Zawsze coś za coś

Z Marią Kaczyńską, żoną prezydenta RP, Jolanta Pieńkowska i Jacek Szmidt rozmawiali w grudniu 2005 roku. Tuż po tym, jak została Pierwszą Damą RP. Wywiad został opublikowany w magazynie "Twój STYL".

Mistrzyni drugiego planu. Zawsze zabezpieczam tyły, mówi o 27 latach małżeństwa z wiecznym wojownikiem Lechem Kaczyńskim, a prezydent przyznaje: Bez Marylki mnie by nie było.

Przetrwała jego roczne internowanie, tworzenie Solidarności, ale sama nigdy nie dotknęła polityki. Najważniejsza jest rodzina, powtarza uparcie. Zrezygnowała z pracy, by wychować swoją jedynaczkę Martę. Teraz jest ukochaną babcią dla dwuletniej Ewy.

Rolę pierwszej damy przyjęła ze spokojem. Będę sobą, obiecuje, pozostanę otwarta dla ludzi i pomocna.

Spokój to atut pani prezydentowej. "Mama zawsze widzi światło w tunelu", mówi jej córka Marta. A przyjaciółka Krystyna Hueckel dodaje: "W drobnej Marylce jest wielkie serce". To ona pomogła mężowi przetrwać kampanię wyborczą. Ale teraz będzie jeszcze trudniej: wywiady, przeprowadzka do pałacu, zbliżająca się uroczystość zaprzysiężenia.

Na spotkanie spóźnia się pół godziny. Wysiada z granatowego volvo. Smukła, w czarnych spodniach i żakiecie z wiśniowymi aplikacjami.

Bez biżuterii. Bez makijażu. Ale to już efekt alergii. Wraca od okulisty, łzawią jej oczy. Może to stres?, zastanawia się.

"Życzyłbym wszystkim żon, które tak znosiłyby ciężar polityki", powiedział nam Lech Kaczyński. I pozostały sobą, chciałoby się dodać. Wywiad planowany na dwie godziny trwa ponad cztery, a my mamy wrażenie, że rozmawiamy z dobrą znajomą, bez barier, bez asekuracji. Spotkanie kończy telefon: "A wiesz, Leszku, tak tu sobie jeszcze babusujemy. Będziesz na kolacji? Ale musisz być".

Mąż wraca do domu. Pani Maria też się zbiera. "No to jadę słowikować", nawiązuje do wiersza Tuwima. "Kochają się - mówi Marta - tata często przytula mamę". I podobno przyrzekł, że nie pozwoli jej zamknąć w złotej klatce.

Twój STYL: Jak zareagowała Ewa, Pani wnuczka, gdy Lech Kaczyński został prezydentem?

Maria Kaczyńska: Powiedziała jednemu z dziennikarzy, że dziadek wygrał konkurs.

A może wygraliście go razem? 25 lat temu odeszła Pani z pracy w Instytucie Morskim, chociaż miała Pani dyplom z ekonomii, znała dwa języki. Zrezygnowała Pani z marzeń o podróżach, została w domu z dzieckiem.

- To nie była rezygnacja, życie tak się układało. Marta urodziła się 22 czerwca 1980, zaraz potem zaczęły się strajki. Leszek zniknął w stoczni. Potem tworzyła się Solidarność. Po roku męża internowali na 11 miesięcy.

- W Sopocie, gdzie mieszkaliśmy, nie miałam żadnej rodziny. Wykorzystałam urlop macierzyński, całe trzy lata. Czy się poświęciłam? Praca w instytucie nie dawała mi satysfakcji. Robiłam specjalizację z reklamy w handlu zagranicznym i tym chciałam się zajmować, jeździć po świecie, ale wówczas nie miałam na to szans. Nie mówiąc o tym, że zaangażowanie męża w działalność opozycyjną sprawiało, że jedni się bali, drudzy nie ufali.

Nie ma Pani poczucia, że żyje dla męża? Co takiego jest w Lechu Kaczyńskim, czym Pani zaimponował?

- Chociażby tym, że wygrał wybory. Jestem z niego dumna, gdy go słucham. W zeszłym roku w czasie obchodów sześćdziesiątej rocznicy Powstania Warszawskiego na jednej z uroczystości jego wystąpienia nie było w planie. Nagle proszą, żeby coś powiedział. Wyszedł i bez przygotowania mówił tak pięknie i mądrze, że poruszył wszystkich.

A co jest męskiego w panu prezydencie?

- Jest odważny. Umie w oczy powiedzieć, co myśli, nie wycofuje się rakiem. Potrafi biec na ratunek. Niedawno zobaczył na ulicy, jak ktoś szarpał kobietę. Bez wahania ruszył na odsiecz. Szczęście, że nie był sam.

A Pani jest odważna? Przecież też była Pani zatrzymywana z mężem przez milicję, rewidowana. Pamięta Pani noc z 12 na 13 grudnia 1981?

- Wszyscy Polacy pamiętają. Leszek miał tego wieczoru zajęcia dla studentów zaocznych. Wrócił późno. Ja próbowałam złapać Wolną Europę, nagle radio przestało działać. I wtedy, już po północy, zapukali. Kto tam? Poczta. Otworzyłam. Często łapię się na tym, że jestem zbyt ufna. Poczta o północy! Weszli: "Pan Lech Kaczyński? Proszę się ciepło ubrać!". Chcieli go zakuć w kajdanki, ale nie pozwoliłam, dopiero przez okno zobaczyłam, że na dole go skuli. Nie powiedzieli, dokąd go wiozą. Bałam się, że go zamęczą, miał wtedy kłopoty z nerkami.

Mąż mówi: "Nie wiem, jak Maryla przez to przeszła".

- To było jak w złym śnie. Zima okrutna. Miałam starego malucha, akumulator się rozładował, więc wsadziłam małą Martę w futrzany śpiworek, na sanki i do przyjaciół. Naiwnie myślałam, że od nich zatelefonuję, bo w domu telefon nie działał, a Leszek prosił, żebym zawiadomiła "kogo trzeba". Tamtej nocy już nie zasnęłam. Przesiedziałam w oknie do rana, trzęsąc się. Rozpłakałam się dopiero, gdy spotkałam mamę, która z wielogodzinnym opóźnieniem przyjechała pociągiem z Warszawy nieświadoma tego, co stało się w nocy. Mogłam się wyżalić: "Leszka zabrali".

Nigdy Pani nie pomyślała: "Po co nam to było, ta polityka?". Choćby podczas tej kampanii prezydenckiej?

- Może czasami i tak. Żylibyśmy sobie jak dotąd, nie musiałabym się zastanawiać, jak się nasze życie znowu ułoży. Byłam przeciwna, że mąż tak wcześnie zaczął kampanię prezydencką. Namawiałam, żeby zrobił to później, nie chciałam, by trwała tak długo. Nie udało mi się go przekonać.

W waszych dziennikach komentujecie katastrofę prezydenckiego samolotu i śmierć prezydenckiej pary wraz z polską delegacją.

Jak wtedy, gdy mając małe dziecko, szedł na strajk?

- Wtedy, gdybym stanowczo powiedziała "Nie idź", to może by nie poszedł. Ale ja miałabym wyrzuty sumienia, że w czymś ważnym przeszkodziłam, że mu coś zabrałam. Jasne, denerwowałam się, gdy przynosił do domu różne rzeczy, bibułę, chowałam. Jak miał zawieźć do Warszawy ważny dokument, uczył się na pamięć, ja go przepytywałam, potem jechał i tam dyktował, żeby nic nie mieć przy sobie w razie rewizji. Bałam się, że go zamkną, ale to były tak podniosłe dni. A ja sobie dałam radę. Nie byłam samotna. Miałam wokół przyjaciół, którzy o nas pamiętali.

Marta nie miała wątpliwości, czy wystąpić na plakacie wyborczym?

- Ale to był właśnie nasz pomysł, mój i córki. Leszek się wahał, nie miał ochoty wnuczki pokazywać. Zdjęcie zrobił sąsiad, fotografik, akurat przyjechała Marta z Ewą, mąż był w dobrym humorze, poszliśmy, dobrze wyszło. Zobaczyli je sztabowcy i koniecznie chcieli z niego zrobić billboard. Uważali, że pokaże prawdziwe oblicze męża, a nie to kreowane przez media. Plakat był niekonwencjonalny, taki a la Benetton.

A gdy się poznaliście, Lech od razu wydał się Pani tym człowiekiem? Pamięta Pani datę: 10 stycznia 1976 roku?

- To mąż jest detalistą, wszystkie drobiazgi pamięta, ja nie. Pewnie chodzi o nasze pierwsze spotkanie. Znajoma przyprowadziła kolegę, który szukał pokoju, bo mieszkał we Wrzeszczu, a wydział prawa był w Sopocie. Znaleźliśmy mu mieszkanie i tak się zaczęło. Od początku dobrze się ze sobą czuliśmy.

Pamięta Pani pierwszy prezent od narzeczonego?

- To był taki naszyjnik z mosiądzu i skóry. Leszek nie miał pomysłu, co kupić na imieniny swojej mamie. Doradziłam naszyjnik, który mi się podobał, więc potem Leszek nie miał problemu z prezentem dla mnie: kupił mi podobny. Bardzo go lubiłam i długo nosiłam, zgubił się dopiero w stanie wojennym.

Podobno gorzej jest, gdy mąż kupuje Pani ubrania?

- Raz z Martą kupili mi sukienkę, której nigdy nie włożyłam. Fioletową. Najpierw musiałam się ucieszyć, żeby im nie robić przykrości, ale gdy przymierzyłam, Leszek zobaczył, że to chyba nie to. Że nie ma do tego ręki.

Nie kupuje ubrań, nie umie gotować, nie wbija gwoździ... Czy na takim mężczyźnie można polegać?

- Na nim można. Czy jest próbą dla mężczyzny, że biega i śrubki przykręca? Jeden ma takie uzdolnienia, drugi inne. On ma rozum i wiem, że mogę na niego liczyć. Nigdy mnie nie zawiódł. Rzuci wszystko, gdy coś złego się dzieje ze mną, z rodziną, gdy go potrzebujemy.

Nie drażni Pani, że trzeba kupić mężowi koszulę, zawiązać krawat, wybrać buty, nawet uczesać, bo nie zwraca uwagi na fryzurę?

- Leszek po prostu nie przywiązuje wagi do takich spraw. Ale to można rozwiązać. Kiedyś chodziłam po sklepach, brałam kilka garniturów, on w domu przymierzał, potem te, które nie pasowały, oddawałam. Jak został ministrem sprawiedliwości, przyjaciele zaprowadzili nas do dobrego krawca, który zdjął miarę, i teraz jak czegoś brak, dzwonię do mistrza i proszę o odpowiedni garnitur.

A czy gdy się poznaliście, dostrzegła Pani u Lecha taką cechę, którą postanowiła Pani zmienić?

- Na pewno chciałabym, żeby był bardziej pedantyczny. Kiedy wraca zmęczony wieczorem, zdejmuje obrączkę, rzuci gdzieś zegarek, potem szuka, spóźniamy się. Bo on bez obrączki nie wyjdzie z domu.

Jest na to jakaś rada?

- No tak, patrzę, gdzie kładzie, żeby mu potem przypomnieć.

A nie męczy Pani bliska więź męża z bratem Jarosławem? Mówi Pani: "Nie daj Boże wyjść za bliźniaka".

- Tak żartuję. Bliźniactwo jest trudne. Gdyby Jarek był żonaty, to może mąż nie troszczyłby się o niego tak bardzo. A tak jest wobec brata nadopiekuńczy, bo tamten jest sam. Przeżywa jego kłopoty, martwi się o niego.

A kto był surowszy wobec Marty, Pani czy mąż?

- Ja chyba po babsku bardziej ją rozumiałam. Pamiętam i glany, i ucho przekłute. Boże, jak ja się zdenerwowałam, że przekłute było jedno ucho! U nas w rodzinie nikt nie nosił kolczyków. Powiedziałam: "Masz iść i przekłuć drugie!".

Ukrywała to Pani przed mężem?

- Tego nie. Ale jak Marta była w siódmej klasie, sąsiadka zobaczyła ją na balkonie z papierosem. "Niemożliwe", mówię, a okazało się, że możliwe. Przyznała się, potem napisała mi wielki list wyjaśniający. Mężowi nie powiedziałam. Ale późniejsze powroty z imprez Marta targowała u ojca. My zawsze upieraliśmy się przy 22, potem ona dzwoniła i Leszek przedłużał jej o godzinę, a potem już on dręczył ją telefonami. Wstydziła się tego, ale musiała odbierać, bo a nuż się zjawi! Nigdy nie położył się spać, dopóki nie wróciła.

Zastanawialiście się, jak wychować jedynaczkę?

- Staraliśmy się robić to tak jak nasi rodzice. Ja byłam wychowywana pedagogicznie. Były nakazy, zakazy. Mama wyznaczała punkty za to, czy się zjadło, zrobiŁo porządki, za odrobione lekcje. Potem jak chciałam iść do kina, to sprawdzała, czy zasłużyłam.

Marta też punkty dostawała?

- Nie, ona była jedna, urodziła się w trudnym okresie, dużo z nią byłam. Leszek, jak mógł, to też. Lubił jej czytać wieczorami. Marta poszła do szkoły baletowej. Przerwała, bo miała kontuzję kolana. Może i dobrze, mąż zawsze mówił, że po takiej szkole albo trzeba być gwiazdą, albo ma się ciężkie życie. Ale została jej ładna postawa, no i dyscyplina. Ona do dziś się codziennie gimnastykuje.

Nie żałuje Pani, że macie tylko jedno dziecko?

- Trochę, ale tak się złożyło. Dobrze, że jest Marta, bo też nie była planowana. Nie było warunków, poczucia bezpieczeństwa. Wynajmowaliśmy dwa pokoje w starej willi. Bez kuchni, tylko prodiż, czajnik elektryczny i wspólna Łazienka. Gdy Marta się urodziła, musieliśmy zmienić mieszkanie. Przeprowadzkę robili przyjaciele, bo Leszek był zajęty Solidarnością, trwały wydarzenia marcowe 1981 roku.

A gdy Piotr poprosił o rękę 22-letniej Marty, nie myślała Pani, że za wcześnie?

- Miałam wątpliwości. Wydawało mi się że mogliby jeszcze poczekać. Chcieliśmy z mężem, żeby skończyła studia, pojeździła po świecie, ale oni woleli inaczej. W końcu byli dorośli. Ja też w ich wieku o sobie decydowałam. Marta z dobrymi wynikami skończyła studia, przygotowuje się do aplikacji. Dziecko jest jej oczkiem w głowie. Jest szaloną matką.

A Pani szaloną babcią?

- Ja jestem babcią Czary-Mary. Ewa tak mnie nazwała. Mam koszyczek w kredensie, a w nim czekoladki jajeczka, które Ewunia uwielbia. Gdy przyjeżdża, pędzi do kuchni i prosi, żebym zrobiła czary-mary, czyli wyczarowała czekoladkę. Dziadka Ewa też kocha, chociaż on, jak to mężczyzna, nie zawsze zauważy, że ona czegoś od niego chce. Ale tańczą razem i ostatnio, jak przyjechał Jarek, wnuczka nie poznała, że to inny dziadek, ciągnęła go do pokoju i prosiła: "Tańcz ze mną", a Jarek nie wiedział, o co chodzi.

Wie Pani już, w co się Pani ubierze na uroczystość zaprzysiężenia 23 grudnia?

- Niezupełnie. Na pewno nie włożę dużego kapelusza. Mąż bardzo nie lubi kapeluszy i mnie samej też się to wydaje pretensjonalne.

Czego jeszcze mąż nie lubi?

- Nie jest tak, że mogę włożyć cokolwiek i on nie zauważy. W niektórych rzeczach ja się sobie podobam, a jemu nie. Kupiłam garsonkę, myślałam, że świetną, a on mnie skrytykował. Na szczęście mogłam ją oddać do sklepu. No i nie lubi zbyt mocnego makijażu.

A kto jest bardziej rozrzutny?

- Chyba ja jestem oszczędniejsza. Leszek generalnie dla siebie nic nie potrzebuje, ale mnie zachęca: "Podoba ci się, to kup". Kiedy trzeba zrobić komuś prezent, też nie zastanawia się, ile to kosztuje.

Pani wtedy: "Leszku, to za drogie"?

- Nie, to nie poskutkuje. Mówię, że sama kupię, bo on się nie zna na cenach, przepłaca.

Zdarza się Pani czasem stracić głowę w sklepie?

- Tak, ostatnio straciłam. Kupiłam kurtkę, bez której mogłabym się obejść, ale tak mi się podobała, że zaszalałam.

A co Pani robi z rzeczami, których już nie nosi?

- Niektóre bardzo lubię i nie mogę się z nimi rozstać. Może trochę chomikuję. Inne po prostu oddaję. Pamiętam, że to złościło gosposię w tej willi, gdzie wynajmowaliśmy pokój. Jak komuś coś dawałam i niczego nie oczekiwałam w zamian, mówiła: "Marylko, tak nie można, w życiu zawsze jest coś za coś".

Będzie Pani teraz miała własną stylistkę?

- Zgłaszają się różne osoby, które chcą mi doradzać. Ale przecież nie ma tu nic nadzwyczajnego do wymyślania.

Pamięta Pani, ile krytycznych uwag zebrała na początku Jolanta Kwaśniewska

- Trudno podobać się wszystkim. Na pewno będę zwracała uwagę, żeby nie przesadzić, nie wystąpię przecież w mini ani nie włożę niczego bardzo rzucającego się w oczy. Takie mam zasady: ubierać się elegancko, ale w sposób stonowany.

Co będzie naprawdę trudnego w Pani obowiązkach?

- Niełatwe są oficjalne kontakty. Ostatnio podczas konkursu chopinowskiego zostałam przedstawiona królowej Fabioli. To starsza pani, urocza, rozmawiałyśmy o muzyce, którą obie lubimy. Sądzę, że trudniejsze będą kontakty z osobami wychowanymi w innej kulturze i obyczajowości. Wierzę jednak, że to, co ludzi różni, jest interesujące i wymiana doświadczeń może obie strony wzbogacić.

Pan prezydent mówi, że dla Pani najgorsza jest utrata wolności. Do niedawna, chcąc być anonimową, przedstawiała się Pani swoim nazwiskiem panieńskim. Teraz z tym koniec. Wszyscy Panią poznają. Koniec ze spacerami, wyprawami do księgarni.

- Już czuję, że nie jestem osobą zupełnie niezależną. Ktoś zawsze czeka przed domem, towarzyszy. Za pierwszym razem było nawet zabawnie. Zapomniałam uprzedzić, że wychodzę, patrzę, na ulicy biegnie za mną chłopak, ja staję, to i on staje, tuż obok. W końcu go poprosiłam, żeby szedł nieco dalej.

Rozmawiała Pani o tym z mężem?

- Tak, ale Leszek ma jeszcze gorzej, jest pilnowany przez cztery osoby. Mąż nie lubi robić zamieszania wokół siebie. Poprosił, by nie jechał przed nim wóz patrolowy, żeby bez potrzeby nie używać niebieskich lamp. A ja chciałabym, żeby chociaż ze mną do księgarni nie wchodzili, bo to krępujące. No ale przecież żyć nie przestanę.

Ale numer telefonu Pani zmieni?

- Chyba tak, bo nie sposób ciągle odbierać telefony, gdy się chce coś zrobić. Jeśli ktoś zechce ze mną znaleźć kontakt, to znajdzie.

Maria Kaczyńska, do której każdy mógł przyjść w potrzebie, teraz musi zastrzec numer telefonu i zatrudnić sekretarkę. Jaki będzie Pani styl jako Pierwszej Damy?

- Nie zmienię się. Będę otwarta i dostępna. Chcę pomagać, ale na pewno nie powołam własnej fundacji, bo człowiek nigdy nie jest pewien, z kim współpracuje, od kogo bierze pieniądze. Będę wspierała sprawdzone instytucje, takie jak na przykład Fundacja Akogo?, z którą od dawna mam kontakt.

Czy Święta spędzicie Państwo już w pałacu?

- Nie wiem, jeszcze tam nie byłam. Trochę się martwię, że czeka nas przeprowadzka.

Co zabierze Pani ze sobą, żeby czuć się bardziej u siebie?

- Na pewno książki. Może jakiś mebel, no i lampy, mam kilka ulubionych.

Będzie Pani robiła coś na Wigilię czy zda się Pani na pałacową kuchnię?

- Zawsze robimy z Martą kutię. A z ryb najchętniej karpia w galarecie, dużo dłubania, ale lubię. Nie umiem robić uszek. Raz mi wyszło ciasto za grube, więc się zniechęciłam.

Pan prezydent jest łasuchem?

- Uwielbia bitą śmietanę. Potrafi bezczelnie zgarnąć łyżką z tortu. I lubi lody waniliowe, bez owoców, bez orzechów. Ponieważ trochę tyje, nie jestem szczęśliwa, ale czasem dostaje dyspensę i śmietana ląduje na stole.

A co Pani kupi mężowi pod choinkę?

- Już zaplanowałam, ale powiem tylko, że mąż lubi słuchać muzyki. Reszta to niespodzianka, bo gdybym pani powiedziała, to mąż mógłby przeczytać, co dostanie, i nie miałby takiej przyjemności.

A o czym marzy prezydentowa Maria Kaczyńska?

- Może coś na szyję, jakiś piękny szal...

Jeśli w noc noworoczną będzie chwila na podsumowania, co uzna Pani za sukces swojego życia?

- Rodzinę. Zaufanie. Miłość. To, że wciąż jesteśmy razem, że mąż odnosi sukcesy. To nie jest źle, ze skromnego asystenta...

... w dodatku zbuntowanego...

- ... doszedł do Pałacu Prezydenckiego. Wespół w zespół coś osiągnęliśmy.

Dziękujemy Pani za rozmowę. Życzymy spokojnych, rodzinnych Świąt.

Rozmawiali: Jolanta Pieńkowska i Jacek Szmidt

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy