Reklama

Reklama

Omenaa Mensah: Prawa ręka króla

Jak to jest być „czarną” u nas i „białą” w Afryce? Myślisz: kim właściwie jestem? Gdzie moje korzenie? To pytanie przerosło jej brata, Omenaa postanowiła się nie poddawać. Szukała i znalazła. Teraz w Afryce buduje szkołę, a tu pracuje nad akceptacją dla inności.

Omenaa Mensah: - Zrobić ci kawy? Możesz powiedzieć, że chcesz czarną. I weź czekoladkę.

Twój STYL: Śmiejesz się! Prowokacja? Czytałam twoją książkę, piszesz o sobie: "czekoladka". To nie utrwalanie stereotypu?

- Lubię to słowo. Kiedyś przyszłam do rodziców z płaczem. Byłam rozżalona, że mnie oszukali: nie jestem dzieckiem mamy, bo ona jest jasna, a ja nie. Mama wytłumaczyła mi ładnie: jeśli wymieszasz białą i czarną czekoladę, to wyjdzie z tego taki kolor, jaki masz ty. To mi się spodobało. Wolę, żeby ktoś mówił o mnie czekoladka niż czarnuch. To jest symbol mojego dystansu. Na sesjach zdjęciowych używa się czarnego tła, o którym mówi się "murzyn". Czasem słyszę, jak fotograf krzyczy do asystenta: "Przesuń murzyna!". Pytam: "Okej, w którą stronę mam się przemieścić?", a on wpada w panikę: "Ojej, przepraszam!". Mówię wtedy: "Spokojnie, żartowałam, nie przeginajmy w drugą stronę". Pewne rzeczy są zabawne, niekrzywdzące.
- Pamiętam scenę z liceum. Było późno, przyjechał po mnie tata, szedł w stronę klasy ciemnym korytarzem. Koleżanka krzyknęła: "Omenaa, płaszcz po ciebie
 idzie!". Bo w mroku było widać tylko jasny prochowiec taty. Mnie ta historyjka śmieszy.

Reklama

Komedią jest też spektakl, który wymyśliłaś: Czarno to widzę, czyli wymieszani, posortowani. O nietolerancji, ale z dystansem, zabawnie.

- Tak. Tekst napisał Marcin Szczygielski, reżyseruje Ewa Kasprzyk. A fabuła? Na castingu do zespołu Słowiańskie Słowiki spotyka się sześć osób, które kompletnie do siebie nie pasują. Wanda, 40-letnia singielka, była tancerka na wózku inwalidzkim, chłopak tureckiego pochodzenia, który marzy o polskiej rodzinie. Mamy też nacjonalistę oraz 50-letniego faceta, który zmienia płeć, i kolorową dziewczynę, fankę naszego kraju. Mieszanka wybuchowa, ale nie destrukcyjna. Premiera w styczniu. Zagramy w całej Polsce, ale także w Londynie, Nowym Jorku, Holandii i Niemczech. Ten spektakl mówi o tym, że różnice mogą łączyć, a nie dzielić. Kolor skóry nie jest najważniejszy.

 Skąd wziął się twój - niech będzie - czekoladowy odcień?

- Tata pochodzi z Ghany. Studiował na wrocławskiej akademii medycznej, mama na politechnice. Spotykali się w bibliotece, umówili się na randkę. Podziwiam mamę, że zdecydowała się na tak trudną relację. W latach 70. piękna Polka i ciemnoskóry mężczyzna stanowili duet kontrowersyjny. Zdarzały się sytuacje nieprzyjemne. Chcieli np. razem wsiąść do taksówki, a kierowca zaprotestował: "z Murzynem nie jadę!".

Co urzekło mamę w twoim ojcu, wiesz?

- Nie mam pojęcia. Moim zdaniem oni do siebie nie pasowali. Tata jest typem ekscentrycznego naukowca - pilny, z zasadami. Mama to serce, energia, miłość. Byli razem 20 lat, przez ten czas dla taty zawsze najważniejsza była praca. Rodzina funkcjonowała dzięki mamie. Rozstali się i wyszło im to na zdrowie. Niedawno spotkali się pierwszy raz od śmierci mojego młodszego brata. Mój mąż Rafał i ja zaprosiliśmy tatę i mamę na naszą "przysięgę miłości", którą zorganizowaliśmy w RPA. Rozmawiali ze sobą jak starzy przyjaciele.

Twój brat odszedł w wieku 21 lat. Bez wchodzenia w szczegóły można powiedzieć, że był ofiarą nietolerancji. Szukał towarzystwa silniejszych, wpadł w złe kręgi. Źle znosił swoją odmienność?

- Tak. Do tego stopnia, że zmienił sobie imię: z ghańskiego Asebi na Sebastian. Różniliśmy się w postrzeganiu siebie. Ja zawsze wiedziałam, że nie jestem taka jak reszta, ale umiałam uznać to za plus. Zawdzięczam to rodzicom. Oni zauważali moje dobre cechy, budowali pewność siebie. Dzięki nim stworzyłam w głowie pozytywną wersję siebie. Jestem wyjątkowa - tego się trzymałam. Brat w inności się nie odnalazł, nie chciał być człowiekiem o ciemnej skórze. Raz zdarzył się dramatyczny incydent - Asebi bawił się na jakiejś budowie, złapali go inni chłopcy i wrzucili do beczki ze smołą. To była ogromna trauma. Oboje doświadczaliśmy dyskryminacji, ja chyba byłam silniejsza.

Tobie też zdarzało się być atakowaną? Musiałaś się bronić?

- Raczej walczyć - w dosłownym znaczeniu. W szkole dokuczali mi dwaj "biali bliźniacy". Przyszłam do domu z płaczem, że mnie przezywają i nikt na to nie zwraca uwagi. Tata spojrzał mi w oczy i powiedział: załatw to po swojemu. No więc poszłam, jednemu i drugiemu dałam z "płaskacza". Poryczeli się, naskarżyli, dyrektorka wezwała rodziców. Mama mnie broniła: bo jak to możliwe, że dwaj chłopcy nie dali rady dziewczynce, a skoro szkoła nie reaguje, dziecko musi szukać sprawiedliwości samo. W liceum szpile wbijał mi pewien wygadany kolega. Miałam już chłopaka, był bokserem. Pożaliłam się mu. Zjawił się na długiej przerwie i załatwił sprawę. Oczywiście wylądowałam na dywaniku. Pytałam, czy to moja wina, że mój chłopak jest silny i walczy o moje dobre imię?

Od tego czasu nie staliśmy się bardziej otwarci na inność.

- I pojawił się internet, który bywa niszczącą siłą. Myślę, że gdybym na początku pracy w telewizji czytała komentarze na swój temat, dzisiaj by mnie tu nie było. Dziś rasistowski hejt, jak każdy inny, po mnie spływa. Niezależnie, czy jesteś biały, czarny, gruby, czy chudy, możesz dostać jadem po oczach. Nigdzie na świecie nie spotkałam się z taką skłonnością do krytykowania. Coś ci powiem - kiedyś myślałam o adopcji dziecka z Afryki. Uznałam jednak, że nie skażę czarnego dziecka na życie w tak mało tolerancyjnym kraju, jakim stała się Polska. To świadoma decyzja. I trudna dla mnie.

Pojechałaś do Afryki pierwszy raz już jako dorosła kobieta. Dlaczego tak późno?

- Wcześniej mama i ja prosiłyśmy ojca, żeby nas tam zabrał. Odmawiał. Może się bał, że przerazi mnie bieda, prymitywne życie. Bo Afrykę albo się kocha od razu, albo się z niej ucieka. To nie jest kontynent dla mięczaków. Jako dojrzała kobieta umiałam ją zaakceptować. Zaczęłam od Kenii. Pojechałam na wakacje  z córką i mamą. Bywało zabawnie. W centrum handlowym podchodziły dziewczyny i pytały, jak to robię, że mam tak piękną skórę. Okazało się, że chodzi o jej odcień. Wiele Afrykanek maniakalnie zmienia go na jaśniejszy, stosuje kremy wybielające. Zrozumiałam, że nie jestem jak one. W Ghanie słyszałam, jak ludzie mówią o mnie "obruni". Czyli biała. To było intrygujące - dotarło do mnie, że tkwię gdzieś pośrodku. Ciągnęło mnie, by poznać afrykańską część mojej historii.

Nie była tematem rodzinnych rozmów? 

- Nie, tata był powściągliwy w opowieściach. Wiedziałam jedynie, że pochodzi z rodu Ashanti. Moja pierwsza wizyta w Ghanie miała związek z urodzinami króla Ashanti Otumfuo Osei Tutu II. Dostałam od niego zaproszenie, mogliśmy porozmawiać. Zapytał o imię ojca. Gdy usłyszał: Opoku Ware Mensah, powiedział, że człon Opoku oznacza przynależność do rodziny królewskiej. Był zaskoczony, że tego nie wiem. Rozszyfrował także moje imię - Omenaa to ta, która siedzi po prawej stronie króla i trzyma jego rękę. To imię oznacza także siłę i złoto. Ucieszyłam się, bo w Kenii spotkałam się z inną interpretacją: tam omenaa to pospolita rybka. Po tej rozmowie zaczęłam naciskać ojca, by opowiedział więcej. Dowiedziałam się, że kobiety z rodu Ashanti są uparte i że szlachectwo dziedziczy się tam w linii żeńskiej, z krwi matki. Podczas kolejnych podróży odwiedziłam strony ojca.

Co poczułaś: więź czy odrębność?

- Dumę z przynależności do kręgu tych ludzi. Widziałam, jak dbają o tradycję, obyczaje, z jaką godnością noszą swoje szaty, biżuterię. Spotkałam się z ciotką, która na starość straciła wzrok. Dotykała mojej twarzy i szeptała: Omenaa, Omenaa. Oni wszyscy wiedzieli, kim jestem. Znalazłam swoich bliskich i poczułam, że... chcę coś dla nich zrobić. Tata sugerował, że mogłabym zaangażować się w pomoc związaną z edukacją. On nie wyjechałby na studia, gdyby w szkole nie zauważono, że jest zdolny. Wtedy rodzina złożyła się na jego wyjazd do Europy. Dostał stypendium od rządu polskiego i jest kardiochirurgiem. Postanowiłam, że... zbuduję w Afryce szkołę.

Fascynujące i mało realne. Tak po prostu szkoła w Afryce?

- Czułam, że jestem w stanie to zrobić. Ale szybko zaczęły się schody. Trzeba było znaleźć miejsce. Wybrałam się do Afryki z partnerem mojej fundacji. Włóczyliśmy się po bezdrożach Ghany i wypatrzyliśmy piękną działkę na wzgórzu. Wjechaliśmy do wioski, usłyszeliśmy, że król może z nami porozmawiać, ale musimy mu wręczyć dary. Wysłaliśmy butelkę wódki i sto euro. Król zgodził się, że skoro chcemy budować szkołę, możemy obejrzeć tamto miejsce. Z działki rozciągał się widok na Akrę, stolicę Ghany, byłam zachwycona. Wracamy, a król mówi, że przemyślał sprawę i nie chce szkoły, tylko stołówkę. Nie dogadaliśmy się. Kilka dni później dotarliśmy do rybackiej wioski. Zaczepiłam chłopca, który biegł po plaży, zapytałam, dlaczego nie jest na lekcjach. On na to, że rodzice nie mają pieniędzy, a nie ma tu szkoły bezpłatnej. Oho - myślę - znalazłam właściwe miejsce! Szukam króla, mówię, że zbudujemy szkołę. Super, tylko on poprosi pieniądze na swoje konto, sam będzie nimi zarządzał. Nie mogłam się na to zgodzić.

Dotarło do ciebie, że porwałaś się z motyką na słońce? 

- Miałam wyjście awaryjne - telefon do księdza Piotra Wojnarowskiego, salezjanina misjonarza. Piotr oddał serce, żeby pomagać dzieciom. Opowiedział mi historię ośrodka Don Bosco, który prowadzi. Trafiają tam dzieci zmuszane do niewolniczej pracy, często sprzedawane przez rodziców za krowę albo marne grosze. Policja zwozi je do salezjan i tam znajdują schronienie, regularny posiłek i mogą się uczyć. Piotr oprowadził mnie po ośrodku: "Tu jadalnia, tu dzieci śpią, a tu... chcemy zbudować szkołę. Ziemię dała nam miss Ghany".

Nagroda za twój upór.

- Może? Marzył mi się budynek na betonowych fundamentach. Projekt zrobił chłopak, który został przygarnięty przez salezjan, a potem skończył architekturę. Zaczęliśmy zbierać środki, półtora roku temu zaczęliśmy budowę. Bywam tam dwa razy w roku, codziennie jestem na łączach. Pokazuję w sieci zdjęcia, by darczyńcy wiedzieli, na co idą ich pieniądze. Od września ma ruszyć nauka. Nauczycielami będą Ghańczycy, zapraszamy też wolontariuszy.

Jesteś zaradna, twarda. Skąd te cechy?

- Byłam sportowcem. Jako dziewczyna trafiłam do drużyny koszykówki, codzienne treningi, obozy kondycyjne latem i zimą. No i od dziecka pracowałam. Jako 14-latka zbierałam truskawki, całe trzy dni. Zarobiłam 30 złotych, które mi zresztą ukradli. Słaby start, ale się nie zrażałam. Byłam hostessą na targach poznańskich. Potem podejrzałam trend - fryzury z warkoczyków, z doplatanymi syntetycznymi włosami. Kiedy zrobił się na to szał w Polsce, miałam już firmę Omihair. Jako modelka reklamowałam bieliznę, suknie ślubne. W reklamie wafelków zarobiłam tyle, że mogłam kupić samochód. Aż dostałam pracę w telewizji. Ale z biznesu nie zrezygnowałam. Otworzyłam w Warszawie salon szycia na miarę, prowadzę firmę meblarską. W domu, do którego niedawno się wprowadziliśmy, jest mnóstwo mebli mojej marki. Między innymi piękna kanapa w salonie.

Kto na tej kanapie zasiądzie?

- Pan i pani domu, czyli Rafał i ja. Z Rafałem spotkaliśmy się w pracy, szukałam środków na szkołę. Przysięgę miłości złożyliśmy sobie w RPA, w miejscu spotkania dwóch oceanów, gdzie dzień nigdy się nie kończy. Tworzymy rodzinę patchworkową. Mąż ma z pierwszego związku dwie superdziewczynki, ja mam Vaneskę, a łącznikiem jest wspólny synek Vincent. Ukochany, wspaniały, totalnie nie z tego świata - ma jasną skórę i blond afro. Skończył dwa lata.

Jak rozmawiasz z dziećmi o odmienności, tolerancji?

- To nie jest temat, który z nabożnością omawiamy przy stole. Dla nich tolerancja jest czymś naturalnym, nie mają wrodzonego mechanizmu odrzucania. Jest im obojętne, że ktoś ma inną skórę. Standardy są względne. Kiedy się urodziłam, moja mama niemal musiała uciekać ze szpitala, ponieważ pewna Cyganka ją nagabywała: "Urodziłaś takie piękne dziecko, zamieńmy się!". To anegdota, a już serio, pamiętam, że wyjeżdżając do RPA, miałam wątpliwości, jak moje dzieci się tam odnajdą. Poprosiłam nawet nianię Vincenta, by oglądała z nim filmy, w których występują czarnoskórzy, żeby nie przestraszył się dziadka, gdy spotka go pierwszy raz. Nic podobnego się nie stało. Mam nadzieję, że w kwestii otwarcia na inność jestem dla dzieci przykładem. Nie oceniam i cieszy mnie, jeśli nikt nie ocenia mnie. Na przykład salezjanie. To ludzie wielkiej wiary, a mnie bliżej do agnostyków. Myślałam, że to będzie przeszkoda w naszej relacji, ale się pomyliłam. Czasem w ośrodku słyszę: rano jest msza, przyjdziesz? Odpowiadam: o tej porze śpię! I nikt się nie obraża.

Kiedy jesteś w Ghanie, mieszkasz w luksusowym hotelu czy wśród "lokalsów"? 

- Nie ukrywam, że wygodny hotel to dobra rzecz po kilku dniach w wiosce. Ale często nocuję w ośrodku, spędzam czas z dziećmi. Ostatnio zabrałam tam Rafała. Mamy wspólnie osobistą satysfakcję. W szkole będzie uczył Rafael. Spotkałam go w ośrodku, a potem sprowadziliśmy go do Polski, zapewniliśmy mu warunki do życia i edukację. Teraz z dyplomem wraca do Ghany. Zachęcam też koleżanki i kolegów z branży, żeby pomagali. Uważam, że to nasz obowiązek. Byłoby mi głupio, gdyby na moim Instagramie były wyłącznie fajne buty czy zdjęcia z drogich wakacji.

Kiedy szkoła zacznie już działać, co dalej? 

- Wydaje mi się, że nowy cel widać na horyzoncie. Tata kupił kawał ziemi w Kumasi, skąd pochodzi. Chce spłacić dług zaciągnięty w Ghanie i wybudować szpital. A ponieważ jest człowiekiem zajętym, nie zdziwię się, jeśli zostawi tę sprawę na mojej głowie. Nie mam nic przeciwko temu.

Agnieszka Litorowicz-Siegert  

 Twój STYL 11/2019

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje