Reklama

Reklama

Teraz już będę

"Byłam, ale mnie nie było", powtarza Danuta Wałęsa w swojej sensacyjnej autobiografii. "Wraz z Sierpniem wszystko się rozprysło", pisze. Albo: "Po prostu jestem sama". Twojemu STYLOWI jako pierwszemu opowiedziała o wyjeździe z rodzinnej wsi, czasach małżeńskiego szczęścia i o bolesnej samotności ostatnich trzydziestu lat. Dziś czuje, że dojrzała do niezależności. "Mam swoje życie ―mówi. ― Mój czas dopiero nadchodzi". Książka to pierwszy krok. Patrzyliśmy, jak go stawia.

Tę datę dziewiętnastoletnia Danka Gołoś zakreśla w kalendarzyku. 14 października 1968 roku. Po latach nie umie powiedzieć, dlaczego to zrobiła. Tego dnia do kiosku z kwiatami przy ulicy Świerczewskiego w Gdańsku, w którym pracuje, wstępuje młody robotnik. Chce rozmienić pieniądze.

Następnego dnia też wpada. Częstuje gumą do żucia. Dankę to śmieszy, ale zwraca na niego uwagę. Dziewczyna jest w mieście od ośmiu miesięcy. Wie, że za nic nie wróci do rodzinnej wsi pod Węgrowem, do domu bez wody, prądu, z ośmiorgiem rodzeństwa. Podstawówkę skończyła pięć lat wcześniej. Chciała zostać pielęgniarką, ale musiałaby wyjechać do miasta. Nie udaje się.

Reklama

Przez te pięć lat odrzuca zaloty chłopaków, pomaga w gospodarstwie i marzy o wielkim świecie. Okazja nadarza się dopiero teraz. Wielkim światem okazuje się Gdańsk - od roku mieszka tam siostra. Zimowy poranek. Matka odprowadza ją na przystanek PKS. Ma łzy w oczach, jakby przeczuwała rozstanie na zawsze. "Mamo, ja tu więcej nie wrócę", mówi Danuta, zatrzaskując drzwi autobusu na przystanku w Kolonii Krypy.

Ceglasty płaszcz, tekturowa walizeczka. Jesienią następnego roku wyjdzie za mąż za robotnika, który tak ją rozśmieszył tą gumą do żucia. Chłopak mieszka na kwaterze z trzema kolegami. Też nic nie ma, pracuje w stoczni. Nazywa się Lech Wałęsa.

Twój STYL: Pamiętam, jak w 1983 roku odbierała pani w imieniu męża Nagrodę Nobla. Wszyscy byli urzeczeni tym, z jaką klasą pani to zrobiła. Bała się pani?

Danuta Wałęsa: - W tamtym czasie się nie bałam. Dziś mi się wydaje, że teraz bym tego nie przeżyła. Mój mąż podjął w tej sprawie decyzję poza mną. Zdecydował, ja to przyjęłam. Chciałam wystąpić nie jako żona Wałęsy, tylko jako kobieta, Polka. To mnie mobilizowało. Bo rzeczywiście, kiedy odbierałam nagrodę, cały świat oglądał ceremonię. Tylko u nas nic o tym nie było - ludzie oglądali potem nagrania w kościołach, jakichś salkach...

Mąż obawiał się, że go nie wpuszczą z powrotem?

- Myślę, że może po prostu nie chciał się narażać na to wszystko, te ceremonie...

A pani - kiedy stanęła w Oslo na publicznym forum? Pani sama na scenie, z tyłu orkiestra, tutaj król... To chyba pani druga podróż zagraniczna?

- Pierwsza samodzielna. Byłam tylko z synem. Nie powiem, że tego nie przeżywałam. Kiedy wchodziłam na scenę, przez chwilę zwątpiłam w to, czy sobie dam radę.

Jest takie zdjęcie, na którym już pani przekazała dyplom noblowski synowi, który stoi obok, i jest pani zrelaksowana, uśmiecha się w jakiś taki niewymuszony sposób...

- W Polsce mówiono, że Norwegowie to zimny naród, że tak obojętnie wszystko przyjmują. Tymczasem podczas przemówienia, które odczytywałam, kilka razy spojrzałam na salę i widziałam, że oni się wzruszyli, że w jakiś sposób byli uczuciowo ze mną związani. Wtedy poczułam się taka pewna.

Ta ceremonia coś w pani zmieniła?

- To się stało wcześniej, w '80 roku, miesiąc po strajku. Zaczęłam wtedy myśleć, że nie mogę polegać tylko na mężu. Przez 11 lat małżeństwa mąż pracował na utrzymanie rodziny, a ja się tą rodziną opiekowałam. Zabezpieczał nas finansowo i nawet może czuliśmy się bezpiecznie - mimo dość trudnej sytuacji. A w chwili, gdy skończył się strajk i zaczęła się ta cała rewolucja, potem te walki wewnątrz Solidarności, te przepychanki, straciłam poczucie bezpieczeństwa. Już wtedy zaczęłam ustawiać się do życia w jakiś inny sposób. I jestem wdzięczna Bogu, że tak się stało, bo gdybym miała liczyć wyłącznie na męża, nie wiem, do czego by doszło.

W autobiografi i, opowiadając o ceremonii noblowskiej, pisze pani: "Słuchali, co mam do powiedzenia". To nowość? Wcześniej nikt nie słuchał?

- Bo ja się nigdy nie wypowiadałam. To prawda, że przez cały stan wojenny byłam niejako rzecznikiem swojego męża, ale jedynie przekazywałam to, co on sobie życzył, nie mówiłam od siebie. Do Sierpnia i później, w stanie wojennym, dojrzewałam.

Pisze pani, że odbiór Nobla to był "rozkaz do wykonania", że mąż dał pani rozkaz...

- Można tak to odebrać.

Mocne słowa.

- Tak, mocne słowa, ale prawdziwe.

Później mąż pewnie pani zazdrościł, bo z Oslo wróciła pani jak gwiazda...

- Myślę, że się cieszył, ale był trochę zazdrosny. Nie spodziewał się, był zaskoczony. Bo żył sobie z taką kobietą 14 lat, a tutaj widzi jej niedostrzegane zalety... Do dziś dziękuję mu, że mnie tam wysłał. Dzięki temu poczułam się dowartościowana. Ludzie mówili mi potem: "Pięknie nas reprezentowałaś, naprawdę byłaś klasa".

Mąż mówi, że na 3+...

- To wychodzi natura mojego męża.

To natura umniejszania cudzych dokonań?

- Nie, taki typ, taki typ. Myślę, że życie samo pokazało, świat mnie ocenił.

A po powrocie "dostała pani rozkaz" złożenia kwiatów pod pomnikiem Poległych Stoczniowców? To była Pani pierwsza samodzielna misja w Polsce. No bo mąż - "prywatny obywatel Wałęsa" jak mówił o nim Urban po zwolnieniu go z internowania - nie składa kwiatów, tylko pani sama to robi. Wtedy jest pani jednak jego reprezentantką.

- Myślę, że w powszechnym odczuciu zaczęłam go reprezentować po wprowadzeniu stanu wojennego. Ale już wtedy podejmowałam decyzje samodzielnie. To ja zdecydowałam, żeby kwiaty, które dostaliśmy na chrzcie Marii Wiktorii w 1982 roku, zawieźć pod pomnik Poległych Stoczniowców, pomimo że stała tam milicja. Stan wojenny, mąż internowany, nie konsultowałam z nim tego kroku.

Jak to przebiegło?

- Niosę kwiaty pod pomnik, a w pewnej odległości od niego stoi milicjant i mówi, że nie wolno. Ja, że "jak to nie wolno?"- wtedy jeszcze żył Breżniew - "Breżniew nam zabronił składać kwiaty pod naszym pomnikiem?". A on, biedny młody milicjant mówi, że nie wolno i nic poza tym. Zachowałam się wtedy naiwnie - nie wiem, co sobie myślałam, kiedy szłam pod ten pomnik. A w domu siedmioro dzieci. Przecież nic specjalnego nie osiągnęłam. Tak jakbym chciała zaznaczyć swoje ja, pokazać, że się nie boję, że nikt mi nic nie zrobi...

- Więc mówię: "Pan mi nie pozwala pod pomnik, to ja tutaj położę". Położyłam te kwiaty. A on: "To poproszę dowód". Dałam ten dowód, on go otworzył, przeczytał, popatrzył na mnie i zaczęły mu się trząść ręce. Nie wie, co powiedzieć, czeka widocznie na czyjąś decyzję. Więc mu w końcu ten dowód zabrałam i poszłam. Nie było żadnej reakcji, nikt za mną nie ruszył. A przecież mogli mnie zamknąć. Najmłodsze dziecko miało dwa miesiące...

Pisze pani, że najlepsze były dla Państwa lata 70. A było to wtedy, gdy pani mąż był ciągle wyrzucany z pracy, a pani niemal cały czas była w ciąży.

- To były piękne lata. Przez pierwsze 11 lat byliśmy razem, dla siebie. Byliśmy rodziną jak zaciśnięta pięść - tak blisko ze sobą. A w '80 roku pięść się otworzyła i wszystko się wysypało. Po strajku przeżyłam bardzo boleśnie, że to wszystko się rozpadło... Na początku byliśmy tylko we dwoje, pomimo że w Gdańsku mieszka rodzina ze strony mojego ojca, siostry i bracia. Było nam dobrze samym.

Gdzie państwo mieszkali wtedy, w latach 70.?

- Zaraz po ślubie wynajmowaliśmy pokoik w Gdańsku, tam mieszkaliśmy chyba cztery miesiące, potem znów gdzieś na kwaterze.

Jak wtedy wyglądał państwa dzień?

- Wstawaliśmy pewnie o piątej. Mąż na szóstą trzydzieści chodził do pracy, więc rano się wstawało. Mąż wychodził - wtedy miałam jedno dziecko, jeszcze dosypiałam. Nasz chłopczyk, Bogdan, był bardzo grzeczny, nie dokuczał. Ale potem, kiedy już było więcej dzieci, żyło się jak w wojsku - rano wstać, posprzątać, przygotować męża, śniadanie zrobić, dzieci ubrać, iść na spacer, zrobić zakupy, ugotować obiad. Taśma. Teraz już nie dałabym rady, jestem starsza, zmęczona. Ale młodość jest piękna, nigdy nie jest się zmęczonym.

Po ślubie zdecydowała pani, że nie będzie pracować? Zostawiła pani pracę w kwiaciarni.

- Zostawiłam tę pracę jeszcze przed ślubem. Później chwilę pracowałam w kiosku z gazetami, ale krótko, z pół roku. A potem drugie, trzecie dziecko i nie było mowy, żeby iść do pracy.

Żyli państwo z tego, co zarabiał mąż. 1200, 1400 złotych. Co to wtedy znaczyło?

- To wystarczało na skromne życie, ale mąż po godzinach reperował samochody, dorabiał.

Co państwo wtedy mieli?

- W pierwszym pokoju, który wynajmowaliśmy, mieliśmy tylko siebie i w co się ubrać. Wszystkie rzeczy należały do właścicielki pokoju. Drugie mieszkanie też było urządzone, trzecie w hotelu... Kupiliśmy chyba już wtedy kanapę.

Ile kosztowała?

- Nie pamiętam, ale mąż wygrał w totolotka i kupiliśmy sobie jeszcze telewizor.

Mąż często grał w totolotka?

- Kiedy mu brakowało, to grał i zawsze trochę wygrywał. Starał się zabezpieczać byt rodziny, chciał żeby było dobrze. Totolotek to jedna z pasji męża. Grał nawet w czasie prezydentury, zresztą gra do dziś. Ale ja nie mogę powiedzieć, żebym kiedykolwiek odczuwała biedę. Nie przeżyłam biedy. Mnie było dobrze z tym, co miałam.

Podobno żeby urodzić pierwsze dziecko, jechali państwo wspólnie do szpitala autobusem?

- Tak. Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji, ale to też piękne. Nie było problemu.

Do drugiego porodu zabrał państwa sąsiad.

- Mieszkaliśmy w stoczniowym hotelu, byliśmy akurat w stołówce, kiedy się zaczęło. Bogdan miał dwa lata, nie mieliśmy samochodu i sąsiad nas zawiózł. Ale szpital był na tej samej ulicy, można było na piechotę iść.

Pani w szpitalu na piętrze, mąż pod oknami...

- W tamtych czasach krzyczało się przez okno.

Pani pisze, że mąż był smutny.

- Po pierwsze, nie mogliśmy się spotkać w tym szpitalu. Po drugie, nie mieliśmy nikogo, rodziny się nami nie interesowały. Może zresztą byłam wtedy tak bardzo w nim zakochana, że jak zobaczyłam, że smutny, to sobie jeszcze to wyolbrzymiłam...

Pisze pani, że po trzecim dziecku zaczęła się pani zastanawiać, jak sobie poradzi z trojgiem. A potem było przecież jeszcze pięcioro kolejnych...

- Później już się nie zastanawiałam.

Ogromna rodzina to element jakiegoś planu?

- Nie, po prostu nie chciałam mieć tylko jednego dziecka. Ale nigdy nie planowałam, żeby mieć ich aż tyle. Ale Pan Bóg dał, to tyle jest. Najbardziej przeżyłam trzecie, nie wiem dlaczego. Martwiłam się, że nie dam sobie rady. Chyba potem z kimś porozmawiałam, może z mężem? Poczułam się pewnie i były kolejne dzieci.

Kiedy jest pani trudno, wystarcza rozmowa z mężem?

- Kiedy jest mi trudno, to się modlę. Nie rozmawiam z mężem, już prędzej z koleżanką. Mąż ma swoją politykę, nie chcę mu głowy zawracać.

Kilka razy w pani książce powraca temat kwiatów. Że nie dostaje ich pani od męża.

- Marzą mi się czasem takie sentymentalne, wzruszające sceny: że mąż przynosi mi kwiaty, że coś mówi, tak od siebie. Ale, niestety, ta cholerna polityka go pochłonęła. Do '80 roku uważałam, że jestem słabą kobietą, która sobie nie radzi, że mąż jest akumulatorem, który mnie doładowuje. A po Sierpniu doszłam do wniosku, że jednak jestem silna. Ale dopiero teraz, pracując nad książką, zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać. Mąż przez całe życie uważał, że wszystko potrafię, wszystko mogę, że nie ma takiej rzeczy, której nie udźwignę.

Powiedział to pani?

- Nie powiedział, sama doszłam do tego wniosku. A ja potrzebuję co pewien czas silniejszego przeżycia, wzruszenia. Inaczej czuję, że gasnę. Dlatego muszę sama sobie te wzruszenia zapewniać. Stąd też pewnie ta książka - może po to, żeby kimś wstrząsnąć? A może, żeby wstrząsnąć samą sobą?

A mną wstrząsnęło zdanie, że teraz, kiedy pani dostaje od męża kwiaty, to wie, że on od kogoś je dostał. Smutno to brzmi.

- Smutno? Nie, absolutnie. Oczywiście chciałabym, żeby kwiaty przyniósł mi spontanicznie, ale nie jest to smutne.

A kiedy zaczęła pani w ogóle myśleć o sobie?

- W '80 roku, kiedy zobaczyłam, co się dzieje, wiedziałam, że będę musiała przewartościować życie. Jakby odezwała się moja druga natura, bo wcześniej byłam zależna od męża. Pochodzę ze wsi, przyjechałam tutaj w '68 roku i całkowicie oparłam się na mężu. Uważałam, że jest mądrzejszy, bardziej doświadczony. Był moją pierwszą miłością. Przez pierwsze lata małżeństwa wystarczyło, że powiedział: "Będzie dobrze", to mi wystarczyło. Pragnęłabym, żeby to trwało do dzisiaj, ale już się nie da.

A kiedy miała pani 20 lat, potem 25, 27 - lubiła pani robić coś sama? Poza śniadaniami dla dzieci?

- Ale nie było czasu! Nawet nie dało się pomyśleć o sobie. Chodziliśmy na spacery, na plażę, mąż kąpał się z dziećmi, ja się przyglądałam. Było dobrze... Uważam, że dla mnie dopiero przyjdzie czas.

Męża aresztowano pierwszy raz w '70 roku. Szybko. Niedługo po ślubie.

- Tak. W tym pierwszym mieszkaniu. Kiedy zabierali go z pokoju, zdjął obrączkę i zegarek, położył na stole i powiedział: "Nie martw się, wszystko będzie dobrze, jak ci będzie brakowało pieniędzy, to sprzedasz". I mnie już to wystarczyło. Nie rozpaczałam, nie płakałam, tym bardziej że miałam dwuipółmiesięczne dziecko.

Ale to jednak była rozpaczliwa sytuacja: dwumiesięczne dziecko, żadnych oszczędności, męża zabierają, nie wiadomo, kiedy wróci. Coś sobie pani myślała przed snem tej pierwszej nocy?

- Nie przeżyłam tego tak mocno, żeby to pamiętać. Tylko ten moment, kiedy go zabierają i on zostawia te rzeczy. To, co było później, wymazałam. Wrócił po czterech dniach, przed Bożym Narodzeniem.

Pani zawsze tak spokojnie reagowała na aresztowania męża?

- Nie. Zdarzało się, że bardzo emocjonalnie. Na przykład kiedy mieszkaliśmy na Stogach. Był luty '80 roku, miał się odbyć pogrzeb młodego człowieka z opozycji, według różnych domniemań prawdopodobnie zamordowanego przez SB. W domu oprócz nas były jeszcze ze trzy osoby. Wszyscy z mężem mieli jechać na ten pogrzeb. Pod domem stał wojskowy gazik, a obok cywilny, ubecki fiat 125. I oni męża do tego fiata. Akurat miałam na nogach drewniaki i zaczęłam walić drewniakiem w maskę tego samochodu. I krzyczeć, żeby ludzie w tych blokach się dowiedzieli, kto tu mieszka, i że tak traktuje się tych, którzy o coś walczą. Trochę się rozładowałam.

Potem męża aresztowali co chwila, a pani zostawała sama...

- Całe życie byłam sama - do '80 roku, po '80 roku. To trudne do wypowiedzenia. Myślę, że Pan Bóg daje ludziom zadania i podsuwa im w nich pomoc, ale nie każdy potrafi to zadanie dźwignąć.

Pisze pani, że rodzina była jednak sama. Że wychowując dzieci, widziała pani, że one wiedzą: koledzy mają ojców cały czas, a pani dzieci nie.

- Tak, dostrzegałam to. Ale ojciec dzieciom tłumaczył, że to tak samo, jak z marynarzem, który wypływa na pół roku. Dzieci też go nie mają.

Czyli rozmawiało się o tym w domu?

- Tak, ale potem polityka pojawiła się już na dobre. To też taki konik męża, on to lubi. A ja uważam, że człowiek powinien być na tyle wolny, że jeśli coś lubi, nie powinno mu się przeszkadzać. Chociaż ja mężowi czasem przeszkadzałam.

Jak?

- Buntowałam się, protestowałam. Żeby nie wychodził, żeby został w domu. Ale nie chodziło o to, że mu zazdroszczę, że wychodzi, ale o to, że mamy dzieci. Mówiłam: "Masz tu rodzinę, prawda? To zatrzymaj się i pomyśl, jakie są twoje priorytety, co jest ważne, a co nieważne". On odpowiadał: "Ja tobie to wszystko zostawiłem, a ty powinnaś nad tym panować". Ja: "Nie zajmuj się polityką, to cię nie zwolnią. A jak cię zwolnią, to staraj się, żeby na dom było".

- Jestem bardzo odpowiedzialną osobą, nie mogłam sobie pozwolić na żadne dramaty, rozpacze, rzeczy, które nie przystoją matce odpowiedzialnej za dom i rodzinę. Nie mogłam usiąść i przy dzieciach szlochać, że ojca nie ma i co my zrobimy. Nie ma go dziś, jutro będzie. Wiem, że to trudno zrozumieć.

Ile pani wtedy wiedziała o opozycji?

- Nie wtajemniczano mnie.

Ale męża aresztowano co chwila, więc musiała się pani zastanawiać, co się dzieje.

- Ale wracał. Od '80 roku, od lutego, wiedziałam, że coś się dzieje, wcześniej nie. Zresztą nawet nie chciałam. A mąż nie chciał mnie wtajemniczać. Wcześniej byłam tylko na jednym spotkaniu działaczy opozycji. Bardzo mi się podobało, że oni tak się rozumieli, że wiedzieli, że tam mogą być podsłuchy, że zmieniali miejsca spotkań, pisali na kartce, porozumiewali spojrzeniem - wiedzieli wszystko. I to, jak byli dla siebie serdeczni, jak się wspierali nawzajem. To było piękne.

Ale w '80 roku, tuż przed Sierpniem, kiedy aresztowali męża, musiała pani coś przeczuwać...

- Byłam w ciąży. To było 31 lipca, nie wiedziałam, kto się zajmie dziećmi, kiedy pójdę do szpitala. Mąż sam sprowokował to zatrzymanie. Wyszedł na spacer z wózkiem, a poszedł rozrzucać ulotki. To było nieprzemyślane. Zabrali go na komendę i przyjechali do mnie na rewizję. Zareagowałam bardzo nerwowo, krzyczałam. Urodziłam dwa dni później, kiedy mąż był w areszcie. Puścili go wieczorem.

Na początku sierpnia rodzi pani Anię, kilka dni później idzie pani do stoczni...

- Poszłam po kilku dniach. Nawet byłam ciekawa. Koleżanka została z dziećmi.

Poszła pani do stoczni, spojrzała na męża - przywódcę strajku. Przemawia z wózka, ludzie wiwatują, entuzjazm. Zobaczyła pani kogoś innego?

- Mąż miał zachrypnięte gardło, był przeziębiony. Poszłam do stołówki, tam odpoczywał. Ludzie się cieszyli, że do nich mówi. Postałam, popatrzyłam i wyszłam. Ale potem wieczorem już codziennie przychodziłam. Kiedy wracałam, zawsze mnie odprowadzał do bramy. Ta życzliwość ludzka wówczas to było coś pięknego. Marzę, żeby się jeszcze kiedyś powtórzył choć jeden tydzień takiego Sierpnia - te tłumy wiwatujące, entuzjazm, radość ogromna.

Mieli państwo wtedy jakąś chwilę dla siebie?

- Ciągle ktoś wchodził, o coś pytał.

A mąż pytał o coś?

- Jak tam dzieci? Jak sobie radzisz? Ale nic takiego bliskiego jak to w małżeństwie.

Kiedy wracała pani ze stoczni, opowiadała pani o tym dzieciom?

- Nie, jak wracałam, to dzieci już spały. Ale rano na pewno mówiłam, że byłam w stoczni, że ojciec na strajku, że wszystko dobrze, że dużo ludzi...

A po Sierpniu zaczęli państwa oblegać dziennikarze.

- Na Stogach nawet nie można było ich wpuścić, bo nie było gdzie. Władze uznały, że chyba wstyd, i z dnia na dzień przeprowadzono nas - siłą właściwie - do dużego, brudnego mieszkania na Zaspie. I tam był taki czas, że dziennikarze nie wychodzili.

Jak to wyglądało? Oni wchodzili, pani dawała im jakąś herbatę...

- Było tak, że przychodzili o godzinie siódmej, to stawiało się herbatę czy śniadanie. Ale moja naiwność też miała pewne granice. Okazało się, że nie daje się funkcjonować, że w domu bez przerwy jest tłum obcych - od rana, do nocy. W końcu coś we mnie puściło i powiedziałam mężowi, że tak się dłużej nie da, żeby z tym skończył. I się skończyło. Spotykał się z nimi w biurze.

Nadchodzi stan wojenny. Przychodzą po męża. A on życzy sobie, żeby przyjechał Fiszbach [I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Partii - red.]. I Fiszbach przyjechał. Blady - wspomina pani. Męża zabrali, a potem...

- Od '80 roku do stanu wojennego mąż ciągle gdzieś wyjeżdżał. Dlatego samo jego internowanie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Zawsze wyjeżdżał sam, teraz go zabrali, a ja musiałam stać twardo na ziemi - są dzieci, trzeba im dać jeść i żeby czuły się bezpiecznie, żeby wiedziały, że matka daje sobie radę. Więc gdy Fiszbach wrócił już po wyprowadzeniu męża, powiedział, żebym dała mu znać, gdybym potrzebowała pomocy. Więc ja, że owszem, mam sprawę. Że u brata męża, prawie 250 kilometrów od Gdańska, mamy przygotowanego świniaka na święta. Że teraz stan wojenny, jeździć nie wolno, męża nie ma i żeby pomógł. On: "Proszę bardzo, nie ma sprawy, załatwione". I dał swój samochód z kierowcą, choć też do końca wszystkiego nie załatwił, bo przepustki mi nie dał na przewóz tego świniaka, a to przecież było nielegalne... W każdym razie się udało. Samo życie.

Męża zwalniają z internowania po roku...

- Tak, po jedenastu miesiącach.

Tym razem pamięta pani, jak wraca do domu?

- Pamiętam, że go wypuszczają i że pod domem jest kocioł - dziennikarzy mrowie, pod drzwiami tłum. Parę koleżanek w domu - czekamy i pijemy szampana. A jego trzy dni wieźli. Pierwszego wieczoru, kiedy ogłosili, że go zwolnią, siedziałyśmy i czekałyśmy, zastała nas noc. Nie wiem, czy któraś z nas spała. Następnego dnia znów go nie przywieźli. A ten tłum ciągle czekał. W końcu, na trzeci dzień, ludzie wnieśli go na ramionach. Był bardzo gruby, chyba utył w jakiś dziwny sposób - może go faszerowali jakimiś środkami? W każdym razie nie powinien dopuścić do tego, że tak utyje.

- Kiedy przyjechał, nie było czasu na jakieś uściski, miłości, bo pod oknem byli ludzie, on wychodził z pięć razy i przez okno do tego tłumu mówił. Cieszyłam się, że coś się dzieje, że wrócił, że będzie już inaczej. Było fajnie.

Potem Lech Wałęsa był "prywatnym obywatelem", za którym cały czas ktoś chodził i do którego zaczęli przyjeżdżać ludzie ze świata. Kogo pani najlepiej zapamiętała?

- Chyba Joan Baez. Śpiewała u nas w domu, jest nagranie. Było też wielu polskich artystów. Myślę, że świat kultury chciał podkreślić, że jest z mężem i Solidarnością.

A '89 rok? Wszyscy fotografują się z Wałęsą, wszędzie pełno Wałęsy, plakaty Solidarności wiszą w całym kraju... Pani się śmieje?

- Ja nie brałam udziału w żadnej kampanii.

Ale na wieczorze wyborczym pani była?

- Na wieczorze wyborczym byłam.

Wszyscy byli wtedy tak podnieceni...

- Ja nie byłam podniecona.

Tyle mówiła pani o atmosferze Sierpnia...

- Sierpień był dla mnie piękny, ale czas kampanii w '89 roku, a potem - kampanii prezydenckiej to już nie to. Nie brałam w tym udziału.

Bo mąż nie proponował?

- Mąż proponował, ale ja nie chciałam.

W scenie zaprzysiężenia pani męża na Urząd Prezydenta jest pani inna niż siedem lat wcześniej w Oslo. Jest pani spięta, smutna, poważna...

- Spięta? A myślałam, że wyglądałam dostojnie. Chyba czułam odpowiedzialność, może to z tego powodu. Bardzo chciałam, żeby mąż dobrze wypadł, bo miał pecha do dziennikarzy, ciągle się go czepiali. Powiedział słowo - źle, krawacik - źle. W Oslo byłam sama, postanowiłam, że wypadnę dobrze, i wypadłam dobrze. A teraz - nie miałam wpływu na to, jak męża odbiorą dziennikarze, jak odbiorą ludzie, już byłam z boku. Wiedziałam zresztą, że to jest następny etap, który nas od siebie odsuwa.

Jak zaczęła pani wtedy funkcjonować?

- Wszystko było pierwsze, nie było się na kim wzorować. Teraz chyba jest łatwiej startować w roli prezydentowej.

A wygląd, wizerunek, ciuchy?

- Ciuchy trzeba było sobie przygotowywać.

Był ktoś, kto dbał o to, jak pani wygląda, w co się ubierze, jaką będzie miała fryzurę?

- Nie. To wszystko było spontaniczne.

A pierwszy moment, kiedy musiała pani oficjalnie wystąpić jako żona prezydenta?

- Nie pamiętam. Zresztą w '90 roku inaczej odbierałam życie, świat, nie zależało mi na tym, jak ktoś mnie ocenia, nie zależało mi tak bardzo na opinii. Zresztą zawsze wypadałam dobrze. Może pan pomyśleć, że jestem zarozumiała, ale nie robiło na mnie wrażenia, że spotykam się z królową brytyjską, Margaret Thatcher czy innym wielkim. Nie paraliżowało mnie to, nie traciłam głowy, nie myślałam, jak się zachowam, jak się ubiorę.

A problemy protokolarne, etykieta?

- Dostawałam taką książeczkę z informacjami protokołu dyplomatycznego: to o tej godzinie, to o tej, tu należy się ubrać tak, tu - tak. Na spotkanie z królową w kapeluszu, to normalne. I żeby nie być ubraną bardziej wytwornie niż ona. Ale ja przecież nigdy nie miałam w sobie ekstrawagancji.

Jak się państwu zmieniło życie rodzinne, kiedy mąż został prezydentem?

- Dzieci do szkoły odwoził kierowca. Koledzy w szkole zaczęli synom trochę dokuczać. A w rodzinie - zwyczajny dom. Mąż przyjeżdżał na weekendy, nie było go cały tydzień, a ta moja samodzielność była już w pełni dojrzała, musiałam na siebie liczyć.

A jak się żyło na dwa domy - warszawski i gdański?

- Nie mieliśmy dwóch domów, mieliśmy dom i hotel. W Warszawie bywałam z konieczności. Kiedy przyjeżdżała jakaś para prezydencka czy ważniejszy gość.

Udawało się zebrać całą rodzinę?

- Na pewno. W '91 czy '92 roku mieliśmy takie zdjęcie, że byli wszyscy - i synowie, i córki, i wnuki. Potem nigdy nie udało się już takiego zrobić.

A miewali państwo z mężem czas dla siebie?

- Bywał. Kiedy chciałam zapytać o coś męża, wchodziłam do gabinetu i pytałam.

Kiedy mąż przegrał wybory w '95 roku, to właściwie nie bardzo miał co robić. Po całym życiu bardzo aktywnego codziennego funkcjonowania i niebywania w domu nagle zjawia na dłużej.

- Przecież on nigdy nie był na stałe w domu! On ciągle gdzieś wyjeżdża.

Tamte wybory nie zmieniły państwa życia?

- Powinny były. Miałam nawet nadzieję, rozmawiałam z mężem, niby powiedział, że wszystko będzie teraz inaczej, ale już nie potrafił się zmienić.

Pisze pani: "Po Sierpniu nikt, włącznie z moim mężem, nie brał mnie pod uwagę". Gorzkie.

-To tylko stwierdzenie faktu.

Coś się od tego czasu zmieniło?

- Nie.

Mąż czytał pani książkę?

- Nie. Pytałam, czy będzie czytał, powiedział, że nie. Ale myślę, że przejrzy.

To, co po Sierpniu się u państwa rozsypało, już się nie posklejało?

- Nie. Ale już dojrzałam, to nie robi na mnie wrażenia. Oczywiście, troszeczkę boli, bo chciałoby się, żeby najpierw była żona, dzieci, a potem dopiero polityka, komputer i wszystko inne... Teraz będziemy obchodzili rocznicę 42 lat małżeństwa. Przez te 42 lata zdążyłam się uodpornić.

A jak państwo obchodzą rocznicę małżeństwa?

- Zawsze coś wypadało - albo męża nie było, albo działo się coś innego.

A teraz mąż będzie?

- Nie wiem, zobaczymy.

Na początku swojej autobiografii pisze pani "Jesteśmy starzy (...) mamy dorosłe dzieci, w dodatku z problemami". Z jakimi problemami?

- Jestem idealistką i marzy mi się ideał - że skoro dzieci się pożeniły czy powychodziły za mąż - żeby żyły w jednych małżeństwach. Żeby wszyscy byli blisko, rozumieli się - co też nie jest możliwe.

Może rodzina będzie razem na Boże Narodzenie? Kto przyjedzie?

- Jeszcze o tym nie myślałam. Mam nadzieję, że mój syn wyjdzie ze szpitala i też będzie. Może jest samotny w Warszawie? Każdy ma swoje sprawy, ja też nie mogę wszystkiego zostawić, żeby z nim być codziennie. Boleję nad tym.

A jak dzisiaj wygląda pani dzień? Kiedy się umawialiśmy, dowiedziałem się, że może pani tylko rano, bo po południu jest pani cała dla rodziny.

- Pomagam wychowywać wnuka, syna mojej najstarszej córki. O 15 muszę go odebrać ze szkoły. Dzisiaj obiadu nie gotuję, bo mąż wyjechał. To ja mam wolne.

Rozmawiał Łukasz Modelski

Twój STYL 12/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne