Reklama

Monika Jopek: W pieczy zastępczej pomagamy dzieciom, które nie mogą przebywać w swoich domach rodzinnych

- Trzeba pamiętać, że do pieczy zastępczej trafiają często bardzo zaniedbane dzieci, które nie miały zaspokajanych podstawowych potrzeb, takich jak podawanie jedzenia, zapewnienie możliwości wypoczynku, czy odpowiednich warunków lokalowych, w których nie musiałoby marznąć albo mogłoby się w spokoju umyć w ciepłej wodzie. Dlatego zawsze mówię, że najlepiej podążać za dzieckiem i od początku dawać mu dużo uwagi, troski, czułości, zainteresowania. Taki czas „docierania się”, kiedy wszystko zaczyna się powoli układać, może potrwać około roku - mówi Monika Jopek, kierująca Zespołem Realizacji Zadań Organizatora Rodzinnej Pieczy Zastępczej w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej we Wrocławiu.

Katarzyna Pruszkowska: 30 maja obchodzimy Dzień Rodzicielstwa Zastępczego, który jest pretekstem do naszego spotkania. W 2023 roku w rodzinnej pieczy zastępczej, o której mamy rozmawiać, przebywało ponad 58 tys. dzieci - niemal tyle, ilu jest mieszkańców Białej Podlaskiej czy Bełchatowa. Zacznijmy więc od definicji - czym jest piecza zastępcza?

Monika Jopek: - Piecza zastępcza jest formą pomocy dzieciom, które, z różnych powodów, nie mogą przebywać w swoich domach rodzinnych - czasowo lub na stałe. Na przykład - służby zostają wezwane do libacji alkoholowej, a na miejscu okazuje się, że w mieszkaniu przebywają malutkie dzieci. Decyzją sądu mogą trafić do pieczy zastępczej, w której będą miały szanse na prawidłowy rozwój w bezpiecznym otoczeniu. Idealnie byłoby, żeby wszystkie dzieci mogły trafiać właśnie do rodzinnej pieczy zastępczej, która najbardziej przypomina rodzinę. Jednak ze względu na to, że chętnych do zajmowania się dziećmi jest za mało, dzieci mogą trafić do instytucjonalnej pieczy zastępczej, dawniej nazywanej domami dziecka, a dziś placówkami opiekuńczo-wychowawczymi. W obu przypadkach o umieszczeniu dziecka w pieczy decyduje sąd, a jeśli rodzice podejmą wysiłek, by zmienić siebie i swoje życie, np. pójść na odwyk, znaleźć mieszkanie czy pracę, odejść od przemocowego partnera, dzieci mogą do nich wrócić.

Reklama

Czyli rodzinna piecza zastępcza nie jest tym samym co adopcja, dobrze rozumiem?

- Tak, bo decyzja o adopcji jest w zasadzie nieodwracalna. Dziecko otrzymuje nowy akt urodzenia, przejmuje nazwisko nowych rodziców, a jego dane się utajnia - po to, by rodzice biologiczni nie mieli kontaktu z dziećmi. Powiedziałam "w zasadzie" bo oczywiście zdarza się, że zaadoptowane dzieci wracają do domów dziecka, jednak rodzice adopcyjni nadal mają wobec nich obowiązki, np. alimentacyjne. Natomiast w przypadku rodzinnej pieczy zastępczej opiekunowie muszą umożliwić kontakty z rodziną biologiczną, nad czym, jako Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, czuwamy. Dlatego rodzice biologiczni mają dostęp do danych rodziny sprawującej opiekę - mogą iść do sądu i zajrzeć do akt. To ważne, bo piecza zastępcza jest z założenia opieką tymczasową, do której trafiają dzieci, które nie mają uregulowanej sytuacji prawnej, a ich rodzice nadal mają władzę rodzicielską. Oczywiście może się tak zdarzyć - i się zdarza, że w końcu sądy decydują o odebraniu praw rodzicielskich, a dzieci zostają adoptowane przez dotychczasowych opiekunów z pieczy zastępczej, bo oni mają w takich sytuacjach pierwszeństwo. Jednak rodzinna piecza zastępcza nie powinna być traktowana jako "szybsza ścieżka" adopcyjna, ponieważ w momencie przekazywania dziecka pod opiekę w pieczy zastępczej nie możemy przewidzieć, jakie będą dalsze losy dzieci.

- Kiedyś współpracowaliśmy z małżonkami, którzy mieli dwoje biologicznych dzieci. Marzyli o powiększeniu rodziny, ale z powodów zdrowotnych nie było to już możliwe. Zdecydowali się więc na rodzicielstwo zastępcze. Do ich domu trafiły dwie dziewczynki i choć początkowo wydawało się, że wszystko idzie dobrze, szybko okazało się, że nowa sytuacja przerosła wszystkich członków rodziny. Dziewczynkom trzeba było poświęcić dużo czasu i uwagi, co odbiło się na dzieciach biologicznych, które stały się zazdrosne. Rodzice robili co mogli, by radzić sobie z pojawiającymi się kryzysami, ale sami powiedzieli nam, że nie tego się spodziewali i nie o tym marzyli. Historia skończyła się dobrze, bo rodzice biologiczni stanęli na wysokości zadania i po roku córki mogły wrócić do domu. A para, która przez ten czas się nimi opiekowała, zrozumiała, że piecza zastępcza nie jest dla nich. Gdyby od razu wybrali adopcję, sytuacja byłaby znacznie bardziej skomplikowana. Jednak dzięki temu, że zdecydowali się spróbować pieczy zastępczej, przez rok dwójka dzieci miała bezpieczny i ciepły dom, w którym mogła schronić się przed życiowymi burzami.

Jakie jeszcze są motywacje osób, które zostają opiekunami w rodzinnej pieczy zastępczej?

Widzę ich kilka. Bardzo często opiekunami dzieci zostają ich krewni - rodzeństwo, dziadkowie, wujkowie, którzy chcą zrobić wszystko, by dzieci nie trafiły do obcych domów. Mówią, że np. ich siostra czy kuzynka się pogubiły, ale na pewno wkrótce staną na nogi. Oczywiście w wielu przypadkach ci opiekunowie znają dziecko od małego, więc jego los nie jest im obojętny. Nie chcą pozwolić, by doszło do całkowitego zerwania więzi z rodziną. Zgłaszają się do nas także osoby, które nie mają dzieci lub odchowały już swoje, ponieważ chcą zaopiekować się dziećmi w trudnej sytuacji, niekoniecznie jednak jako rodzice adopcyjni. Zdarza się i tak, że do decyzji popycha kogoś sytuacja losowa. Przypominam sobie historię chłopca, który trafił pod opiekę rodziców swojego najlepszego przyjaciela z przedszkola. Mama tego dziecka zmarła na raka, a ojciec został pozbawiony władzy rodzicielskiej.  Państwo, którzy się nim zajęli, mówili, że dobrze już go znali, zżyli się i nie mogli pozwolić na to, by chłopiec trafił do placówki wychowawczej. Tak z przyjaciół chłopcy stali się niemal przybranymi braćmi.

- Zdarza się również, że trafiają do nas osoby, które były na kursie adopcyjnym, ale w trakcie okazało się, że albo nie są jeszcze gotowi na podjęcie się takiego zobowiązania, albo chcieliby pomóc większej liczbie dzieci. Wtedy ośrodki adopcyjne kierują do nas. To działa w dwie strony, ponieważ kiedy my zorientujemy się, że nasi kandydaci mają typową motywację adopcyjną i sądzą, że rodzinna piecza zastępcza jest pierwszym krokiem w stronę adopcji, przekierowujemy ich do ośrodków adopcyjnych. Jak mówiłam, może się zdarzyć, że dziecko, nawet po dłuższym czasie, wróci do rodziców, a opiekunowie zostaną ze złamanym sercem, bo przywiążą się do dziecka i je pokochają. Na kursach szczerze o tym mówimy, właśnie po to, by uniknąć takich bolesnych rozczarowań. W rodzinnej pieczy zastępczej świadomość tej tymczasowości jest bardzo ważna - opiekunowie na ogół wiedzą, że ich rolą jest zapewnienie spokojnego domu dziecku, które potem pójdzie dalej w świat, a oni będą mogli pomóc kolejnym.

W takim razie jak długo dzieci mogą przebywać w takiej rodzinnej pieczy zastępczej?

- Nie ma tutaj górnej granicy, to może być kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat. Piecza kończy się, kiedy dziecko osiągnie pełnoletność, jeśli jednak się uczy, może przedłużyć ten czas do skończenia 25. roku życia. Jeśli mamy do czynienia z 14-latkiem, który trafił pod opiekę dziadków, możemy założyć, że pozostanie u nich do 18. roku życia, bo, nie ma się co okłamywać, szanse na adopcje są w jego przypadku niemal zerowe. Jeśli jednak mamy do czynienia z maleńkim dzieckiem, będziemy dążyć do uregulowania jego sytuacji prawnej - albo wróci do rodziców biologicznych, albo sąd odbierze im prawa rodzicielskie, a dziecko będzie mogło zostać adoptowane i mieć stabilny, bezpieczny dom. A wiadomo - im mniejsze dziecko, tym szanse na to są większe.

A czy zdarza się, że to rodzina decyduje o końcu sprawowania opieki, np. z powodu trudności czy zmiany okoliczności życiowych?

- Zdarzają się takie sytuacje. Weźmy taki przykład: pieczę nad dzieckiem sprawują dziadkowie. Ono dojrzewa i pojawiają się problemy wychowawcze, które przerastają opiekunów. Nie mają ani odpowiednich kompetencji, ani sił, by radzić sobie np. z zażywaniem narkotyków, opuszczaniem szkoły, agresją. Czasem kierujemy takie dzieci do Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapii, ale bywa, że i to nie działa. Wtedy dziadkowie mogą napisać do sądu wniosek o rozwiązanie rodziny zastępczej. Mieliśmy też przypadek rodzeństwa, które trafiło do pieczy zastępczej. Chłopiec bardzo szybko się zaaklimatyzował, zżył z nową rodziną. Jednak jego siostra miała poważne trudności, cierpiała na zaburzenia psychiczne, uciekała z domu, podejmowała próby samobójcze. Opiekunowie oczywiście starali się jej pomóc, chyba nie było we Wrocławiu poradni psychologicznej, w której by nie byli. Jednak w końcu pogodzili się z myślą, że nie są w stanie pomóc tej dziewczynce i zgłosili chęć rezygnacji ze sprawowania pieczy.

- To nigdy nie są łatwe sytuacje - ani dla opiekunów, ani dla dzieci. Rodzice czasami boją się, że będziemy ich oceniać, ale nic podobnego. Jako pracownicy MOPS-u mieliśmy wiele szkoleń, wiele też widzieliśmy. Do pieczy często trafiają dzieci z naprawdę potężnym bagażem trudnych przeżyć, traum, nadużyć. Na kursach przygotowawczych mówimy o tym, wymieniamy się doświadczeniami, opowiadamy o rozmaitych przypadkach. Jednak teoria to jedno, a praktyka drugie - i często dopiero wtedy, kiedy dziecko pojawia się w domu, opiekunowie mogą  przekonać się, czy dadzą sobie radę. Bo taką opiekę trzeba łączyć z pracą zawodową, w wielu przypadkach z opieką nad innymi dziećmi, poświęcić swój wolny czas dla dobra wszystkich w rodzinie. Pamiętam, że na jednym ze szkoleń byli małżonkowie, którzy zdecydowali się zaopiekować córką brata kobiety. Jej mąż powiedział, że zrobił to dla żony, ale tylko on wie, ile go ta decyzja kosztowała i ile stracił - czas z partnerką, czas na własne pasje, mówił nawet o tym, że nie może się już porządnie wyspać. Nie opowiadam tego po to, by straszyć, ale by pokazać, że bywa trudno.

Co dzieje się z dziećmi, które tracą opiekunów z pieczy zastępczej?

- W pierwszej kolejności szukamy dla nich innej rodziny. Jeśli nam się nie uda, a nie mogą wrócić do domu, trafiają do placówek opiekuńczych.

Rozumiem. A czy nie spotykacie się państwo z opiniami, że dziecko na rok trafi do pieczy, w której ktoś będzie się o nie troszczył, a potem przeżyje rozczarowanie, jeśli okaże się, że musi wrócić do domu lub do placówki?

- Wiem o tego typu wątpliwościach, ale myślę, że warto na taką sytuację spojrzeć nieco inaczej. Po pierwsze, dziecka nigdy nie zabiera się z domu, jeśli nie ma ku temu poważnych powodów i nie zezwala się na powrót, jeśli warunki nie uległy zadowalającej poprawie. Czasami rodzice przechodzą kryzys, ale w końcu stają na nogi. Lepiej, żeby dziecko spędziło ten czas przymusowej rozłąki w miejscu, które będzie przypominało dom rodzinny, z rodzicami na wyciągnięcie ręki, ewentualnie rodzeństwem, niż w placówce, w której, mimo najszczerszych chęci, nie ma warunków do tego, by każde dziecko traktować indywidualnie i poświęcić mu tyle czasu, ile potrzebuje. Może być oczywiście i tak, że rodzice biologiczni nie staną na wysokości zadania, a wtedy sąd może podjąć decyzję o odebraniu im praw rodzicielskich, dzięki czemu sytuacja prawna dziecka zostaje uregulowana i może ono trafić do adopcji. Dla dzieci, zwłaszcza malutkich, każdy miesiąc, który mogą spędzić w bezpiecznym otoczeniu i z zaangażowanym opiekunem jest na wagę złota. Mieliśmy kiedyś chłopca, który trafił do nas jako niemowlę. Od razu umieściliśmy go w rodzinnym pogotowiu opiekuńczym, w którym zgodnie z ustawą może być maksymalnie troje dzieci. Co prawda ta sama ustawa przewiduje, że czas pobytu nie powinien przekraczać 8 miesięcy, ale u tego chłopca czas się wydłużył do dwóch lat, ponieważ nie było innej rodziny zastępczej, a nie chcieliśmy umieszczać go w placówce. Aktualnie znalazła się rodzina zastępcza. Czekamy na decyzje sądu. 

- Teraz proszę mi powiedzieć - czy te dwa lata były zmarnowane? Miał troskliwych opiekunów, znane otoczenie, nie musiał przebywać w dużej grupie. Mówi się, że pierwsze trzy lata życia są kluczowe dla rozwoju dziecka i jestem przekonana, że zapewniliśmy temu chłopcu najlepsze warunki z możliwych. Czasem taki rok to już dużo - dziecko obserwuje zachowania opiekunów, ma kontakt z innym światem, wartościami, zasadami. Można potraktować to jako kapitał, który weźmie potem ze sobą i będzie mogło rozwijać. Dzieci nie zawsze umieją okazać wdzięczność, opiekunom często wydaje się, że wcale nie dostrzegają ich wysiłków. Jednak sądzę, że dzieciaki są wdzięczne, tylko nie potrafią o tym mówić lub muszą do tego dojrzeć. Pracowałam kiedyś w domu dziecka i do dziś mam kontakt z jednym z moich wychowanków. Mateusz jest już dorosły, pracuje w Niemczech jako fryzjer, świetnie sobie radzi. Powiedział mi kiedyś, że gdyby nie ja, to nie wie, czy jeszcze by tutaj był. Bo kiedyś okazałam mu zainteresowanie, czułość. Myślę sobie, że z dziećmi, które trafiają do pieczy jest podobnie - one często spotykały na swojej drodze dorosłych, którzy je krzywdzili, nie miały jak zaznać miłości, troski, uwagi. Dla nich nawet kilka miesięcy życia w zwyczajnej rodzinie może być zbawienne - być może kiedy dorosną i staną przed trudną decyzją, przypomną sobie jakąś rozmowę, dobra sytuację, które pozwolą im wybrać mądrze.

Wątek trudów, traum i krzywd, których zaznaje część dzieci, które trafiają do pieczy, przewija się przez całą naszą rozmowę. Czy opiekunowie, którzy decydują się na rodzinną pieczę zastępczą mogą liczyć na jakieś wsparcie ze strony instytucji państwowych?

- Oczywiście, bo my zdajemy sobie sprawę, że skoro dziecko znalazło się w pieczy, musiał być ku temu powód. A najczęściej są to powody, które obciążają je psychicznie, emocjonalnie, społecznie i zdrowotnie. Każda rodzina ma swojego koordynatora, który ją odwiedza. Jego zadaniem jest z jednej strony monitorowanie stanu dziecka - troska o to, by było zaopiekowane, ale z drugiej - wspieranie wszystkich domowników. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek problemy natury prawnej, czy to związane z koniecznością przyjęcia lub odrzucenia przez dziecko spadku, czy ustalenia zasad kontaktów z rodzicami, jeśli te źle wpływają na dziecko, oferujemy też wsparcie prawnika. Na stałe współpracujemy z psychologami, pedagogami, logopedami, nie mamy jedynie stałego wsparcia lekarzy psychiatrów i rehabilitantów, którego rzeczywiście brakuje.

- Ponieważ w 80 proc. przypadków dziećmi w pieczy opiekują się ich dalsze rodziny, zwykle dziadkowie, staramy się ich odciążać, choćby przez organizowanie wyjść do kina, teatru, na basen. W tym celu współpracujemy z różnymi firmami i fundacjami, które pomagają nam organizować różne imprezy - niedawno mieliśmy imprezę wielkanocną w zoo, były konkursy, warsztaty plastyczne, dzieciaki mogły razem spędzić wesoło czas. One są naprawdę złaknione takich atrakcji, a my chcemy, by mogły doświadczyć jak najwięcej. We Wrocławiu niemal co miesiąc proponujemy jakieś wyjścia, by dzieciaki mogły się rozerwać, a opiekunowie odpocząć.

Porozmawiajmy w takim razie o tym, kto może podjąć się opieki nad dzieckiem w ramach rodzinnej pieczy zastępczej. Może pani opowiedzieć o szczegółach?

- Taką opiekę mogą pełnić i małżonkowie, i partnerzy pozostający w długotrwałych związkach, i osoby samotne. Jak już wspomniałam - mogą to być bliscy dziecka, ale także zupełnie obce osoby. W przypadku rodzin zastępczych niezawodowych co najmniej jedna osoba musi posiadać stałe źródło dochodu, ponieważ w odróżnieniu od tych, którzy prowadzą zawodową pieczę zastępczą, nie otrzymują żadnego wynagrodzenia. Oczywiście są wypłacane świadczenia na dzieci, ale one nie są formą zapłaty za opiekę i powinny zostać przeznaczone na zaspokajanie potrzeb dzieci. W rodzinnej pieczy zastępczej, w przypadku osób spokrewnionych, świadczenie to będzie od czerwca wynosiło 1002 złote na rękę. Do tego dochodzi oczywiście popularne "800+". Jeśli chodzi o warunki lokalowe, to mówimy, że muszą być "godne", co nie znaczy, że trzeba mieć własne mieszkanie, a dziecko w pieczy swój pokój. Jeśli to najem, powinien być długoterminowy, tak, by dziecko po miesiącu nie znalazło się na bruku. Może dzielić pokój z rodzeństwem, ale powinno mieć własne miejsce do spania, nauki i zabawy, nie wydzielony w salonie kąt. Oczywiście każda sytuacja jest inna, bo jeśli opiekunowie będą zajmować się niemowlęciem to jak najbardziej może ono mieć swój kącik z łóżeczkiem np. w ich sypialni. Wiem, że wiele osób bardzo obawia się tych potencjalnych wymagań lokalowych, ale one naprawdę nie są bardzo restrykcyjne, nie ma tu mowy o tym, ile metrów powinno mieć mieszkanie, ile kuchnia, ile pokój. Chodzi o to, by każdy miał miejsce na pracę i wypoczynek.

Załóżmy, że ktoś spełnia te warunki - ma pracę, mieszkanie, jest w stabilnym związku. Jakie kroki powinien podjąć, by móc zaopiekować się dzieckiem?

- W naszym ośrodku najpierw przeprowadzamy z kandydatami rozmowy o ich motywacjach, potrzebach, obawach. Przy tej okazji wręczamy listę niezbędnych dokumentów, które powinni do nas dostarczyć - np. zaświadczenie o niekaralności, dochodach, kredytach, akt małżeństwa. My przygotowujemy także opinię pedagogiczną w tym także o spełnieniu warunków lokalowych, a także kierujemy chętnych na obowiązkowe badanie psychologiczne. Potem zbiera się komisja i jeśli wszystko jest w porządku, kandydaci zostają zakwalifikowani do szkolenia dla osób chętnych do sprawowania pieczy zastępczej.

- Szkolenia na ogół organizujemy w weekendy, tak, by każdy mógł w nich uczestniczyć. To ważne, bo dopuszczamy tylko jedną nieobecność; jeśli jest ich więcej, wymagamy powtórzenia kursu w kolejnej edycji. Celem szkoleń jest teoretyczne przygotowanie kandydatów, ale także i wymiana doświadczeń, bo w większości trafiają na nie ludzie, którzy już mają dzieci w domu - na ogół to wynik sytuacji, w której dziecko trzeba było zabezpieczyć natychmiast, więc sąd wydawał opinię o ustanowieniu pieczy, a formalności zostają dopełnione już później. Staramy się także, by szkolenia miały charakter warsztatowy, były oparte na konkretnych przypadkach, jak to się mówi - życiowe. Nie chcemy nikogo zniechęcać, ale uczciwie mówimy o możliwych trudnościach, żeby pokazać kandydatom, z czym mogą się mierzyć. Oczywiście nie każdy z nich musi mieć kiedyś do czynienia z dziećmi silnie straumatyzowanymi, ale może tak być, a wtedy dobrze być wyposażonym przynajmniej w podstawowe narzędzia, żeby sobie poradzić - choćby do czasu konsultacji ze specjalistą. Szkolenia kończą się praktykami. Każda osoba musi zaliczyć 10 godzin - w rodzinnym domu dziecka, pogotowiu opiekuńczym lub placówce opiekuńczo-wychowawczej. To dla nas bardzo ważne, żeby kandydaci mogli pobyć z dziećmi i ich opiekunami, porozmawiać, poprzyglądać się ich codziennej pracy. Po szkoleniach mamy jeszcze indywidualne spotkania, a po nich zbiera się komisja i decyduje o wydaniu zaświadczenia uprawniającego do sprawowania pieczy zastępczej. Oczywiście zdarza się, że część osób rezygnuje jeszcze w trakcie szkolenia, orientując się, że taka forma pomocy dzieciom nie jest dla nich. Ci, którzy pozostają, mogą stać się opiekunami.

Jak przebiega procedura umieszczenia dziecka w rodzinnej pieczy zastępczej?

- Nasz ośrodek otrzymuje informację, że jest dziecko, które trzeba szybko zabezpieczyć, to znaczy zabrać z rodziny biologicznej lub placówki. Sąd prosi nas o wskazanie kandydata, a my wtedy szukamy wśród osób, które ukończyły szkolenia i zgłosiły gotowość na przyjęcie dziecka. Kiedy wytypujemy potencjalnych opiekunów, dzwonimy do nich i przekazujemy wszystko, co wiemy o dziecku - czasem mamy więcej informacji, jeśli dziecko przychodzi z placówki, a czasem mniej, jeśli zabierane jest z rodziny. Może być to tylko tyle: "mamy 5-letnią dziewczynkę, która została zabrana z domu podczas mocno zakrapianej imprezy połączonej z awanturą". Takie osoby muszą wtedy podjąć decyzję w oparciu o te szczątkowe informacje, czyli trochę "w ciemno". Jeśli się zdecydują, piszą do sądu wniosek o zabezpieczenie dziecka u nich na czas trwania postępowania, a nasz ośrodek ten wniosek popiera.

Jak długo od ukończenia kursu czeka się na dziecko?

- Różnie, najczęściej od kilku tygodni do kilku miesięcy.

Czy opiekunowie mają jakikolwiek wpływ na to, jakie dziecko do nich trafi - prócz wyrażenia zgody na propozycję ośrodka?

- Podczas szukania kandydatów kierujemy się przede wszystkim dobrem dziecka, ale, jeśli możemy, bierzemy pod uwagę także możliwości opiekunów. Niektórzy pewniej czują się w opiece nad starszymi dziećmi, takimi 4-5-letnimi, inni są gotowi na zajmowanie się niemowlakiem i wszystko, co się z tym wiąże - a więc częste szykowanie mleka, nocne pobudki, większe fizyczne zmęczenie. My zapisujemy te preferencje i w miarę możliwości się nimi kierujemy - jeżeli ktoś powiedział nam na wstępnym etapie, że w grę wchodzi tylko opieka nad nastolatkiem, nie proponujemy mu miesięcznego malucha. Staramy się także dość szybko wybadać, czy opiekunowie będą mogli przyjąć do siebie rodzeństwo, bo prawda jest taka, że do pieczy zastępczej rzadko trafiają pojedyncze dzieci, zwykle jest ich więcej, często z dużą różnicą wieku. Wtedy musimy wiedzieć, czy kandydaci będą gotowi na to, by zająć się np. 2-letnią dziewczynką i jej 10-letnim bratem. Widzę, że takie branie pod uwagę i potrzeb dzieci, i potencjalnych opiekunów daje dobre efekty i bardzo często kończy się sukcesem.

Domyślam się, że pierwsze chwile po tym, jak dziecko trafiło do pieczy, są trudne dla wszystkich - i dla niego, i dla opiekunów. Co radzi pani rodzinom w tym początkowym okresie?

- Mówię, by szybko wyzbyć się nadmiernych oczekiwań wobec dziecka. Żeby wziąć pod uwagę, że najprawdopodobniej ono przeszło trudną drogę, więc potrzebuje dużo spokoju i czasu na zaaklimatyzowanie się. Nagle ma innych rodziców, inne rodzeństwo, przedszkole lub szkołę, podwórko. Jego świat wywraca się do góry nogami. Dlatego oczekiwanie, że po kilku dniach wejdzie w rytm rodziny może przynieść bolesne rozczarowanie. Np. opiekunowie będą chcieli, żeby jadło z nimi posiłki, bo taki zwyczaj panuje w ich domu, a ono pochodzi z rodziny, w której musiało przygotowywać sobie jedzenie i jeść je samemu, żeby "nie przeszkadzać"; mogą oczekiwać, że będzie szło spać o 21, a ono zazwyczaj chodziło spać o północy, bo nikt nie pilnował godzin snu, nikt nie tulił przed zaśnięciem. Trzeba kilku dobrych miesięcy, by dziecko zaufało, otworzyło się, poczuło bezpiecznie. Warto pamiętać, żeby nie próbować zmieniać wszystkich jego zachowań i przywyczajeń, nawet tych kłopotliwych, od razu, bo nie doprowadzi to do niczego poza frustracją. Trzeba powolutku pokazywać, jak żyjemy, jak spędzamy wolny czas, jak odpoczywamy, pamiętając jednocześnie, że dziecko może chcieć robić rzeczy po swojemu. Pamiętam, że przyszedł do mnie kiedyś pewien pan i powiedział: "byliśmy z przybranym synem w Szwajcarii, Szwecji, pokazaliśmy mu fiordy. A wie pani, z czego on się najbardziej ucieszył? Jak daliśmy mu 10 złotych i powiedzieliśmy, żeby kupił sobie za to coś, co mu się podoba". 

- Ci rodzice chcieli pokazać dziecku świat, dać mu przysłowiową gwiazdkę z nieba, a ono najbardziej cieszyło się z tego, że może o czymś zadecydować, że może sobie wybrać coś, co lubi. To nie znaczy, że chłopak był niewdzięczny; trzeba jednak pamiętać, że do pieczy trafiają często bardzo zaniedbane dzieci, które nie miały zaspokajanych podstawowych potrzeb, takich jak podawanie jedzenia, zapewnienie możliwości wypoczynku, czy odpowiednich warunków lokalowych, w których nie musiałoby marznąć albo mogłoby się w spokoju umyć w ciepłej wodzie. Dlatego zawsze mówię, że najlepiej podążać za dzieckiem i od początku dawać mu dużo uwagi, troski, czułości, zainteresowania. Taki czas "docierania się", kiedy wszystko zaczyna się powoli układać, może potrwać około roku. To długi i niełatwy proces, będą zdarzać się trudne sytuacje i kryzysy, ale i miłe, wzruszające czy zabawne chwile. Trzeba po prostu dać sobie i dziecku czas, a wszystko z czasem się ułoży.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama