Reklama

Reklama

Gruziński klucz do raju

​To nie jest kraj dla pieszczochów. Tuż za granicą miasta wsiada się do wehikułu czasu, świat wygląda jak sto lat temu. Proste życie, takież jedzenie, jasne reguły między ludźmi: szczerość za szczerość. Zapomnij o hotelu i aucie. Idź z plecakiem, wejdź do knajpki, nie żałuj godziny na rozmowę. Gruzini mówią, że cierpliwość jest kluczem do raju.

Słońce wstaje nad rzeką Rioni, gdy wysiadamy z przyjaciółką na lotnisku w Kutaisi, w zachodniej Gruzji. Kiedyś tutejsze wody niosły złoty pył. Wyławiano go, zanurzając w rzece baranią skórę, którą suszono potem w słońcu i wyczesywano z niej drobiny kruszcu. Po świetności miasta nie ma prawie śladu, choć budowano je z białych kamieni wydobywanych z rzeki i dlatego nazwano Kvataisi - kamienne miasto (kva - to po gruzińsku kamień). Z czasem stare, piękne domy wyparły blokowiska. 

Spoglądam na horyzont postrzępiony górskimi szczytami i wiem już, od czego zacząć wyprawę. Przed lotniskiem stoją busy gotowe do drogi. Choć słowo "gotowe" wydaje się na wyrost. Bez szyb i świateł, obtłuczone, nierzadko z urwaną rurą wydechową, wyglądają jak wyciągnięte ze złomowiska. Gruzja to nie jest kraj dla ludzi, którzy cenią luksus. By poznać jego uroki, trzeba być gotowym na wyrzeczenia i mieć bezbrzeżną cierpliwość. 

Reklama

Rozklekotany bus pędzi po krętej szutrowej drodze coraz wyżej. Jedziemy wzdłuż rzeki zboczem wąwozu, a kierowca podkręca poziom emocji: "Tu osunęła się skarpa. Za kilka dni droga może być nieprzejezdna, skały się kruszą". Boję się wyjrzeć przez okno, wolę nie widzieć ziejącej pod nami przepaści. Co jakiś czas szofer hamuje, by ominąć stado kóz, ale chyba wie, dokąd jedzie, choć powiedziałyśmy tylko, że chcemy pochodzić po górach. Czuję ulgę, kiedy po paru godzinach docieramy do Mestii. 

Maleńka wioska na wysokości 1500 m, u podnóża Kaukazu, wraz z całym regionem Górnej Swanetii znalazła się na liście dziedzictwa UNESCO ze względu na unikalną przyrodę, a także zabytkowe cerkwie i baszty obronne, które zostały w okolicy z dawnych burzliwych czasów. Siadamy w karczmie, wielkie pasterskie psy leżą pod naszymi nogami. Gospodarz nieproszony przynosi dzbanek wina, pyta, w czym pomóc. Szukamy noclegu, nie mamy wielkich potrzeb, wystarczy materac, prysznic. Kiwa głową, mamy nadzieję, że zrozumiał. 

Pół godziny później stajemy w drzwiach niewielkiego domu. Mieszka w nim malarka, ma dla nas piętrowe łóżko i, jak to w Gruzji, zaproszenie na wieczorną biesiadę. Przez dom przewija się tłumek: sąsiedzi, rodzina. Traktują nas, jakbyśmy znali się od lat. 

Po uczcie trudno wstać, a my chcemy wyjść w góry o świcie. Poranny widok wynagradza jednak niewyspanie. Kaukaski krajobraz jest wyrazisty, szczyty drapieżne, wąwozy przepastne. W pobliżu wioski znajduje się lodowiec Chalaadi. Ścieżka prowadząca z Mestii wije się 12 kilometrów. Teraz idzie się bezpiecznie, ale podobno gdy przyjdą deszcze, potoki stają się rwące. Trzeba też uważać na błotne lawiny. 

Mamy szczęście, jest słonecznie, w oddali widać Uszbę, górę o dwóch wierzchołkach nazywaną Matterhornem Kaukazu. Wreszcie za kolejnym zakrętem ukazuje się lodowiec, spod którego wypływa rzeka, echo niesie odgłosy kamieni odrywanych przez wodę ze zbocza. Jesteśmy sam na sam z naturą. To kolejny atut kaukaskich bezdroży. Wycieczkowe autobusy wielkich biur podróży jeszcze tu nie dotarły. 

Ruszamy w inny rejon Kaukazu po trzech dniach w Mestii. Życzliwy sąsiad wiezie nas do pobliskiej stacji kolejowej w Zugdidi, które wygląda jak polskie wsie z lat 80. Budynek stacyjny jest odrapany, wygląda, jakby żaden pociąg się tu nie zatrzymywał. Po peronie włóczą się znudzone psy. Patrzymy z niedowierzaniem, gdy pół godziny później na dworzec wtacza się lokomotywa z dwoma wagonami. Otwieram drzwi i czuję się jak Alicja, która znalazła się w świecie z bajki. Wnętrze wagonu z czerwonymi atłasowymi siedzeniami, drewnianymi balustradami i lustrami w złotych ramach przypomina scenografię historycznego rosyjskiego filmu. W ten sposób zwykły przejazd pociągiem zamienia się w przygodę. 

Nastawiam budzik na 6. Kiedy wysiadamy w stolicy Gruzji, jest już widno. Za kilka godzin odjeżdża autobus do Guadauri. Z Tbilisi na północ prowadzi Gruzińska Droga Wojenna. Groźnie brzmiącą nazwę zyskała w XIX wieku, kiedy carskie wojska podbiły Zakaukazie. Dzisiaj to jedna z najbardziej malowniczych tras w kraju, a także główny szlak handlowy przecinający Kaukaz Wysoki i wiodący do Rosji. Długość liczona od Tbilisi do Władykaukazu w Rosji wynosi 208 km. Wielu twierdzi, że to najpiękniejsza droga świata. Wije się zawieszona nad przepaścią i stopniowo pnie w górę. W dole widać lustro jeziora Żinwali, a właściwie sztucznego zbiornika przy zaporze elektrowni wodnej. Dalej 400-letnią twierdzę Ananuri i miasteczko Pasanauri, gdzie łączą się dwie rzeki o różnych kolorach wody: Czarna i Biała Aragwi. Po dwóch godzinach jazdy docieramy do zachwycającej małej osady Guadauri, na wysokości 2000 m. Zimą zjeżdża tu tłum narciarzy, latem, choć krajobraz jest jak z bajki, okolica pustoszeje.

>>> O najpiękniejszej trasie świata przeczytasz na kolejnej stronie <<<

Siergiej, właściciel naszej kwatery, to 40-letni Rosjanin od lat mieszkający w Gruzji. Jego pensjonat specjalizuje się w regenerujących masażach i kąpielach, które przynoszą ulgę po górskich wędrówkach. Kiedy wchodzimy do sauny wypełnionej gęstą parą, przy drewnianych pryczach stoją wiadra z naszymi imionami wypełnione wodą z zawiesiną aromatycznych ziół i cienkich gałązek. Rytuał zaczyna chwila masażu i okładania rózgami, potem skok pod lodowaty prysznic, a wreszcie jesteśmy zawijane w płótno jak naleśniki. Następny etap to gorąca kąpiel w ziołowym naparze. Na zakończenie Siergiej wyciąga buteleczkę ziołowej nalewki. Pijemy łyk, zagryzając jabłkiem. 

Z tarasu pensjonatu w pełnym słońcu widać Kazbek, imponujący szczyt Kaukazu, piętrzący się na ponad 5000 m. Dla nas, niestety, niedostępny, dzisiejszy cel to monastyr Cminda Sameba. Wspinamy się na święte wzgórze, by poczuć klimat najpiękniejszego prawosławnego klasztoru Gruzji. Poczuć w dosłownym sensie, bo aromat kadzidła, żywicy i palących się świec będzie nam towarzyszył jeszcze długo. 

Otoczony szczytami XIV-wieczny kościół Świętej Trójcy leży na wysokości 2170 m. I jest tak malowniczy, że wiele przewodników po Gruzji ma zdjęcie klasztoru na okładce. Przez wieki był nie tylko miejscem kultu religijnego, ale też kryjówką. Tu w niepewnych czasach przechowywano święte relikwie z Mcchety, najstarszego gruzińskiego miasta, stolicy Kościoła prawosławnego. 

Nazajutrz ruszamy w dalszą podróż do Kachetii, by u źródeł napić się wina, bo przecież z tych terenów, a nie z Grecji czy Francji, pochodzi ten trunek. W kaukaskich grobowcach znaleziono naczynia do wina sprzed 7 tysięcy lat. Kachetia leży na wschodzie, przy granicy z Azerbejdżanem. Urokliwe miasteczka z kolorowymi domkami przyklejonymi do zboczy otaczają bezkresne winnice, gdzie uprawia się kilkadziesiąt lokalnych gatunków winorośli. Mimo popytu na gruzińskie wino wielu wytwórców wciąż robi je w tradycyjny sposób. Ręcznie zebrane grona trafiają do kwewri, glinianych naczyń, które zakopane w ziemi tworzą idealne warunki do fermentacji. 

Omijamy Schuchmann Wines Chateau, przereklamowaną fabrykę wina, połączoną z hotelem i spa, gdzie całymi autokarami przywozi się turystów. Snujemy się po okolicy, rozkoszując widokiem kamiennych kościółków i zielenią winnic. W miasteczku Telavi wchodzimy do knajpki. Zaciekawiony właściciel pyta, czy jesteśmy z Moskwy. Słowo "Polska" sprawia, że w miejsce plastikowego baniaka z winem na stole zjawia się karafka. - Moje najlepsze - mówi z dumą. A potem, jak to w Gruzji: pieczona jagnięcina, lokalny ser, bakłażan i szpinak z orzechami, chinkali, chaczapuri, czyli podłużne placki z chleba z serowym i mięsnym nadzieniem, oraz charczo, czyli zupa gulaszowa. - Proste jedzenie tak jak proste jest nasze życie - uśmiecha się gospodarz, uzupełniając wino w kieliszkach.  

TWÓJ STYL 7/2019

BEATA BIAŁY 

Zobacz także:


Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama