Reklama

Reklama

Kobiety u władzy

Nie wiem, jak to jest w Polsce, ale we Francji kobiety za tę samą pracę, co mężczyźni, nie dostają takiego samego wynagrodzenia, także emerytura jest inna - mówi François Ozon, reżyser filmu "Żona doskonała".

Paweł Rojek: Dlaczego kobiety?

François Ozon: To ciekawe, że zadaje pan to pytanie, bo gdybym robił filmy o mężczyznach pewnie by pan o to nie zapytał. Połowa ludzkości to kobiety, więc to normalne, że się robi filmy o kobietach. Gdyby głównymi bohaterami moich filmów byliby mężczyźni, takie pytanie by nie padło. To tylko dowodzi, że ludzie w głębi duszy są pełni uprzedzeń i dlatego moje filmy są stale aktualne.

Ale wydawałoby się, że będąc mężczyzną lepiej zna pan męską psychikę.

- Myślę, że fakt, że jestem mężczyzną pozwala mi na spojrzenie na kobiety z dystansem, bardziej świadomie. Myślę, że trudniej mi jest mówić o mężczyznach, bo są moją kopią i robienie filmów o nich jest jak przeglądanie się w lustrze. A filmy robię po to, żeby się ukryć. Jestem w nich widoczny, tylko dzięki stylowi reżyserii. Bardziej osobiste rzeczy mogę powiedzieć przez pryzmat kobiet, bo są płcią przeciwną.

Reklama

Zdecydował się pan na temat zdobywania władzy przez kobiety w latach siedemdziesiątych. Dlaczego nie zdecydował się pan na przeniesienie tej historii do współczesności?

- Bardzo chciałem zrobić komedię. Uświadomiłem sobie, że jeśli chcę opowiedzieć o sytuacji kobiet, a przeniosę tę historię do współczesności, to nie będzie komedia tylko dramat. Pozostawienie jej w latach siedemdziesiątych pozwoli na zachowanie dystansu i śmianie się z sytuacji, które nie byłyby śmieszne dziś. Lata siedemdziesiąte we Francji to był czas kryzysu, dużego bezrobocia i często zdarzały się porwania właścicieli fabryk.

- Wreszcie pozostawienie akcji w latach siedemdziesiątych to wpisanie się w ogólną tendencję idealizowania przeszłości. Wydaje nam się, że dawniej było lepiej niż teraz. Przeszłość nie wydaje się tak dramatyczna. Zachowałem więc oryginalne realia lat siedemdziesiątych, ale stworzyłem pewna więź z teraźniejszością. Jest tam wiele odniesień do sytuacji aktualnej, ale pokazanych z dystansem.

Nie wydaje się panu, że przeniesienie akcji sztuki do współczesności pozwoliłoby drążyć temat głębiej z zachowaniem formy komediowej?

- Jestem przekonany, że jeśli umieściłbym akcję filmu we współczesności, to nie byłaby to komedia. Byłby to film bardziej dramatyczny, a mnie zależało na zachowaniu lekkości tej opowieści. Przeszłość podbija walory komediowe, a nikt nie powie, że zrobiłem film propagandowy. Mam wrażenie, że przekaz polityczny jest mocniejszy, gdy jest śmieszny niż kiedy jest wygłoszony na poważnie.

Czy myśli pan, że temat rzeczywiście jest nadal aktualny? Przecież kobiety mają teraz większą władzę.

- Nie wiem, jak to jest w Polsce, ale we Francji kobiety za tę sama pracę, co mężczyźni, nie dostają takiego samego wynagrodzenia, także emerytura jest inna. Oczywiście jest postęp, dużo się zmieniło, jest więcej kobiet w polityce, ale to nadal nie jest równouprawnienie. Jest jeszcze wiele do zrobienia. I wiem, że ten film jest aktualny, bo jest oddźwięk i wiele kobiet, w tym feministek, mi dziękowało.

Pracuje pan z największymi nazwiskami. Czy zdarzyła się panu chwila onieśmielenia, kiedy pierwszy raz zetknął się pan z ikoną kina jako reżyser?

- Rzeczywiście, kiedy spotyka się gwiazdę taką jak Catherine Deneuve nie można zapomnieć o wszystkich filmach, w których wystąpiła i wszystkich twórcach, którzy z nią pracowali. Mam swiadomość, że pojawiam się po Polańskim, Bunuelu, Truffaut i Jacquesie Demy, filmowcach, których podziwiam. I jeśli ktoś oczekuje, że będę w stanie poprowadzić ją tak dobrze, jak zrobili to oni, naraża się na śmieszność. Ale ona okazała się osobą bardzo otwartą i serdeczną, nie stwarzającą żadnych kłopotów. Dlatego myślę, że spotykając takich aktorów trzeba zapomnieć o tych wszystkich filmach, w których zagrali i skupić się na teraźniejszości.

Czy praca ze znanymi aktorami jest łatwiejsza czy trudniejsza?

- Praca ze znanymi nazwiskami jest łatwiejsza, bo najczęściej są to bardzo dobrzy aktorzy. I praca z nimi jest przyjemna. Z drugiej strony jest to trudne, bo trzeba mieć świadomość ich wizerunku, jaki panuje wśród publiczności i albo go zmienić, albo wykorzystać. No i oczywiście trzeba się liczyć z kosztami. Są oni drodzy. Ale w ostatecznym rozrachunku współpraca z nimi przynosi korzyści.

Jak udało się panu zachęcić gwiazdy do wzięcia udziału w filmie "Żona doskonała"?

- Zależało mi na aktorach, którzy wzbudzają zaufanie i potrafią przekazać skomplikowane relacje między bohaterami, dobrze współpracując. W przypadku Catherine zależało mi, żeby zgodziła się na początku, zanim zacząłem pracę nad adaptacją scenariusza, bo chciałem stworzyć postać podobną do niej. Ten film opiera się na postaci kobiecej, śledzi jej zachowania i przemianę od samego początku. Dlatego musiałem od razu wiedzieć pod kogo robię ten film.

Czy to prawda, że współpracowała przy scenariuszu od początku jego powstawania?

- Nie pracowaliśmy razem, ale Catherine śledziła na bieżąco proces pisania, zdjęcia próbne, produkcję. Jej zaangażowanie było bardzo ważne, bo ten film pokazuje punkt widzenia Suzanne Pujol. Dlatego zależało mi na współpracy.

Był pan zwany "enfant terrible" francuskiego kina. Czy dojrzał pan już trochę?

- Nie wiem, nie zadaję sobie takich pytań. Dziennikarze przyczepiają różne etykietki. Ale myślę, że moje filmy odzwierciedlają czasy, w których powstawały. Oczywiście film, który zrobiłem dziesięć lat temu będzie się różnił od tego, który powstał niedawno, ale to kwestia okoliczności ich powstawania. W mojej reżyserii jest teraz mniej drapieżności. Może dlatego, że zrozumiałem, że można łamać zasady, ale ubrać to w formę klasyczną. Mogę mówić o rzeczach niepokojących, ale w stylu, który nie wzbudza agresji u widza.

Czyli już nie uważa pan, że trzeba być tak kontrowersyjnym, jak to było na początku pana kariery?

- Niczego nie żałuję. Nie żałuję filmów, które zrobiłem wcześniej. Te filmy pasowały do swoich czasów, odzwierciedlały moje poglądy. Może było we mnie wtedy więcej złości, co widać było w filmach. Być może teraz nabrałem pewnej dojrzałości i widzę sprawy inaczej. Są ludzie, którzy żałują przeszłości i wolą żyć teraźniejszością. Ja sobie nie stawiam takiego pytania. Idę przed siebie i rzadko patrze w przeszłość.

Wcześniej często sięgał pan po tematykę gejowską, czy teraz uważa pan, że nie jest to już tak istotne?

- To zależy od filmu. Nie mam jakiś reguł. Film "Żona doskonała" to komedia, film radosny. Różni się od filmu "Czas, który pozostał", który zrobiłem wcześniej, a który w nieszablonowy sposób mówi o umieraniu. Każdy film jest inny. Nie ma ogólnej zasady. Każdy film jest inny i inne jest moje podejście do tematu. Dla mnie reżyseria jest związana z postacią i za postacią podążam.

Jak pan dobiera kolejne projekty?

- Każdy film jest inny. Staram się nie powtarzać. Nie robić ciągle jednego filmu. Za każdym razem wybieram inny kierunek. Po filmie z dużym budżetem przygotowuję mniejszy film i odwrotnie. Po filmie, jakim było "Schronienie", małym, przy którym ekipa liczyła 10 osób, miałem ochotę zrobić coś co stanowiło większe wyzwanie produkcyjne. Po "Żonie doskonałej" znów zrobię coś innego. Za każdym razem historia i budżet jest inny.

Styl.pl/materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: Reese Witherspoon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje