Reklama

Reklama

Amulety, dzięki którym możesz nawet wygrać na loterii

Właściwie nie wiemy, dlaczego nigdy nie usiedliśmy pod drzewem na skraju błoń Sanam Luang w Bangkoku, by miejscowy astrolog postawił nam horoskop. Mieliśmy na to ochotę, ale coś nas przed tym powstrzymywało. Wstyd? Niedowierzanie? A może obawialiśmy się, że gwiazdy skłonią nas do większej ostrożności, zmienią nasze decyzje i kierunek podróży? - piszą podróżnicy Elżbieta i Andrzej Lisowscy w książce "Ogień i monsun. Indochiny z bliska".

Wsiadamy do łodzi, która mknie Chao Phrayą, i wyskakujemy na przystani Phra Borom Maha Ratcha Wang. W kilka minut jesteśmy na targu amuletów. Odwiedza go wielu turystów, to w końcu jedna z atrakcji Bangkoku. Przybysze z Zachodu robią zdjęcia i z setek przedmiotów wybierają te ładne, efektowne lub intrygujące, po prostu takie, które się dobrze prezentują. Tajowie szukają konkretnych talizmanów. Znawcy, pochyleni z lupą nad niewiele nam mówiącymi wizerunkami, wnikliwie je analizują. Czy rzeczywiście stworzył go sam Phra Somdej Toh - legendarny mnich z Wat Rakhang, czy też jego uczniowie, a może tylko pochodzi z jego świątyni? Wszystko ma znaczenie.

Naszą uwagę zwraca ozdobiony błyskotkami spory drewniany fallus - ma zapewnić siłę i zdrowie. Kiedy nim potrząsamy, w środku coś grzechocze. Nasiona, może jakieś ziarna albo drobne kamyczki. Dobijamy targu i ostrożnie wkładamy nasz "magiczny obiekt" do plecaka.(...)

Reklama

Talizman mnicha Somdej Toha

Postanawiamy jeszcze coś wybrać, tym razem jednak chcemy bardziej zawierzyć intuicji. Andrzej powierza mi to zadanie. Zamykam więc oczy, przesuwam dłonią nad rozłożonym na chodniku stolikiem, opuszczam ją nad jednym z setek amuletów. Jestem trochę rozczarowana. Niewielka tabliczka z wizerunkiem starszego mnicha, przesłonięta plastikowym wieczkiem, nie wygląda zachęcająco. Sprzedawca uśmiecha się i uczciwie przyznaje, że nie wie, skąd pochodzi i kto wykonał wybrany przeze mnie amulet, ale jest na nim podobizna niezwykle poważanego w całej Tajlandii mnicha Somdej Toha, syna króla Ramy II i opata świątyni Wat Rakhang. W ostatnich latach życia (zmarł w 1872 roku) konsekrował około osiemdziesięciu tysięcy amuletów ze swoim wizerunkiem. To były bardzo długie i skomplikowane procesy.

Najpierw zbierano materiał - pyłki kwiatów, muszelki, świątynne olejki, popiół kadzideł, drobinki ryżu, liście bananowców i inne ingrediencje, wśród których były nawet spopielone prochy zmarłych mnichów. Wszystko to rozcierano, mieszano na jednolitą masę i ostrożnie wkładano do formy. Całemu procesowi towarzyszyły cicho szeptane mantry, śpiewy i modlitwy mnichów.

"Takie talizmany są bardzo drogie, kosztują nawet kilkaset tysięcy bahtów. Wypożyczę wam go za jedyne pięćdziesiąt". Widząc nasze zdziwione miny, starszy mężczyzna wyjaśnia, że talizmanów się nie kupuje, tylko "wypożycza", bo dawniej amulety były darem, podziękowaniem mnichów dla ludzi, którzy pomagali przy budowie świątyni. Sprzedawca radzi, byśmy odwiedzili klasztor Rakhang, gdzie wciąż, według starej tradycji, powstają talizmany z podobizną naszego mnicha. "I tak, jak niegdyś, towarzyszą temu modlitwy i mantry" ‒ mówi.

Podajemy pięćdziesięciobahtowy banknot za "wypożyczenie" talizmanu, żegnamy się i płyniemy na drugą stronę rzeki. Kompleks Wat Rakhang usytuowany jest w bliskim sąsiedztwie Wat Arun. To jeden ze starszych klasztorów i świątyń Bangkoku. Trafiliśmy tam przypadkiem wiele lat wcześniej - urzekła nas wtedy nieco senna atmosfera, zupełny brak turystów i rozmowa z mnichem, który opiekował się bezdomnymi i chorymi zwierzętami. W opłotkach świątyni suszyło się pranie, gruchały gołębie, na chwiejącym się stoliku wylegiwał się kot. Uśmiechnięty mnich pokazał nam bibliotekę, która kiedyś była pałacem króla Taksina Wielkiego (1767-82). Wtedy jednak nic nie wiedzieliśmy o pochodzącym z rodziny królewskiej mnichu i amuletach.


Jeden z trzech tysięcy

Gdy tylko dobijamy do przystani, wita nas dźwięk dzwonów. Podczas budowy świątyni znaleziono zakopany głęboko w ziemi wielki, stary dzwon. Król Rama I kazał przenieść go do Wat Phra Kaew - Świątyni Szmaragdowego Buddy, w zamian jednak podarował pięć innych. Służą do dziś. Zaglądamy do sali, w której wystawione są różne amulety. Zastanawiamy się, czy wszystkie pochodzą stąd i dlaczego mają tak różne ceny "wypożyczenia". Okazuje się, że większość wykonano rzeczywiście tutaj, różnią się jednak datą powstania i różne osoby je konsekrowały. Na przykład amulety Phra Somdej Chitralada kazał sporządzić dla wybranych osób, w latach 1965-70, sam król Bhumibol Adulyadej (zmarły w październiku 2016 roku, najdłużej panujący władca Królestwa Tajlandii).

Wykonano tylko trzy tysiące takich amuletów, są więc bardzo poszukiwane i drogie, kosztują po dwa miliony bahtów (ponad dwa miliony złotych). Ale amulet zrobiony niedawno przez darzonego szacunkiem mnicha można "wypożyczyć" już za tysiąc bahtów. Użyta jest ta sama forma i podobne, choć nieidentyczne materiały. Tego wszystkiego dowiadujemy się od starszego mnicha, który zerka na sznureczki zawiązane na naszych nadgarstkach.

"Ludzie nie rozumieją, czym są amulety. Wierzą, że jedne zapewnią im bogactwo, inne uleczą z chorób, niemal uczynią nieśmiertelnymi. Jak to możliwe? Przecież nawet mnisi, którzy je stworzyli, umarli! Przypomina mi to rozbitków na wzburzonym morzu, którzy czepiają się marnej trzciny. A talizman ma przede wszystkim przypominać o tym, jak powinniśmy się zachowywać, na co zwracać uwagę, jak stawać się lepszym".

Kiedy wychodzimy ze świątyni, jest już prawie wieczór. Ostatnią łódką przedostajemy się na nasz brzeg, a potem alejką wzdłuż Uniwersytetu Silpakorn dochodzimy do rozległych błoń Sanam Luang. Tutaj zawsze, popołudniami i wieczorami, dyżurują wróżbici. Stawiają horoskopy, czytają z ręki i kart. Jak w wielu innych miejscach w Azji, także w Tajlandii nie podejmuje się żadnej ważnej decyzji bez konsultacji z astrologiem czy zasięgnięcia rady wróżbity. Lubimy to miejsce, zwłaszcza o tej porze dnia. Korki już się skończyły, nie ma ostrego słońca i czas zaczyna płynąć bardziej przyjaznym rytmem.

Nie zabobon, a codzienność

Jeśli się chwilę zastanowić, to większa część naszego globu - cały Bliski i Daleki Wschód, Oceania, Hawaje, Afryka i ogromna część Ameryki Południowej - żyje ze świadomością, że oprócz materialnego świata istnieją inne, pełne duchowych bytów i energii. Przesąd odegrał wielką rolę w dziejach Indochin. Gdy jeden z birmańskich królów zapragnął białego słonia władcy Syjamu, wybuchła trwająca trzysta lat wojna. W jej efekcie została zniszczona stara stolica Ajutthaja, a mieszkańcy Syjamu wznieśli nową - Bangkok. A wszystko przez to, że biały słoń uważany jest za zwierzę magiczne. Tylko nasza zachodnia kultura odżegnuje się od astrologii, geomancji i nie dowierza niczemu, czego nie potwierdziła nauka. Tak jest przynajmniej oficjalnie. W Azji to, co my nazywamy zabobonem, stanowi istotną część codzienności. Z rad astrologów korzysta się zarówno przy podejmowaniu ważnych decyzji politycznych, jak i w życiu prywatnym. W Hongkongu, Singapurze czy Szanghaju nie zbuduje się banku bez rady eksperta od feng shui. Zawarcie małżeństwa, podróż, wejście spółek na  giełdę, wybór imienia dla dziecka... Wszystko to wymaga rady znawcy gwiazd, kart, dłoni, znaków na ciele, układu liści herbaty lub fusów z kawy w filiżance.

Cała Azja wierzy w przeznaczenie, jednak Chińczycy, Tajowie i Birmańczycy mają sposoby, aby je jakoś obejść i oszukać. Mistrzem w tym był birmański generał i dyktator Ne Win. Kiedy astrolog ostrzegł go przed zamachem z prawej strony sceny politycznej, natychmiast kazał zmienić lewostronny ruch uliczny na prawostronny. "Prawicowy zamach" spowodował wprawdzie totalny chaos na drogach, ale zła wróżba się spełniła i zapobiegła prawdziwej rewolcie. Gdy z kolei wróżbici zapowiedzieli głód, kazał swoim ministrom i ich rodzinom jeść przez kilka dni wyłącznie wywar z korzeni bambusa. Obecny prezydent Birmy Than Shwe za radą astrologów przeniósł stolicę z Rangunu do Naypyidaw. W dokładnie wyznaczonym terminie - 6 listopada 2005 roku o godzinie 6:37 - rozpoczęto przenosiny. Drugi etap przypadł na 11 listopada, na godzinę 11:00. Jedenaście batalionów kierowało 1100 ciężarówkami. Przeniesiono wówczas jedenastu ministrów do Naypyidaw.

Mistrz amuletów

Idziemy wolno wzdłuż Sanam Luang w kierunku Soi Rambuttri. Musiało minąć dobrych kilka lat zanim zaakceptowaliśmy i polubiliśmy tę backpackerską część Bangkoku. Siadamy niedaleko hotelu, by napić się czegoś w knajpce Mama’s Place przy Chakrabongse Road. Odkryliśmy ją kilka dni temu. Nie zauważyliśmy jej wcześniej, bo drzwi maskowały bambusy i ustawione w nich doniczki z kwiatami. Sądziliśmy, że to wejście do prywatnego mieszkania. Dzień wcześniej spotkaliśmy tam mieszkającego w Malezji Nowozelandczyka, który przyjeżdża tu regularnie, by, jak mówi, Mama postawiła go do pionu. Drobna energiczna kobieta ma iskierki w oczach i emanuje ciepłem. Wybór dań w karcie nie jest duży, ale wszystko jest dobre i w smaku przypomina prostą domową kuchnię.

Zamawiamy jarzynowe pad thai i sączymy miejscową whisky z colą. Zastanawiamy się, gdzie znaleźć kogoś, kto robi amulety i cieszy się pewną renomą. W końcu po prostu pytamy Mamy. Kobieta wyciąga telefon i gdzieś dzwoni. Okazuje się, że umówiła nas z Taan tha Prachanem, mistrzem amuletów. "Tworzy je od ponad dwudziestu lat" - mówi. "Ma prawdziwy dar. Zbiera je, opisuje i świetnie potrafi odróżniać te autentyczne od fałszywych".

Następnego dnia znów jedziemy na targ Tha Phra Chan. Tym razem jednak wchodzimy głębiej, daleko od ulicy. Po chwili znajdujemy napis na szybie z nazwiskiem Taan tha Prachana. Wnętrze przypomina raczej elegancki gabinet kolekcjonera niż sklep. W podświetlonych, przeszklonych szafach wystawiono amulety. Te najcenniejsze ukryte są w szufladach. Kadzidła otulają nas łagodnym aromatem, gospodarz częstuje ziołową herbatą. Panuje spokój i porządek.

"Amulety i talizmany trzeba przechowywać w odpowiednich miejscach - najlepiej w buddyjskich świątyniach albo w domu - w kredensie lub w szafie. Nie powinno się ich kłaść na ziemi czy podłodze, aby przez przypadek nie nadepnąć na nie. Nie chodzi o to, że wierzę w cudowność talizmanu, po prostu kocham i szanuję osobę, którą przedstawia. Staram się stosować do jej nauk. Za każdym razem, gdy amulet dotknie mojej piersi, mam wrażenie, że puka do mojego serca i mówi: »bądź dobry, bądź lepszy...«".

Co więc daje talizman i na czym polega jego moc? Taan tha Prachan uważa, że jego działanie po prostu wzmacnia determinację w dążeniu do celu, kieruje uwagę na właściwy tor. "Talizman to nie dżin, nie jest niewolnikiem, niczego za nas nie zrobi".

Każda religia uczy, jak dobrze żyć

Pytamy, czy nie przeszkadza mu, że ludzie noszą różne amulety - buddyjskie obok hinduskich, muzułmańskich, chrześcijańskich. "Nie widzę w tym problemu, każda religia uczy, jak dobrze i uczciwie żyć. Buddyzm jest otwarty, nie zabrania korzystania z innych  mądrości i przekazów. Osobiście najbardziej lubię stare buddyjskie amulety, długo przechowywane w świątyniach, albo te z wizerunkiem mnichów, których kazania mnie poruszyły. Ale do moich ulubionych należy także talizman podarowany mi przez indonezyjskiego sufiego".

Gospodarz otwiera szafę. Przyglądamy się setkom buddyjskich talizmanów. Niektóre wyglądają jak cenna biżuteria, inne są znacznie skromniejsze i niekiedy to właśnie one mają wyższe ceny. Powtarza się główny motyw - umieszczony w centrum Budda lub ważny nauczyciel, różnice dotyczą przede wszystkim daty powstania, użytych materiałów i wykonawcy.

"Ludzie mają dziś problem z duchowością, gonią za sławą i dobrobytem. Nie mogą się uwolnić od materialnych pragnień, choć w głębi duszy wiedzą, że nie zapewnią im one szczęścia. Amulet to obiekt szczególny, jest przedmiotem materialnym, ale przekracza swoją fizyczność i dotyka sfery, w której czas płynie innym rytmem, nie ma »przedtem« i »potem«, skutek można zobaczyć wcześniej niż przyczynę. Trzeba obchodzić się z nim z szacunkiem, bo to nasz łącznik ze światem subtelnym".

Na jednym z talizmanów ubrana w czerwono-zielone szaty kobieta trzyma w ramionach niemowlę. Na karteczce widnieje napis po tajsku, chińsku i angielsku: "Mae Nak, amulet wiecznej miłości". Cena: 250 dolarów.

"Bardzo baliśmy się jej w dzieciństwie. Rodzice straszyli nas, że gdy tylko oddalimy się od domu, duch Nak nas porwie. Każde tajskie dziecko i każdy dorosły zna doskonale jej historię. Nakręcono też o niej sporo filmów, naliczyłem ich ze dwadzieścia. Za każdym razem fabuła wygląda nieco inaczej, ale podstawowe elementy się nie zmieniają".

Mae Nak i jej mąż Mak żyli w czasie panowania Ramy IV (króla Mongkuta). Kobieta bardzo kochała swojego męża, niestety Mak został wysłany na wojnę, a Nak zmarła przy porodzie ich synka. Kiedy po wielu miesiącach mężczyzna wrócił do domu, na progu czekały na niego duchy żony i dziecka. Mijały tygodnie szczęśliwego życia. Nieświadomy niczego Mak nie miał pojęcia, że mieszka z duchami. Sąsiedzi jednak wyjawili mu prawdę. Mak próbował odejść, ale zrozpaczona Nak szła za nim wszędzie. W końcu mężczyzna schronił się w świątyni Mahabut. Tutaj też znajduje się sanktuarium poświęcone duchowi Mae Nak. Mieszkańcy Bangkoku często je odwiedzają. Kobiety proszą o dobry poród i szczęście w małżeństwie, a młodzi mężczyźni, by uchroniła ich przed powołaniem do wojska. Przede wszystkim jednak zwracają się do niej nieszczęśliwie zakochani i porzuceni, ludzie spragnieni miłości. Mae Nak podobno jest także specjalistką od wygranych na loterii.

Sanktuarium Mae Nak

Jedziemy do jej sanktuarium w kompleksie Mahabut, położonym tuż nad kanałem Phra Khanong. To wschodnia część Bangkoku. Ostatni fragment drogi pokonujemy długą łodzią. Wsiadamy pod mostem Phra Khanong. Płyniemy przez starą część miasta. Wokół jest cicho, spokojnie, nad kanałem mijamy kolorowe domki, przy każdym kolebie się łódka. Tak najszybciej można odwiedzić sąsiada czy wpaść do sklepiku. Większe zakupy robi się na targu, naszą łódź wypełniają więc torby, z których wystają liście wodnego szpinaku, zielone pęki gorczycy, młode pędy i liście moringi - rośliny o fantastycznych właściwościach. W Azji nazywa się ją drzewem życia - ma 25 razy więcej żelaza niż szpinak i 17 razy więcej wapnia niż mleko, zawiera wszystkie potrzebne do życia esencjonalne aminokwasy i ponad czterdzieści antyoksydantów. W smaku nieco przypomina szpinak. Listki dodaje się do curry, dobrze smakują też jako danie główne.

Nie znaliśmy dotąd tej części Bangkoku. Obok siebie mieszkają tu społeczności: buddyjska, muzułmańska i chińska. Na tyłach starych domów wyrastają nowe bloki, a nad rzeką powstają niewielkie osiedla jednorodzinnych domów. Jednak dalej celebruje się tu życie bez pośpiechu. Moglibyśmy tak płynąć i płynąć, zbliżamy się jednak do świątyni Mahabut z całą jej różnorodnością, dziesiątkami ołtarzyków i sanktuariów. Wśród nich jest to poświęcone Mae Nak. Kupujemy kadzidła i nawleczony na nitkę naszyjnik z jaśminów. Sanktuarium przypomina mieszkanie lub niewielki sklep. Włączony jest nawet telewizor. Pod ścianą wiszą gęsto zapakowane w folię sukienki, na ołtarzyku ktoś położył lakier do paznokci, piękny szal, buteleczkę perfum. Z zawieszonych na ścianach portretów spogląda na nas Mae Nak. Jej figurę z dzieckiem umieszczono w centrum. Co chwilę ktoś podchodzi, zapala kadzidła, składa ofiarę, pochyla się w ukłonie, a czasem po prostu siada i patrzy w telewizor. Na drzewie pipal zawiązujemy kolorową wstążkę na szczęście i idziemy w kierunku kanału.

Mahabut to duży kompleks. Przeciskamy się między kramami z figurkami bóstw, kolorowymi paczkami dla mnichów (zaczyna się miesiąc buddyjskiego postu) i stoiskami z jedzeniem. Na jednym z nich dostrzegamy liście moringi. Kobieta na mocno podgrzany olej wrzuca ziarenka kolendry, a gdy zaczynają podskakiwać, dorzuca chilli i pokrojoną cebulę. Po chwili dodaje kilka solidnych garści łodyżek i liści moringi, odrobinę pachnącej liśćmi kafir pasty i kilka kropli sosu rybnego. Próbujemy. Listki mają lekko kwaskowy i pikantny smak. Świetne, proste danie, chętnie przyrządzilibyśmy je w domu. Tylko gdzie znajdziemy pachnące liście moringi? Wskakujemy do łódki i kontynuujemy podróż kanałem. Mijamy kolejne świątynie - kilka buddyjskich i chińską oraz dwa meczety. Można się do nich dostać bezpośrednio od strony wody. Wysiadamy przy meczecie al-Kubra.

Przed wejściem siedzi kilku muzułmańskich pirów. Zawiązują odwiedzającym sznureczki na przegubie ręki, szepczą modlitwy, kaligrafują po arabsku ich imiona. W kącie siedzi młoda para i starszy mężczyzna z dużą księgą w rękach, na okładce - liczby i litery arabskie. Dyskretnie obserwujemy przebieg konsultacji, a kiedy kobieta i mężczyzna oddalają się, podchodzimy do pira. Pytamy, czy na podstawie jego księgi można ocenić związek dwojga ludzi.

"Każda litera ma swoją wartość liczbową i przypisany jej element czterech żywiołów. Pewne liczby się lubią, inne nie. Jeśli chłopiec o imieniu Ali (litera alif należy do elementu ognia) zakochał się w Rabijji (ra to element wody), to łatwo możemy zauważyć, że to nie najlepsze połączenie. Ale to byłoby zbyt proste. Trzeba przeanalizować pozycję planet, powiązać je z liczbami i literami. W tym przypadku też nie wypadło to najlepiej. Powiedzmy jednak, że zakochany chłopak nie widzi świata poza swoją ukochaną, boi się konkurentów i utraty dziewczyny. Można wówczas przygotować talizman. Nie jest łatwo. Trzeba zwrócić się do odpowiednich duchów lub dżinów, zachęcić je lub zmusić do współpracy. Robi się to za pomocą określonej kombinacji liczb i liter oraz specjalnego zaklęcia. Aby zadziałało, należy powtarzać je przez czterdzieści dni. Oczywiście, trzeba wiedzieć, do jakiego dżina się zwrócić".

Pytamy, czy podejmuje się takich wyzwań i czy jest to zgodne z islamem, który przecież zakazuje stosowania magii. "Zakazana jest tylko czarna magia, ja posługuję się wersetami z Koranu, to ich moc pozwala mi podporządkować sobie duchy. Islam jest przeciwko tym, którzy rzucają zaklęcia, by zaszkodzić innym, ale pomoc jest zawsze dozwolona".

Fragment książki "Ogień i monsun. Indochiny z bliska" Elżbiety i Andrzeja Lisowskich. Wydawnictwo Bezdroża.

Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy