Reklama

Reklama

Ta historia nie należy już do mnie

„Byłam bita wieszakami, paskami, różnymi rzeczami. Kiedyś powiedziałam jej, że jak bije grubymi paskami, to mniej boli, niż jak bije cienkimi. Od tego momentu biła tylko cienkimi”.

Jakie dziecko jest najłatwiej wykorzystać? To, które pragnie miłości. Zrobi dosłownie wszystko, by zostać zauważone, by choć na chwilę stać się ważne. Nawet dla kogoś, kto potraktuje je jak rzecz. 

- W tej historii ważny jest ogromny ból. I potrzeba szukania akceptacji, i swojej wartości na zewnątrz. I jeszcze brak edukacji seksualnej - opowiada Beata.  

Ma 13 lat. Chce "tego", chociaż nie wie, co to jest. Chce, bo myśli, że to normalne, że tak trzeba. Niewiele starsze od niej koleżanki miały chłopaków i już współżyły.  

Reklama

- Nikt nie mówi nam, co to jest miłość. Skąd ma wiedzieć o tym 13-letnie dziecko, zwłaszcza, jeśli tej miłości nie doświadczyło w domu? Nie wie, że takie uczucie jest decyzją, jest pracą. I ogromną odpowiedzialnością. W tamtym czasie nie czułam nawet pociągu fizycznego. To było podanie się na talerzu, żeby być zauważoną i dostać akceptację - opowiada Beata.

A potem dodaje: Mężczyźni traktują cię, jak szmatę do podłogi. Teraz wiem, że przez ogromną pustkę, którą czują. Tam jest tylko zaspokojenie potrzeb biologicznych, bez świadomości, czym jest intymność, prawdziwe połączenie z kobietą. Nie mają potrzeb emocjonalnych, bo nikt ich tego nie nauczył. Ci, którzy dokonują takich aktów przemocy, są tak naprawdę bardzo poranieni.   

Beata nie chce ich usprawiedliwiać. Chce wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje.  

Ona ma 13 lat, on 21. Dla niego to tylko zabawa. Nie przejmuje się, czy ktoś będzie skrzywdzony, czy nie. Chce zaspokoić swoje potrzeby, nie myśli o konsekwencjach. Poznali się przez chłopaka koleżanki. Ot grupka znajomych, wśród których Beata znalazła się przypadkiem.  

Nie musiał się zbytnio wysilać. Powiedział tylko Beacie, że jest piękna. To wystarczyło. Takie słowa usłyszała pierwszy raz w życiu. Wreszcie została zauważona. Czuła się wtedy, jakby była pustym naczyniem, które ktoś napełnił wodą. Tyle tylko, że to naczynie nie miało dna.  

- Teraz wiem, że była to narcystyczna gra. Miał określony cel i dopiął swego. Byłam dzieckiem, nie miałam pojęcia o seksie, nie miałam świadomości własnego ciała, nie widziałam nigdy wcześniej mężczyzny nago. To wszystko było dla mnie szokiem - wylicza.    

Beata jest przekonana, że tak wygląda miłość. Ciągle o nim myśli, dzwoni do niego. Łaknie kontaktu. On po roku oddaje ją koledze. Ten drugi jest bardziej łaskawy. Kończy się na obmacywaniu. 

Dom bez uczuć

- Po tym, co się stało, czułam się, jakbym była we mgle, jakby ktoś wyssał mi duszę z ciała. Jakby mnie nie było. Nie potrafiłam o tym mówić. Jak? Co tak naprawdę się wydarzyło? Wszystko wyparłam - wspomina.  

Najbliższa przyjaciółka czuje, że dzieje się coś złego. Ale Beata milczy. Kiedy pojawia się ten drugi, dziewczyna wspiera Beatę, namawia, żeby zerwała z nim kontakt. Tak też robi.   

Mając lat 13, 14 czy 15 i więcej, musi zajmować się szkołą, nauką. Zdaniem Beaty mechanizm wypierania kobiety mają dobrze zintegrowany. Odcina się. Za dużo trudnych sytuacji ma na co dzień, żeby analizować inne.   

Dom bez uczuć

Czy można było uniknąć zbyt wczesnej inicjacji seksualnej, która tak naprawdę była nadużyciem ze strony dorosłego mężczyzny? Pewnie można, kiedy ma się troskliwych rodziców, którzy widzą swoje dziecko.  

- Nie widzieli ani siebie, ani mnie. Rozładowywali emocje na innych, tyle, że we własnej rodzinie. Na zewnątrz wszyscy widzieli matkę idealną - błyszczała, była nieskazitelna, perfekcyjna. W czterech ścianach niszczyła swoich bliskich. Całe życie funkcjonowałam w ogromnym dysonansie. Poskładanie tego w dzieciństwie było niemożliwe. Jako dziecko chłoniesz wszystko jak gąbka. Pod skórą czujesz, że coś jest nie tak. Widziałam domy moich koleżanek, widziałam jak mamy traktują swoje dzieci - opowiada.  

Beata ma porównanie, ale nie ma wyboru. Dzisiaj wie, że jej matka była przykładowym narcyzem. W narcystycznym zaburzeniu osobowości następują okresy nazywane miodowym miesiącem.  

- Wtedy toczy się gra, narcyz ma z ciebie jakieś korzyści. Musisz ładnie wyglądać, więc kupi ci ubrania, zadba o rzeczy materialne. Zapisze cię na dodatkowy język, załatwi korepetycje. Jesteś jej córką, więc to jak wyglądasz i jak się zachowujesz świadczy o niej. Są stworzone pozory troski, ale kurtyna  co jakiś czas opada. I to bardzo brutalnie. Wyzwiskami i biciem, przemocą werbalną i fizyczną, bardzo, bardzo okrutną - wylicza.  

Następuje przerwa. Niby wszystko wraca do normy. Myślisz, że jest stabilnie. A potem z powrotem do piekła. Beata nigdy nie może rozmawiać o swoich emocjach. Wszystko kręci się wokół matki i wokół tego, jak ona się czuje.  

- Stłukła szklankę w kuchni - moja wina. Całe życie byłam obwiniana za wszystko, co jej nie wyszło. Wszystkie stresy z pracy wyładowywała w domu, więc kiedy przyszedł chłopak i powiedział: "jesteś piękna", to dla dziecka, które żyje w smutku i lęku, było niczym miód na serce. Chcę się poczuć zauważona, że w ogóle jestem. I co? Dostaję to samo od niego, co od matki. Potraktował mnie jak przedmiot do zaspokojenia swoich seksualnych potrzeb.  

W ich oczach widziałam miłość

Zdaniem Beaty życie to proces, daje nam ciągłe sprawdziany, dzięki czemu się rozwijamy. Gdy mogła wreszcie zobaczyć, ile w jej domu było bólu i cierpienia, zaakceptowała to. Twierdzi, że nie chodzi o to, żeby komuś wybaczać, ale żeby uznać fakt, że to się wydarzyło. Kiedy zauważyła, że żyje w rodzinie pełnej przemocy? 

- W pewnym momencie miałam tak duże natężenie emocji, że nie byłam w stanie sobie z nimi poradzić. Pobiłam kolegę w szkole. Zrobiłam dokładnie to samo, co robiła mi moja matka. Przestraszyłam się. Przyrzekłam sobie, że zrobię wszystko, żeby tylko nie być jak ona, żeby nie traktować ludzi w taki sposób, nie krzywdzić ich. Poszłam na terapię dla rodzin dysfunkcyjnych - wspomina tamten czas.  

Ma 17 lat. Chodzi do liceum. Rodzice są temu przeciwni - w normalnej rodzinie nie chodzi się na terapię. 

- Co ty opowiadasz? Jaka terapia? Że ojciec czasami pije? Przecież wszyscy piją! Matka krzyczy? Wszyscy krzyczą! Że uderzy czasami? To jest życie w obłudzie. Masz matkę, która cały czas cię neguje, typowy gaslighting. W pewnym momencie nie wiesz, co jest prawdą. Nie możesz ufać nikomu, a przynajmniej nie możesz ufać sobie - przestrzega.  

Gaslighting jest formą psychologicznej manipulacji. Narcyz stosuje ją bardzo często, osłabiając stan psychiczny drugiej osoby i doprowadzając do tego, że ta w końcu nie jest pewna swoich uczuć i postrzegania rzeczywistości. 

Beata zapisuje się do ośrodka interwencji kryzysowej. Najpierw uczęszcza na terapię indywidualną, potem na grupową. Bardzo powoli odsłaniają się karty jej rodzinnej historii. Nie uświadamia sobie do końca, jak jest źle, ale przynajmniej po raz pierwszy w życiu zostaje wysłuchana. Dostaje potwierdzenie, że to co się dzieje, jest przemocą.

- Z perspektywy nastolatki niczego to nie zmienia. Utwierdzasz się tylko w tym, że jest w cholerę źle. Było mi wtedy trudno w życiu we wszystkich aspektach. Ból i cierpienie wylewały się wszędzie. Mój sposób patrzenia na świat był sposobem patrzenia na świat moich rodziców. "Nie da się, świat jest zły, ludzie okrutni i nie można im ufać". Żyłam w tym wiele lat - opowiada.

Beata nigdy nie słyszy od matki dobrego słowa. Żadnych zdań, które mówią zazwyczaj rodzice, typu "jestem z ciebie dumna". Że kocha córkę matka mówi dwa razy, gdy nastolatka przychodzi z takim pytaniem po terapii.  

Była we mnie iskierka

Na kolejną terapię idzie już ze swoim mężem. Było źle obydwojgu. I jedno, i drugie miało trudne dzieciństwo. Dobrali się na zasadzie podobieństw. Szukali rozwiązań.  

- Zawsze we mnie była ciekawość do poszukiwania. Była we mnie iskierka, pod skórą czułam, że to co się dzieje, jest po coś. Nie może tak być, że świat jest zły. Jako dziecko szukałam prawdy w kościele, szukałam jej w literaturze, w przyrodzie, w ludziach. Całe moje życie jest poszukiwaniem. Jak masz takie dzieciństwo to albo się stoczysz i ten ból cię pochłonie, albo będziesz szukać prawdy - twierdzi Beata.   

Dlaczego tak się dzieje, że niektóre dzieci przepadają, nie są w stanie odciąć się od patologicznego domu, a innym się udaje się z niego wyjść? Znany neuropsychiatra, Boris Cyrulnik, ukuł pojęcie resilience. By wytłumaczyć, czym jest resilience, powołuje się na metaforę ostrygi. Kiedy do jej wnętrza dostaje się ziarenko piasku, jest tak bolesne, że żyjątko wydziela substancję perłową, by się bronić. To co najcenniejsze - perła, powstaje z bólu. U niektórych resilience jest silne. Właśnie im udaje przetrwać, a nawet zyskać coś więcej dzięki traumatycznym doświadczeniom.  

- Czułam, że jest inny świat. Widziałam go. Widziałam matki moich koleżanek. W ich oczach była miłość, wiedziałam, że kochały swoje córki. Widziałam, że są kobiety empatyczne, które nie chcą cię wykorzystać, bo coś masz, musisz coś zrobić, masz być kimś. Miałam dwie przyjaciółki i od nich doświadczyłam dużo dobra i dużo ciepła, które było mi cholernie trudno przyjąć. Dlaczego? Bo nikt mnie tego nie nauczył. Jak dostawałam prezent pytałam, czy mogę za niego zapłacić. Byłam przyzwyczajona dostawać tylko obelgi i wpierdol.  

Matka każe Beacie kupić chleb. Jest sobota. Beta spotyka przyjaciółkę. Zatracone w zabawie biegają po parku, nie patrzą na zegarek. Sklep zostaje zamknięty. Przyjaciółka wie, że Beata może mieć problemy. Proponuje, że wróci do domu razem z nią, wtedy mama na pewno nie będzie się złościć. Myli się. "Myślisz, że nie dostaniesz dlatego, że przyszłaś z koleżanką?" - słyszy Beata w drzwiach.

- I dostałam. Nawyzywała mnie, pobiła. Przyjaciółka od tej pory trzymała się na dystans. Nie chciała na to potrzeć. Po tej sytuacji relacja zaczęła wygasać, bo chociaż wiedziała, co się dzieje u mnie w domu, nigdy nie była świadkiem. Do wtedy. A mojej matce zależało na tym, żebym przestała się spotykać z rówieśniczką. Widziała, że bardzo lubię... jej matkę.  

Bo Beata mogła odżyć w domu przyjaciółki. Była do niej zapraszana na weekendy, z nocowaniem. Tam mogła zobaczyć zupełnie inny świat.  

Widzieli, ale odwracali wzrok

Beata mówi, że to co nas ocala, to szukanie i pobudzanie w sobie ciekawości. 

- Miałam jednak wiele momentów, w którym ciekawość umarła. A może wygasała? Tego bólu i cierpienia było tak dużo, że uderzałam głową o posadzkę - wspomina.  

Podobno w otoczeniu dziecka wystarczy jeden dobry dorosły, by mogło od niego czerpać siłę. Czasem jest to ktoś z rodziny, babcia, dziadek, innym razem nauczyciel. Młody człowiek chodzi do szkoły wiele lat. Można zauważyć pewne rzeczy - choćby ślady bicia na jego ciele. W końcu na w-f trzeba założyć strój.

- Byłam bita wieszakami, paskami, różnymi rzeczami. Kiedyś powiedziałam jej, że jak bije grubymi paskami, to mniej boli, niż jak bije cienkimi. Od tego momentu biła tylko cienkimi. Po takim biciu miałam ślady na całym ciele i choć na w-f starałam się przebierać tak, żeby nikt nie zauważył, myślę, że widzieli. Moja matka była świetną aktorką. Na zewnątrz - pani w garsonce, wypielęgnowana, na wysokim stanowisku, kto by pomyślał? To z tą dziewczynką coś musi być nie tak. Ona jest zła! Widocznie trzeba ją bić - podsumowuje dobitnie.  

Beata mówi, że takie były czasy. Bicie było powszechne i choć od kilku lat jest zakazane, do tej pory wielu rodziców uważa, że jest dobrą metodą wychowawczą. W 2010 roku została uchwalona nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Zakazuje ona rodzicom lub opiekunom stosowania kar cielesnych.  

Nad Beatą się znęcano. Metod było wiele - rękoczyny i wyzywanie to jedno. Ale działy się też inne rzeczy. Kiedyś matka w przypływie szału rzuciła krzesłem w szklane drzwi. W drzwiach stała córka. Szyba rozprysła się koło głowy dziewczynki. 

Pytam, czy ojciec nie próbował jej bronić. 

- Ojciec sam był bezbronny w tym wszystkim. Najbardziej koncertował się na kieliszku i na nieudolnej próbie ukrywania swojego uzależnienia - odpowiada.  

Na zewnątrz mogło się wydawać, że Beacie niczego nie brakowało. W środku, jak sama mówi - zgnilizna. Kobieta powołuje się na metaforę jabłka, opisującą narcyza. Jabłko, jest błyszczące i piękne, chcesz je zjeść, jest idealne. Ale gdy je przekroisz okazuje się robaczywe i zgniłe. Nie chcesz już nawet na nie patrzeć.  

Dzisiaj moja bohaterka mówi, że ma szczęśliwe życie. 

- Miałam bardzo trudne dzieciństwo, ale to mnie też ukształtowało. Dzięki temu jestem jaka jestem. Mam wspaniałą rodzinę i cudowne relacje z moim mężem, choć przecież na początku nie było łatwo. Ale zawalczyłam o siebie.

Umawiamy się, że w tekście zmienię jej imię, by nie została rozpoznana. Dziwię się, że wybiera takie zwyczajne: Beata.

- Kiedy byłam małą dziewczynką, pojechałam z mamą na wakacje. To był czas, kiedy się starała. Było miło, a ja miałam nadzieję, że tak będzie zawsze. Na basenie poznałam dziewczynkę, zakolegowałyśmy się. Miała na imię Beata, podziwiałam ją. Chciałam być taką Beatą. 

Czytaj więcej: 

Co siódme dziecko doświadcza przemocy seksualnej

Narcyz rani, bo inaczej nie umie

Czy przemoc jest przemocą? 

            

Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: przemoc | narcyzm | pedofilia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje