do samotnych matek lub ojców. My rozumiemy, czego oni się obawiają. Czasem po kilku godzinach z naszymi chłopakami nie mamy już sił i chcemy sobie strzelić w łeb, a co dopiero mówić o normalnym funkcjonowaniu w rodzinie?

Jak wspólnota Kościoła powinna wspierać rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi - czytaj na następnej stronie >>>

PŻ: Czy my jako wspólnota Kościoła jesteśmy zawsze gotowi, żeby wyjść z takim komunikatem do kobiet, do rodzin, które się wahają? Czy takich miejsc jak wasze i takich ludzi jak wy jest wystarczająco dużo?

SEM: - Wierzę, że Pan Bóg będzie posyłać następnych ludzi pomagających w tej przestrzeni. A potrzeb jest dużo i są mocno zróżnicowane. Kiedyś zadzwoniła do nas kobieta z Łodzi, z dominikańskich kręgów, też ma niepełnosprawnego syna. Chłopak skończył dwadzieścia sześć lat, dlatego formalnie nie może zostać mieszkańcem naszego domu, przyjmujemy chłopców jedynie do osiemnastego roku życia. Dla jego mamy Broniszewice pozostają marzeniem o miejscu, w którym syn byłby bezpieczny. Czułam jej rozpacz. Pytała nas, co się stanie, gdy zabraknie jej sił. Odpowiedziałam: "Zbudujemy następny dom, dla dorosłych chłopaków". Takich telefonów jak ten od Edyty mamy coraz więcej. Wierzę, że Pan Bóg kolejny raz da nam siłę. I siostry, z którymi damy radę taki dom prowadzić. Jeśli Kościół głosi, że jest za życiem, to musimy tworzyć jak najwięcej realnych przestrzeni wsparcia. Wkurza mnie, że księża głoszą: "Bądźcie za życiem", ale sami boją się do nas przyjechać, choćby po to, żeby w niedzielę odprawić mszę świętą dla naszych chłopaków. To hipokryzja.

ŁW: Konkretne rozwiązania zamiast pouczania z ambon i nadętych haseł na transparentach?

SEM: - Tak. W Broniszewicach jesteśmy na pierwszej linii frontu. Robimy tyle, ile możemy. I jak będzie potrzeba, postawimy następne domy. Po kilku latach walki wyrobiłyśmy sobie pozycję, zdobyłyśmy społeczne zaufanie, które pozwala nam snuć plany kolejnych inwestycji.


PŻ: Ale nie zawsze tak było?

SEM: - To wynik naprawdę długiej walki. Na początku były łzy i bezsilność wobec wielkiej obojętności na chłopaków. Niektórych ludzi guzik obchodziło, że jeśli czegoś nie zrobimy, to za dwa lata nie będą mieli gdzie mieszkać. Łudziłyśmy się, że wzruszymy wojewodę, arcybiskupa albo innych decydentów w państwie, w Kościele czy w znanych organizacjach non-profit. Wszędzie trafiałyśmy na ścianę. Pomogli nam zwykli ludzie. Z Kościoła i spoza niego, a także księża proboszczowie, którzy wpuszczali nas na kwesty do swoich parafii.

ŁW: Co musiałoby się stać, żebyś wyszła protestować na ulicę?

SEM: - Poszłabym, gdyby ktoś zaczął rażąco dyskryminować osoby z niepełnosprawnościami, gdyby łamano ich prawa, wyrażano się o nich z pogardą. Chciałabym też zaprotestować przeciwko postawie tych księży, którzy dyskryminują dzieci z niepełnosprawnościami. Dużo gadają z ambony o życiu, a takie dzieci wypraszają z kościoła.

STG: - Moja rodzina opowiedziała mi historię o proboszczu, który do matki dziecka z zespołem Downa na mszy powiedział, żeby natychmiast wyszła, bo zakłóca mu kazanie. "Weź stąd tego debila". Ksiądz - ideał duchowieństwa służebnego!

SEM: - Na szczęście razem z tą mamą i jej dzieckiem z kościoła wyszło dużo ludzi.

STG: ­ To prawdziwa historia. Niestety.

Fragment książki "Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet" - z siostrami Elizą Myk i Tymoteuszą Gil rozmawiają Piotr Żyłka i Łukasz Wojtusik. Wydawnictwo WAM. Premiera: 5 maja 2021 r.

Jeśli chcesz wesprzeć działania sióstr z Broniszewic - kliknij tutaj >>> 

***

Zobacz również:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje