Reklama

Reklama

Dziewczyny mówią: Koniec z pompą. Teraz budujemy dla ludzi

„Miasto, w którym mieszkanie nie jest marzeniem, ale prawem, w którym biedni mieszkańcy nie są wypychani na obrzeża, a bogaci nie grodzą się w centrum. Miejsce dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych - oto, czym jest miasto wrażliwe” – o idei miasta życzliwego dla wszystkich mieszkańców i o tym, jaką rolę w jej realizacji mogą odegrać architektki opowiada dr hab. Agata Twardoch, autorka książki „Architektki. Czy kobiety zaprojektują lepsze miasta”.

 "Czy kobiety zaprojektują lepsze miasta" - pyta pani w podtytule.  A ja zapytam: co jest nie tak z obecnymi?

 Agata Twardoch: - Zastrzeżenia budzi co najmniej kilka kwestii.

Spróbujemy uogólnić?

 - Miasta nie są dla nas przyjazne. Przez wieki miały pełnić najróżniejsze funkcje: obronne, targowe, reprezentacyjne, sanitarne, jednak prawie nigdy priorytetem władz i urbanistów nie było stworzenie miasta komfortowego i inkluzywnego. Do XX wieku nikt nie pytał mieszkańców czego potrzebują i co im się podoba.

Reklama

Podobnie jak nie pytano ich o wiele innych rzeczy.  

 - W efekcie współczesne miasta odpowiadają przede wszystkim na potrzeby jednego typu człowieka: osoby pracującej, względnie zamożnej, sprawnej fizycznie, nie sprawującej funkcji opiekuńczych. Taka modelowa osoba porusza się samochodem, którym rano jedzie prosto do pracy, a po południu wraca prosto do domu, w weekend zaś udaje się do jakiegoś miejsca płatnego relaksu w rodzaju galerii handlowej, kina czy restauracji albo wyjeżdża za miasto.

I tą modelową osobą jest mężczyzna.

 - Oryginalnie tak, chociaż w ostatnich dekadach może być to również kobieta, która przyjęła stereotypowo męski model życia. Tymczasem w mieście powinno żyć się dobrze nie tylko "funkcjonującym po męsku", ale wszystkim, niezależnie od płci, wieku, stopnia sprawności i zamożności. 

W jakim miejscu trzeba się znaleźć, żeby dostrzec te bolączki? Bo nie sądzę, żeby dało się je zauważyć zza kierownicy, zza biurka, czy zza okna apartamentowca.

 - Najszybciej dostrzegają je ci, których one dotykają.

A na górze tej listy znajdują się...?

 - Osoby z niepełnosprawnościami oraz ich opiekunki i opiekunowie. Od 30 lat posiadamy przepisy, które mają dostosowywać przestrzeń do ich potrzeb, jednak te regulacje pełnią funkcję, delikatnie mówiąc, ozdobną. Istnieją, ale tak naprawdę nie zapewniają niczego. Ich skutkiem są np. pochylnie dla wózków za dziesiątki milionów złotych, po których nie da się wjechać.

Moją ulubioną jest serpentynowa kładka w Nieporęcie. Ma tak skrajnie niefunkcjonalną formę, że stałą się gwiazdą internetu.

- Takich przykładów jest mnóstwo. Choćby te windy dla wózków - wyłączone, zawinięte w pokrowce, nad którymi umieszczono napisy: jeśli chcesz wjechać, zadzwoń po obsługę na numer stacjonarny czynny między 8.00 a 15.00 w dni powszednie. Kolejna grupa, boleśnie odczuwająca skutki złego projektowania, to osoby o niższym statusie materialnym. To one cierpią z powody złej jakości infrastruktury publicznej oraz braku dostępnych miejsc spotkań i rekreacji, takich jak place zabaw czy parki. Teoretycznie architekci i architektki czy urzędnicy i urzędniczki powinni odpowiadać na ich potrzeby, jednak w praktyce często nawet nie są w stanie ich dostrzec.

- Polskie miasta są mocno klasowe - względnie dobrze i wygodnie żyje się w nich tym, którzy mają pozycję i pieniądze. To do ich gustów, oczekiwań i trybu życia dostosowuje się przestrzeń. Świetnie ilustruje to przykład komunikacji publicznej, która jest od wielu lat uważana za gorszą bo korzystają z niej osoby słabsze ekonomicznie - głównie kobiety, osoby starsze i młodzież. Poprawę w jej funkcjonowaniu widzimy tam, gdzie z komunikacji publicznej zaczęła korzystać klasa średnia, w tym osoby decyzyjne. Czyli głównie w dużych ośrodkach.

Zobacz również: Wielkie sprzątanie w małym mieście

Kiedy mówimy o klasowości na myśl przychodzą też galerie handlowe. Duże sklepy w wielu miastach przejęły funkcję parków, placów, deptaków. Można w nich spacerować z dzieckiem, spotkać się ze znajomymi, jest trochę zieleni, fontanny, ławeczki. Czasem jest nawet  lepiej niż w parku, bo nie pada i nie wieje.  Tyle, że  prędzej czy później, w odróżnieniu od parku, w galerii trzeba wydać jakieś pieniądze.

- I o ile dla mnie i pewnie dla pani wydanie 15 złotych na kawę nie jest problemem, o tyle dla bardzo wielu osób już tak. Znowu statystycznie najczęściej dla matek z dziećmi, uczniów czy osób starszych, może być barierą nie do przeskoczenia. Matki są zresztą kolejną grupą, która na własnej skórze odczuwa wady miast. To one cierpią z powodu na nierównych chodników, wysokich krawężników, braku podjazdów, niebezpiecznych przejść dla pieszych czy braku toalet.

Akurat te problemy dostrzegają wszyscy.

- Tak, ale ci którzy mają pieniądze łatwiej mogą uporać się z dyskomfortem.  A przecież miasto powinno być nie tylko dla dobrze sytuowanych, ale dla wszystkich. Nawet więcej - powinno być przede wszystkim dla nieuprzywilejowanych, bo to oni są na miasto skazani. Zdegustowani brzydotą i niewygodą nie pojadą na weekend do Kopenhagi czy Paryża, pozostaje im tkwić w swoim najbliższym otoczeniu.

Uzbierał nam się pokaźny katalog problemów I to wszystko przez nierówność płci w architekturze? Czy może również - jak typuję - przez neoliberalizm, politykę, brak empatii...

 - Powiedziałabym, że wszystkie te przyczyny nie tylko są ze sobą powiązane, ale wzajemnie się napędzają. Zaczynając od nierówności płci, w którym to  problemie nie chodzi przecież tylko o to, że w zawodzie pracuje mało kobiet, bo to nie prawda. Chodzi przede wszystkim o obowiązujący model uprawiania tego zawodu, który jest cały czas głównie męski. Kobiety, które chciały zaistnieć w środowisku architektury i urbanistyki chcąc nie chcąc przyjmowały tę męską perspektywę, często rezygnując ze swoich naturalnych skłonności by do problemów podchodzić delikatniej, na miękko, negocjacyjnie. Przyjmowały męski model pracy, bo to on był doceniany i promowany - także na uczelniach, przynosił sukcesy w branży. A przecież - i tutaj płynnie przechodzimy do polityki i ekonomii - do niedawna każdy musiał być człowiekiem sukcesu, miał mieć garnitur albo garsonkę, pracować w biurowcu i nosić dokumenty w neseserze. Miał być piękny, młody i bogaty, a jeśli nie był, to lepiej żeby się nie pokazywał. Niech siedzi we własnym mieszkaniu, w przestrzeni publicznej nie ma dla niego miejsca.

Powiedziała pani o "męskim modelu" a ja pomyślałam o postaci "starchitekta". Gwieździe projektowania, której budynki są jak pomniki, imponują skalą i formą, zdobywają nagrody, rozsławiają miasta i przyciągają turystów. Zjawisko bardzo charakterystyczne dla XX-wiecznego projektowania i bardzo męskocentryczne. Ma ciemną stronę?

 - Z serca i umysłu jestem urbanistką więc dla mnie w projektowaniu zawsze ważny jest szeroki kontekst. Wiele z tych ikonicznych budynków, które pojawiają się w artykułach, książkach i albumach, warto byłoby sfotografować od tyłu, albo przynajmniej w  nietypowym świetle. Wtedy okaże się, że wcale tak dobrze nie wyglądają. A gdy porozmawiamy z ich użytkownikami, może się również okazać, że wcale tak dobrze nie funkcjonują. To co pięknie wygląda na fotografii, w środku często jest niewygodne, niebezpieczne, za ciepłe, za zimne, za małe, za duże. Choć  oczywiście są też dobre ikoniczne budynki, które użytkownicy pokochali - na szybko przychodzi mi do głowy opera w Oslo zaprojektowana przez biuro Snohetta czy biblioteka Oodi w Helsinkach pracowni ALA Architekts.

A co z rewitalizacją przestrzeni? "Efekt Bilbao": stawiamy spektakularny budynek, wokół wyrastają modne kawiarnie i okolica magicznie się ożywia.

  - To zjawisko ma negatywną stronę, związaną z gentryfikacją. Owszem, po wzniesieniu budynku robi się fajnie, ale tylko dla wybranych: dla zamożnych, dla turystów, dla tych, którzy wydadzą trochę pieniędzy, zrobią trochę zdjęć, a potem wyjadą. Natomiast dla mieszkańców tej kiedyś zaniedbanej, a dziś modnej dzielnicy owo "fajnie" oznacza wzrost cen i kosztów życia, często tak duży, że zmusza ich do wyprowadzki na obrzeża miasta. Gdybyśmy mieli do czynienia z prawdziwą rewitalizacją, takie zjawiska nie miałyby miejsca.

 - Jest jeszcze jeden negatywny skutek tego zjawiska. Sukcesy odnoszone przez starchitektów, ich pozycja w środowisku, kazały myśleć, że tak trzeba. Że aby być docenionym architektem czy architektką, trzeba produkować ikony. A tych może być tylko kilka, bo nie da się żyć wśród samych ikon. Poza tym ikony potrzebują szacunku do kontekstu, który znowu - moim zdaniem jest najważniejszy. Weźmy polski przykład - Arkę Roberta Koniecznego. Na zdjęciach wygląda przepięknie, jest pomysłowa, bezkompromisowa i kreatywna. Sama cenię ją jako koncept i doceniam bryłę, ale w rzeczywistości jest betonowym klocem na środku zbocza góry w Brennej. Wyobraźmy sobie, że nagle wszyscy chcą budować wille na środku góry, bo mogą, bo mają rozmach, bo ich stać. Chyba nie w takim świecie i nie w takiej przestrzeni chcemy mieszkać.

 - Choć muszę zaznaczyć, że w przypadku Arki wina nie leży jedynie po stronie Roberta. Dbałość o krajobraz, o ład przestrzenny i zrównoważony rozwój leży przede wszystkim po stronie władz publicznych - budowa czegokolwiek na środku takiego zbocza w ogóle nie powinna być możliwa.

To ja dorzucę jeszcze jedną bolączkę: wielkie realizacje, wielkie nagrody, a wszystko to podpisane jednym nazwiskiem, podczas gdy za każdym projektem tak naprawdę stoi sztab ludzi. Ludzi, którzy w zdecydowanej większości pozostaną anonimowi.

 - Dziś bycie samodzielnym architektem czy architektką jest niemal niemożliwe. Pracownie zamieniają się albo w bezimienne i bezosobowe korporacje albo w duże biura, które firmowane są jednym nazwiskiem, choć pracę wykonują w nich dziesiątki pracowników i pracowniczek.

Z których większość to kobiety.

 - Obecnie tak.  Ostatnio spotkałam się ze znajomym, właścicielem jednej z takich pracowni. Mówił, że w jego biurze pracują same kobiety. A jednak w mediach ich projekty firmowane są jedynie jego nazwiskiem. Można powiedzieć: to normalne, przecież on założył firmę. Dodatkowo,  to nie jest nawet jego wina - on na stronie i w oficjalnych tekstach podaje zawsze nazwiska osób z zespołu projektowego (choć wiem też, że są tacy, którzy tego nie robią). A jednak do publicznej świadomości dociera tylko główne nazwisko. Ja zatem niecierpliwie czekam na moment, w którym postać kobiety-szefowej, stanie się normą i także kobiece nazwiska zaczną firmować projekty.

Jakiś horyzont czasowy?

 - Trudno powiedzieć. W zawodzie jest już nas wystarczająco dużo. Jak wyliczyły dziewczyny z inicjatywy Bal Architektek w Polsce wydziały architektury co roku kończy więcej kobiet niż mężczyzn. W przypadku Politechniki Białostockiej ta różnica wynosi nawet 60 proc. Wciąż jednak mamy w sobie mentalne, kulturowe i emocjonalne bariery, które powstrzymują nas przez byciem swoimi własnymi szefowymi.

W tych pracowniach prowadzonych przez kobiety powstawać będzie... Właśnie, "architektura kobieca", czy "architektura wrażliwa". Które określenie pani woli?

 - Zdecydowanie "architektura wrażliwa". Wiem, że sama poruszyłam temat nierówności płci, ale zrobiłam to po to, by zwrócić uwagę na dysproporcje i rozpocząć dyskusję. Natomiast w moim idealnym modelu nie dzielimy już świata na męski i kobiecy, ale mamy jedną przestrzeń - inkluzywną wrażliwą na potrzeby wszystkich jej użytkowników i użytkowniczek. Życzliwą.

A konkretnie? Co charakteryzuje tę wrażliwą architekturę?

 - Przede wszystkim to, że użytkownicy są zaangażowani w jej powstawanie na wszystkich etapach. I to wszyscy użytkownicy, a nie tylko ci energiczni, wykształceni i zaangażowani społecznie.

Byłam kilka razy na takich konsultacjach społecznych. Mieszkańcy dostali plany, arkusze papieru, samoprzylepne karteczki, długo dyskutowali, kreślili, a na końcu mówili: proszę nam nic w naszym parku nie zmieniać. Nie zawsze przedmiotem konsultacji był park, ale "nie zmieniać" powtarzało się bardzo często.

 - Bo może rzeczywiście nie trzeba było niczego zmieniać? Czasem wystarczy naprawić lampy, postawić huśtawkę dla dzieci na wózku, zamontować oznaczenia dla niewidomych.  Chyba za bardzo przywiązaliśmy się do idei, zgodnie z którą proces modernizacyjny musi być spektakularny i wiązać się z całkowitym przekształceniem przestrzeni. Tymczasem przykład ubiegłorocznej nagrody Pritzkera - najważniejszej nagrody w naszej branży - pokazuje, że to wcale nie jest konieczność.  Wyróżnienie otrzymali Anne Lacaton i Jean-Philippe Vassal, duet którego jedną z najsłynniejszych realizacji jest rewitalizacja placu Léon Aucoc w Bordeaux. Miasto pozwoliło im zrealizować dowolny projekt, oni zaś po długich analizach i rozmowach z mieszkańcami przekazali urzędnikom rekomendację, która brzmiała mniej więcej tak: "Plac należy zostawić takim, jaki jest. Trzeba tylko częściej go sprzątać".

W pani książce pada stwierdzenie: "architekt to zawód zaufania społecznego". Na czym w przypadku tej profesji owo zaufanie miałoby polegać?

 - Czasem myślę, że tak jak lekarze składają przysięgę Hipokratesa, tak my powinniśmy składać przysięgę Witruwiusza.

I po pierwsze nie szkodzić?

 - Tak ludziom jak i przestrzeni. Jeśli projektujemy wnętrze domu czy mieszkania, to spełnienie życzeń inwestora jest naszym jedynym obowiązkiem. Jeśli jednak, wychodzimy z projektem na zewnątrz, to do obowiązków wobec inwestora dołączają obowiązki wobec społeczeństwa. Każdy architekt doskonale wie, że nowo wzniesiony obiekt ingeruje w przestrzeń, a przestrzeń jest dobrem wspólnym. Można ją ulepszyć, wzbogacić, ale można ją też zdewastować, a ze skutkami owej dewastacji będziemy mierzyć się nie tylko my, ale również przyszłe pokolenia. Do tego dochodzi wpływ tego co robimy na środowisko.

Zobacz również: Ostatnia stacja. Jaki los czeka dworce z PRL?

Jeszcze jakiś wyróżnik wrażliwego miasta?

 - Dostępność. Nie tylko w znaczeniu fizycznym ale również ekonomicznym. Miasto, w którym mieszkanie nie jest marzeniem, ale prawem, w którym biedni mieszkańcy nie są wypychani na obrzeża, a bogaci nie grodzą się w centrum. Miejsce dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych  -  oto, czym jest miasto wrażliwe.

Możemy teoretyzować na temat tego, czy kobiety zaprojektują lepsze miasta, ale możemy też przyjrzeć się przestrzeniom, które już stworzyły. W latach 90. w Wiedniu powstał kompleks mieszkaniowy Frauen - Werk-Stadt, zaprojektowany przez kobiety, z myślą o potrzebach kobiet. To dobre miejsce do życia?

 - Tak, chociaż na pierwszy rzut oka zdaje się być zwykłym osiedlem, nie ma w nim nic spektakularnego. Jednak gdy spędzimy na nim dłuższa chwilę, dostrzeżemy jego atuty. Jest tam mnóstwo miejsc do siedzenia: ławek, schodów, form przestrzennych, jest łąka na której można bawić się w słońcu i drzewa, które dają cień, jest mikrosztuka, ale przyjazna w formie, przyjmująca kształty łatwe do zrozumienia. Mieszkania mają różne metraże i różny standard, zaś cały układ budynków przyjmuje dośrodkową formę. Taka kompozycja, pozwalająca na oglądanie osiedla z różnych stron i wysokości, podnosi poczucie bezpieczeństwa.

 - Wszystkie te elementy są bardzo dobrze pomyślane. Jednak tym, co ujęło mnie najbardziej, były dwa rozwiązania, które z jednej strony domykały przestrzeń, a z drugiej nadawały jej dodatkową funkcję. Po zaprojektowaniu budynków pozostały dwa trójkątne kawałki działki, z którymi nie wiadomo było co zrobić. Zdecydowano więc, że w przyziemiu, w lekkim zagłębieniu, znajdować się będzie przestrzeń na śmietniki. Na górze jednego z "trójkątów" zaprojektowano mini-boisko, ogrodzone i zadaszone tak, żeby można było bawić się tam w czasie deszczu. Na drugim ulokowano natomiast małą trybunę, idealną na sąsiedzkie spotkania, czy występ przedszkolaków. Koszt minimalny, a funkcja podwójna. Moim zdaniem takie rozwiązania - wielofunkcyjne i niskobudżetowe wynikają z kobiecej kreatywności i doświadczenia. Przecież matki doskonale wiedzą, że ich dzieci nie mają co robić popołudniami.

Autorkę koncepcji urbanistycznej tego osiedla, Franziskę Ullman, znamy z nazwiska, w internecie łatwo można znaleźć jej biografię. A ile jest architektek, o których nie pamiętamy wcale, albo funkcjonują one w naszej świadomości tylko jako żony swoich mężów-architektów? Nie pytam o liczbę, ale o przykłady.

 - Blokowanie kobietom dostępu do zawodu architekta, a później marginalizowanie ich roli w branży, ma długą tradycję. W XIX wieku uważano, że kobiety w ogóle nie mogą projektować budynków, bo długie suknie będą przeszkadzać im w poruszaniu się na budowie. Potem, na początku XX wieku, mówiono że tworzą architekturę "wątłą", a pół wieku później, że mają naturalne predyspozycje do projektowania domów, podczas gdy mężczyznom zdecydowanie lepiej wychodzą koncepcje biur i gmachów publicznych. I tak przez kolejne pokolenia pracowały jako kreślarki, które ceniono za staranność, ale którym odmawiano kompetencji do tworzenia samodzielnych projektów.

A jeśli tworzyły, to często owe pomysły były opisywane męskim nazwiskiem. W książce podaje pani przykład "kaczki Venturiego" -   pojęcia, używanego do opisywania budynków, które same są symbolem swojej funkcji. Termin wszedł do kanonu i nikt dziś nie pamięta, że jego twórcą nie był Robert Venturi, ale jego współpracowniczka i żona Denise Scott Brown. 

 - A w latach 90. Nagrodę Pritzkera otrzymał tylko Venturi, mimo że większość istotnych projektów, była efektem pracy w duecie. Takich przypadków kobiet, stojących za ikonami przypisywanymi mężczyznom, jest więcej. Do najsłynniejszych należy Lily Reich, która przez prawie 10 lat była bliską współpracowniczką Miesa van der Roche i współprojektantką (o ile nie jedyną autorką) najsłynniejszego fotela - Barcelona. Jest także historia Charlotte Perriand, współpracowniczki le Courbisiera. Po latach okazało się, że (wraz z kuzynem architekta - Pierrem Janneretem) była współautorką słynnego fotela Grand Comfort z 1928 roku, a także autorką wnętrz Jednostki Marsylskiej i słynnej kuchni modułowej. Do tego Eileen Gray, również znajoma Corbusiera, autorka willi E-1027 w Roquebrune-Cap-Martin, której autorstwo przez wiele lat przypisywał sobie jej kochanek Jeana Badovici.

Do głowy przychodzą mi także dwie zony Alvara Aalto: pierwsza: Aino i druga Elissa - obie były świetnymi architektkami, tworzącymi zarówno z Alvarem jak i samodzielnie. Mimo, że Alvar zawsze podkreślał ich wkład, dopiero od niedawna w ogóle się o nich mówi. No i na koniec Zofia Hansen, żona Oskara, bez której ten prawdopodobnie nie byłby w stanie wdrożyć żadnego ze swoich pomysłów.

Zobacz również: Tu placu zabaw nie będzie. Witamy na osiedlu dla bezdzietnych

Było o historii, to teraz o teraźniejszości.  "Dobrze, że kobiety studiują architekturę, przynajmniej będą umiały dziecku wybrać ładny berecik". "Jest wiele pięknych zawodów na A: asprzątaczka, akucharka. Dlaczego próbuje pani zostać architektem?" - to dwa komentarze, które usłyszała Pani na studiach. Seksizm na wydziałach architektury odszedł do przeszłości, czy wciąż nieźle się trzyma?

 - Te komentarze padły kilkanaście lat temu. Kilka lat temu za to, na marginesie mojej habilitacji, przy zdaniu: "jako architektce szkoda mi budynku, który z powodu dodanych balkonów stracił zabytkowy charakter, ale jako urbanistka cieszę się, że w śródmieściu będzie więcej mieszkań", przeczytałam dopisek "a jako kobieta boję się, że balkon trzeba będzie sprzątać".

Czyli seksizm ma się świetnie?

 - Tak źle też nie jest, powiedziałabym raczej, że trwa proces zmian. Jeśli seksistowskie komentarze się zdarzają, to padają zwykle ze strony przedstawicieli starszego pokolenia i dotyczą koloru paznokci, makijażu, ubioru.

Smutny klasyk.  

 - Jeśli zaś chodzi o strukturę władz uczelni, sprawy mają się dobrze: w tej chwili w Gliwicach trzem z czterech katedr Wydziału Architektury szefują kobiety. Wydaje mi się, że uczelnia staje się coraz bardziej inkluzywna, coraz więcej dziewczyn kończy studia, chce się doktoryzować, przejmować stanowiska. Zmiany mają dobry kierunek. Pytanie tylko, czy same nie będziemy ich sabotować, czy nauczymy się bronić swojego zdania, mówić "nie", wchodzić w konfrontacje. Zresztą, problem z pewnością siebie i asertywnością jest charakterystyczny nie tyle dla naszej branży, co dla naszego pokolenia i naszej kultury w ogóle.

Jak sama pani tłumaczy - zawarte w książce rozmowy mają być inspiracją, zbiorem przykładów dla architektek, które dopiero zaczynają zawodową drogę. W jakich momentach kariery takie wzorce najbardziej się przydają?

 - W tym zawodzie wzorce i autorytety przydają się bardzo często. Przy każdym projekcie musimy zdecydować, jaką drogą chcemy podążać. Przydają się, gdy wybieramy jaki projekt chcemy realizować w ramach dyplomu. Czy będzie to malutkie wnętrze, wielorodzinny budynek, czy może cała dzielnica? Potem sięgamy po nie, gdy pojawia się pytanie: gdzie będziemy pracować? U kogoś, czy we własnym studio? Stereotypy podpowiadają nam pewien scenariusz, biografie opowiedziane w "Architektach" pokazują zaś, że wcale nie trzeba go realizować, można wytyczać własne ścieżki.

To na koniec łyżka dziegciu. Fakt, że architektura się feminizuje, można uznać przejaw równościowych zmian. Można jednak uznać go również za skutek pauperyzacji zawodu. Pieniądze i prestiż są dziś nie w projektowaniu miast, ale w IT. Mężczyźni porzucili więc projektowanie na rzecz technologii, a miejsce po nich zajęły kobiety.

- Jest w tym sporo prawdy.

 Szczerze? Myślałam że pani zaprzeczy i powie coś pozytywnego.

 - Ale to zjawisko jest pozytywne. Tak, architektura wiąże się dziś z mniejszym prestiżem, jednak moim zdaniem to dobry objaw. Znak, że kończymy z nadęciem, przestajemy rościć sobie pretensje do bycia nieomylnym demiurgiem, strącamy starchitektów z piedestału. Mówmy: koniec z pompą, robimy zwykłą robotę, dzięki której ludziom żyje się lepiej.

"Zwykłą robotę". Mnie to wygląda na dość istotną robotę. 

 - Ale mniej widowiskową niż budynki-ikony, gorzej wyglądającą na okładkach albumów, kiepsko prezentującą się w katalogach. Nie powiem, żeby ta "niespektakularność" mnie martwiła, bo ludzie chcą rozmawiać o "zwykłej" architekturze, chcą ją oglądać i co cieszy najbardziej - chcą w niej żyć.

Agata Twardoch - architektka i urbanistka, doktora habilitowana nauk technicznych, profesorka w Katedrze Urbanistyki i Planowania Przestrzennego na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej. Członkini Towarzystwa Urbanistów Polskich, Affodable Housing Forum i Rady Fundacji Rynku Najmu. Wspólnie z Ewą Twardoch i Martą Gocek prowadziła autorską pracownię architektoniczną 44STO w Gliwicach. Zajmuje się dostępnym budownictwem mieszkaniowym, doradza miastom. Autorka książek "Architektki. Czy kobiety zaprojektują lepsze miasta" oraz "System do mieszkania - perspektywy rozwoju dostępnego budownictwa mieszkaniowego".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy