Reklama

Reklama

"Nieraz widłami nas straszą". Tak od kulis wyglądają interwencje „komandosów” KTOZ

„Jakbym mógł, rozstrzelałbym wszystkie psy! Kury bym kupił, one chociaż jajka niosą!”, „Ona sama wybrała sobie miejsce w piwnicy”. Inspektorzy Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami podczas swoich interwencji widzieli już niejedno. – W tej pracy trzeba mieć serce w odpowiednim miejscu – przyznają. Spędziłyśmy cały dzień z „komandosami KTOZ” - Joanną Repel i Filipem Wesołowskim. Na własne oczy przekonałyśmy się, jak od kulis wyglądają ich interwencje. Zapnijcie pasy, ruszamy w Małopolskę.

"Proszę zobaczyć w jakim pies jest stanie"

- To będzie chyba najtrudniejsza interwencja od dłuższego czasu - inspektorzy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Jesteśmy w siedzibie Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami przy Floriańskiej 53.

Gdzieniegdzie zerkają na nas łagodnie koszatniczki, a od czasu do czasu jakiś królik - który raczej nie uciekł z baśni "Alicji w Krainie Czarów" - wychodzi ze swojej klatki i cichutko podbiega do drugiego kąta pomieszczenia, gdzie chowa się za maskotką pandy. Między biurkami stoją ułożone stosy karm, transportery i inne akcesoria dla zwierzaków.

24 października, godz. 9.00. Przy Floriańskiej trwa rozdzielanie interwencji. My będziemy towarzyszyć Joannie Repel i Filipowi Wesołowskiemu. Czekają nas trzy interwencje - dwie dotyczące psów na łańcuchach, a trzecia...

Reklama

- Proszę zobaczyć w jakim pies jest stanie - pokazuje nam zdjęcia owczarka niemieckiego jedna z pracowniczek KTOZ. Uwieczniony na fotografiach czworonóg znajdował się w ciemnej piwnicy - wychudzony i bez sierści.

Komandosi KTOZ

Niosą pomoc zwierzakom, wożą zwierzęta do lecznic, dowożą karmę potrzebującym, odławiają psy i koty, przygotowują dokumentację potrzebną do założenia spraw karnych osobom krzywdzącym zwierzęta, zabezpieczają ranne zwierzęta z wypadków... Praca inspektora KTOZ to zajęcie na pełen etat. W swoich "mundurach" wyglądają niczym prawdziwi komandosi. Pracownicy interweniują nie tylko na terenie Krakowa, ale również - jeśli to konieczne - w innych rejonach Małopolski.

Od 1 stycznia 2022 roku KTOZ interweniował prawie 2800 razy. I nie są to bynajmniej wezwania do tajemniczego "laguna", którego historią żył nie tylko Kraków, Polska, ale i nawet cały świat. W kwietniu 2021 roku inspektorzy otrzymali zgłoszenie o dziwnym stworzeniu, które miało się czaić na drzewie przy jednym z bloków.

Mieszkańcy podejrzewali, że to legwan i postanowili zaalarmować KTOZ. Gdy inspektorzy przybyli na miejsce, okazało się, że słynnym "lagunem" okazał się zwykły croissant, którego ktoś zapewne wyrzucił przez okno.

- Oczywiście interwencje odbywają się na terenie Krakowa, natomiast bardzo często interweniujemy również poza granicami. Trudno stwierdzić, w którym rejonie najczęściej - na pewno często w rejonie Miechowa, Słomnik czy Liszek. Często to również Podhale. Naprawdę trudno wskazać konkretny region. Zgłoszenia najczęściej dotyczą psów przetrzymywanych na krótkich łańcuchach, bez odpowiedniego schronienia i pożywienia - przekazuje nam Kinga Osuch z KTOZ.

"Psychika by nam siadła"

- Każdy z nas ma w swoim dorobku jakieś drastyczne interwencje. Często zdarza się, że pomagamy nie tylko zwierzętom, ale i człowiekowi. Raz trafiliśmy do pewnej starszej pani, która mieszkała w domu bez wody, prądu, kanalizacji... Myślę, że nawet w pobliskiej stajni były warunki lepsze niż w domu. Pani żyła w potwornych warunkach. Miała sukę i psa, pojawiły się szczeniaki. Zabraliśmy je, suczkę wysterylizowaliśmy, a w sieci zorganizowaliśmy zbiórkę na pomoc tej kobiecie. Każdy pomógł jak mógł - udało nam się wstawić nowe okna, które zastąpiły zasłonki z kartonów, dzięki wspólnym staraniom udało się podciągnąć kanalizację i prąd. To była naprawdę wielka akcja! Psy były początkiem, który sprawił, że ruszyła lawina pomocy - wspomina Joanna Repel. W KTOZ pracuje od 2010 roku - zaczynała w biurze, a od dwóch lat działa już jako inspektorka.

- Naoglądałam się tego trochę, pisałam o tym. Nieraz zdarzają się takie interwencje, podczas których nawet doświadczonemu inspektorowi łza się w oku kręci. Przyjeżdżamy na super wypasioną posesję, gdzie kona zaniedbany pies. Wtedy nawet facetom leją się łzy. W tej pracy trzeba być twardym, bo jakbyśmy to przeżywali tak jak na początku, zwariowalibyśmy. Psychika by nam siadła. Człowiek musi się trochę na to znieczulić, traktować "po codziennemu". Ale i tak nieraz jest ciężko, gdy przychodzą do nas zgłoszenia, do których dołączone są zdjęcia - zawiesza głos.

Inspektorka KTOZ podkreśla, że podczas interwencji zazwyczaj od razu widać, czy ktoś krzywdzi zwierzęta ot, tak, a kto "krzywdzi" poprzez to, że sam żyje w warunkach urągających człowieczeństwu.

- Gdy widzimy, że ktoś nie ma pieniędzy, a psy są zabiedzone i nie mają budy - absolutnie daleko nam od tego, by karać kogoś takiego czy robić jakieś większe sprawy. Jeśli ktoś sam nie ma, to zwierzak tym bardziej nie będzie miał. Ale nieraz zaskakuje nas to, że gdy "bieda aż piszczy", pies ma wszystko co najlepsze - oczywiście to, na co może pozwolić sobie dana osoba. Wtedy staramy się pomóc załatwić budę, do sieci wrzucamy apel o pomoc... Często udaje nam się w ten sposób zebrać potrzebną kwotę lub ktoś w darze przekazuje budę dla zwierzaka. Ludzie chcą pomagać, gdy ktoś jest w potrzebie - kontynuuje nasza rozmówczyni.

Zobacz również: Pies powieszony na drzewie, oskórowany kot. Zwierzęta, które przeszły piekło

"Burek" na alarm

Po wstępnych ustaleniach, udajemy się z panią Joanną i panem Filipem do samochodów. Pierwszym przystankiem będzie niewielka wieś w powiecie myślenickim. Na miejscu ma na nas "czekać" niewielki czarny kundelek na łańcuchu. Docieramy tam przed 11.00. Wita nas szczekanie wspomnianego zwierzaka.

Inspektorzy rozpoczynają interwencję. Wychodzi do nas starszy pan w szarym sweterku.

- Chodzi o interwencję odnośnie psiaka. Nie wygląda źle. Ile będzie miał lat? - zwraca się pan Filip do właściciela psa.

- Niech się go pan spyto, ile mo lat! Jo wiem, ile on mo lat? Tyle mo, na ile wyglądo i nie kombinujcie jak koń pod górę!

- Wie pan, musi być ocieplona buda...

- Nie jest głodny, co wy chcecie! Tu momy drugiego - podchodzi do ogrodzenia z siatki. Podbiega do niej inny pies i wita nas radośnie. Ten akurat nie jest na łańcuchu. - Do ciebie przyszli chodź... - mężczyzna woła żonę. - Chodź tu! Koleżanki i koledzy przyszli, że psa źle opiekuję!

Z domu wychodzi żona mężczyzny.

- Popatrz się, ile się ich nazbierało - zwraca się do niej mężczyzna. Inspektorzy pokazują swoje dokumenty. - Jeszcze paszporty pokazują! - mężczyzna podnosi głos.

- Otrzymaliśmy zgłoszenie dotyczące psa. Ponoć przebywa w złych warunkach, więc przyjechaliśmy sprawdzić...

- No k****, psami się interesujecie, a ludziami to się nie interesujecie! - przerywa mężczyzna.

- Mąż jest nerwowy, niestety - odpowiada spokojnym głosem żona i próbuje porozmawiać z inspektorami. W tle niczym refren rozbrzmiewają przekleństwa i krzyki mężczyzny.

Inspektorzy mimo to próbują kontynuować. - Pies nie jest w złym stanie. Chodzi tylko o to, żeby ocieplić budę...

- Dobrze, dobrze, nie ma sprawy - odpowiada kobieta.

- Budy muszą być ocieplone, to jest wymagane z urzędu. Mówi o tym ustawa o ochronie zwierząt. Buda musi być odizolowana od podłoża...

Inspektorzy zwracają uwagę, że psy powinny być zaszczepione na wściekliznę. W Polsce właściciele mają obowiązek zaszczepienia psów w terminie 30 dni od dnia ukończenia przez zwierzaka trzeciego miesiąca życia. A następnie nie rzadziej niż co dwanaście miesięcy od dnia ostatniego szczepienia. Kobieta informuje, że jej syn obecnie jest za granicą, a piesek za ogrodzeniem jest tu tymczasowo pod ich opieką. Wszystkie zalecenia przyjmuje ze spokojem. - Szczepienia są ważne, zwłaszcza, że wścieklizna wróciła do Polski - zwróciła uwagę pani Joanna.

- Jakie wy uprawnienia macie, że sprawdzacie? - mężczyzna przerywa dialog. Pani Joanna zaczyna na nowo tłumaczyć, że mają uprawnienia do kontroli i w skrajnych przypadkach mają prawo wezwać policję.

Na podwórku robi się coraz głośniej.

- Ty się psem nie interesuj... - mówi do pana Filipa mężczyzna.

- Ja jestem od tego, że się interesuję psami.

W odpowiedzi znów pada grad niecenzuralnych słów. Żona po raz kolejny próbuje uspokoić swojego męża.

- Przekażę synowi i pomogę.

- Będziemy od pani potrzebować dowód osobisty i zobowiązanie, żeby poprawić budę...

- Nic nie dawaj! Żadnego dowodu! - krzyczy mężczyzna.

- Proszę pana, wezwiemy policję...

- Już, jakżeś taka mądra to wzywaj! - starszy pan nie daje za wygraną.

- Uspokój się - prosi swojego męża kobieta.

- Proszę pana, niech pan nie krzyczy, bo my nie krzyczymy, jest pan agresywny...

- Mogę wziąć kija i odgonić wos od chałupy!

- Pewnie, że pan może.

- Do czego się przyp***? Do psa? Do ludzi się nie przyp****!

- Proszę pana, od tego są inne fundacje czy organizacje.

Inspektorzy nadal rozmawiają z kobietą, ale jej mąż idzie w zaparte. "Żadnego dowodu im nie dawaj!" - krzyczy do niej. Padają kolejne prośby, by się uspokoił. Wraz z inspektorami oddalamy się na moment, a za naszymi plecami sypią się kolejne inwektywy, które przeplata szczekanie czarnego psa na łańcuchu.

- Zazwyczaj ludzie się nie stawiają, ale tak czy siak musimy spisać zobowiązanie, że ocieplą budę. Jeżeli pan nadal będzie taki agresywny, to obawiam się, że konieczne będzie wezwanie policji.

- Często są państwo tak "witani"? - pytam panią Joannę.

- Cóż, najczęściej w małych miejscowościach. Ale agresja ustępuje zazwyczaj wtedy, gdy przyjeżdża policja. Zwłaszcza, że nie ma potrzeby krzyczeć, chodzi tylko o ocieplenie budy... Ważne jest też szczepienie. Z naszych obserwacji wynika, że na wsi ludzie rzadko szczepią psy. Powtarzamy, że do Polski wróciła wścieklizna, a policja ma prawo sprawdzać, czy właściciel dopilnował szczepienia.

- Gdy przybywamy na miejsce, robimy rozpoznanie i kontrolujemy warunki, w jakich przebywa zwierzę. Później przedstawiamy zalecenia - tłumaczy pan Filip.

- Psy na łańcuchach to w naszym kraju plaga?

- Plaga, codzienność, norma. Rzadko zdarza się, że pies jest w kojcu. Tutaj i tak jestem w szoku, że pies - co prawda na łańcuchu, ale nie w kojcu. Ludzie się nie przejmują, bo dla nich to po prostu Burek, który alarmuje.

Czytaj również:

Czy serce boli bardziej po stracie psa niż człowieka? Żałoba, która porusza

Niewinna zabawa, która jest znęcaniem się. Tak dręczą zwierzęta na TikToku

Jak nie wybierać psa? Tak wyrządzisz krzywdę i sobie, i jemu

"Rozstrzelałbym wszystkie psy!"

Mężczyzna nie daje za wygraną, gdy inspektorzy ponownie podchodzą przed wejście do domu.

- Wyjeżdżaj mi stąd - zaczyna się stawiać.

- Można grzecznie? - pyta pan Filip.

- Można grzecznie, proszę mi wyjechać stąd, ja z tego podatek płacę a nie ty. To moje prywatne miejsce!

Z domu wychodzi żona mężczyzny. Wracamy po dokumenty.

- Proszę mi odejść od domu, wypraszam was stąd, wychodzić mi stąd! - awanturuje się. W pewnym momencie mężczyzna popycha pana Filipa.

- Idź stąd!

- Nie dotykaj mnie pan. Czekam na pańską żonę.

- Ja jestem właścicielem, nie żona!

- Dzwonię na policję.

- To dzwoń, k****! Dzwoń!

"Nieraz widłami nas straszą"

Znów odchodzimy od domu.

- Pan jest agresywny, a prawda jest taka, że muszą tylko ocieplić budę. Nic więcej, żadnych wielkich konsekwencji. Pan nie chce współpracować. Podejrzewam, że żona podpisałaby zobowiązanie i nie byłoby problemu. Nie możemy jednak zmuszać ludzi do podpisania takiego dokumentu - mówią nam inspektorzy.

- Odjechać mi od tego garażu! Jedźcie sobie pod kościół parkować! - z posesji słyszymy kolejne krzyki. W międzyczasie pan Filip dzwoni po policję.

- Rzadko kiedy dochodzi do rękoczynów, nieraz widłami nas straszą - wzrusza ramionami pani Joanna. - Przyjazd policji łagodzi obyczaje. Pani z nami rozmawiała, nie kazała opuścić posesji. Tutaj trudno określić jej granice, skoro nie jest ogrodzona. Nikomu nie grozi tu sprawa karna, chodzi tylko o tę budę - wskazuje na "domek dla Burka" znajdujący się pod stodołą. - Zimy są na wsi o wiele gorsze niż w mieście, tu śnieg hula w najlepsze. Do tego, jeśli pies jest trzymany na łańcuchu, musi być z niego spuszczany.

Polska plaga, czyli psy na łańcuchach

W ustawie o ochronie praw zwierząt nie ma zapisu o całkowitym zakazie trzymania czworonoga na łańcuchu. Długość łańcucha nie może być krótsza niż 3 metry. Naruszenie wspomnianego przepisu to wykroczenie (art. 37 ust. 1 ustawy o ochronie zwierząt), za które można otrzymać grzywnę lub karę aresztu. W ustawie czytamy:

W rzeczywistości trudno jednak udowodnić komuś, że narusza te zasady  - co potwierdzają nam inspektorzy. Właściciel raczej nie przyznaje się do tego, że trzyma zwierzaka na łańcuchu przez cały czas. Zawsze może wszystkiemu zaprzeczyć i stwierdzić, że pies był wyprowadzony na spacer albo biegał po ogrodzie.

"Szybki i wściekły", czyli jak pan przeganiał nas traktorem

Nagle zapada dziwna cisza. Rozmowę przerywa warkot silnika. Spoglądamy na siebie znacząco. Tym razem chyba nie będzie to tylko "przeganianie widłami".

- Traktorem nas potraktuje? - pani Joanna odwraca się w stronę posesji. Dźwięk staje się coraz głośniejszy. Nawet piesek na łańcuchu postanowił się schować do swojej "budy". Czekamy w napięciu. Mężczyzna wyjedzie zza stodoły? A może będziemy świadkami spektakularnego driftu? Będzie jak w filmie akcji?

W końcu doczekaliśmy się. Nie była to jednak scena rodem z filmów sensacyjnych. Pan na traktorze zastąpił wjazd na posesję i z całych sił starał się przekrzyczeć donośne odgłosy pojazdu. Tym sposobem dobitniej zaczął sugerować, abyśmy dali sobie spokój i najlepiej odjechali w siną dal.

Nie pozostało nam nic innego - do przyjazdu policji zostało jeszcze trochę czasu, więc wsiedliśmy do samochodów i odjechaliśmy nieco dalej. Przez szyby zobaczyliśmy tylko, jak pan bacznie śledzi dokąd się udajemy. Podjeżdżamy w górę drogi i parkujemy pod lasem. Zostawiamy samochody w bezpiecznym miejscu i po chwili znów wracamy na miejsce interwencji.

"Czwórka ludzi do głupiego psa przyjechała"

Przybywa patrol policji. Pani funkcjonariuszka podchodzi z inspektorami KTOZ do mężczyzny. Rozpoczynają się negocjacje.

- Widzi pani, czwórka ludzi do głupiego psa przyjechała - mówi pan.

- Piątka - poprawia go ironicznie pani policjantka.

Po chwili rozmowy słyszymy kolejny zestaw jakże "interesujących" stwierdzeń.

- Jakbym mógł, to rozstrzelałbym wszystkie psy! Kupiłbym kury, bo one przynajmniej jajka znoszą - mówił w nerwach pan.

Przyjazd policji faktycznie złagodził obyczaje i rozmowa zdała się w końcu skierować na właściwe tory.

- Co oni się przyp*** do tego psa? Daję koce na zimę, w stajni siedzi na zimę, żarcie ma!

Gdy pojawia się kwestia braku szczepienia, pan Filip ponownie znajduje się na celowniku mężczyzny.

- Co cię interesuje pies!

- Bo się zajmuję zwierzętami.

- To se fakultet zmień!

"Ty nie mądruj, nie denerwuj mnie!"

Policjantka rozmawia z mężczyzną i po raz kolejny pyta, czy zobowiązuje się do ocieplenia budy. Pan obiecuje, że to zrobi. Nie podpisuje co prawda zobowiązania, ale ustna "umowa" w asyście policji została zawarta. Później nadchodzi czas na kwestię łańcucha. Mężczyzna podchodzi i łapie za łańcuch - wystraszony pies kładzie się na ziemi.

- Ma trzy metry? Ma trzy metry? Źle mo? Nie ma się czym interesować, tylko tym psem? Ty nie mądruj, nie denerwuj mnie, o mało żeś nie dostoł, boś mnie tak wk****! Jest tak, jak mo być! - pan Filip - chcąc nie chcąc - znów znalazł się w centrum uwagi właściciela psa.

Po ostatnich ustaleniach następuje koniec interwencji. - Powiedział, że to zrobi, ale nie podpisał - nie ma sytuacji, aby kogoś można było zmusić do podpisu. W obecności policji zrobiliśmy protokół kontroli, co zostało stwierdzone i właściciel zadeklarował zmianę warunków, ale nie podpisał zobowiązania. Ale ustne zostało przyjęte i potwierdzone w obecności policji - mówi nam pan Filip, gdy wracamy do samochodów.

Inspektorzy i policjanci wspólnie interweniują

Jak przekazało nam KTOZ, od początku 2022 roku podczas interwencji, inspektorzy co najmniej kilkadziesiąt razy musieli wzywać policję.

- Interwencja policji jest zasadna w każdym przypadku podejrzenia znęcania się na zwierzęciem. I najczęściej są to takie właśnie zgłoszenia ze strony KTOZ czy innych stowarzyszeń. Wezwanie policjantów  jest obowiązkowe w przypadku odebrania przez stowarzyszenie właścicielowi zwierzęcia, nad którym się znęcał. W przypadkach naruszenia ustawy o ochronie zwierząt możemy wszcząć  dochodzenie i przedstawić zarzuty karne sprawcy znęcania - przekazuje nam mł. insp. Sebastian Gleń, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

Łańcuch, który wołał o pomstę do nieba

Kolejny przystanek: inna wieś w powiecie myślenickim. Tym razem interwencja dotyczy psa znajdującego się na krótkim łańcuchu. Zostawiamy samochód na parkingu, przechodzimy na drugą stronę jezdni i dołączamy do pani Joanny i pana Filipa na miejsce kolejnej interwencji. Inspektorzy zaczynają rozmowy z właścicielem.

Czujemy na sobie ciekawskie spojrzenia chowające się za szybami okien i uchylonymi drzwiami pobliskich posesji. Każdy nasz krok śledzi bacznie również jedna pani, która powędrowała za nami, po czym bezszelestnie przemknęła przez pobliską furtkę.

Widzimy głównego bohatera psiej opowieści. Czarny zwierzak na krótkim łańcuchu. Wejście do jego budy jest okrągłe - a za nim: niewielka przestrzeń, w której może się schronić. Na nasz widok zaczyna przyjacielsko machać ogonem i podszczekiwać. Pani Joanna ocenia sytuację.

- Łańcuch powinien mieć 3 metry. Konieczne jest też powiększenie budy albo przeniesienie jej w inne miejsce. Widać, że pies jest za duży, aby do niej wejść i raczej nie może się w niej nawet swobodnie okręcić - mówi do właściciela psa, po czym zwraca się do samego czworonoga. - Bo ty już jesteś takim grubaskiem, śliczny piesku.

Pies wprost łaknie kontaktu z człowiekiem. Z radością reaguje na wszelkie komplementy i głaskanie.

- Nie wejdzie do środka, bo za krótki łańcuch, nawet jak się wciśnie, nie obróci się swobodnie w budzie. Fajny psiak... Wygląda dobrze, nie można się przyczepić do niczego w tej kwestii, ale ten łańcuch woła o pomstę do nieba. W tym momencie to jedyne miejsce, gdzie może się schować, latem jeszcze okej, a zimą nie bardzo ma się gdzie schować - mówi nam pani Joanna.

- Dlaczego musi być na łańcuchu? Nie wydaje się jakiś agresywny...

- Pan mówi, że brudził łapkami elewację, dlatego jest na łańcuchu.

Nasza rozmowa przemieniła się w wymowne milczenie. - Pan mówi, że czymś obłożą tę elewację...

Koniec interwencji. Czas na ostatni, najtrudniejszy przystanek tego dnia.

"Trzeba mieć serce w odpowiednim miejscu"

Praca inspektora to praca na pełen etat. Inspektorzy przyznają, że nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień i gdzie trzeba będzie się udać. Nieraz trzeba podjąć interwencję w weekend - w każdej chwili może przyjść zgłoszenie, które nie może zaczekać na później. Zwracają też uwagę, że niektóre interwencje to tak naprawdę tylko "donosy życzliwych". Po przybyciu na miejsce okazuje się, że ze zwierzakiem jest wszystko w porządku i był to jedynie fałszywy alarm.

- Zdarzają się jednak skrajne sytuacje, w których nikt nie reaguje. Bo na przykład nie chce sąsiadowi wchodzić w paradę. A przez takie zachowanie zwierzaki mogą nie otrzymać pomocy na czas. Nieraz w ostatniej chwili docieramy do psa w lichej budzie, który prawie tam zamarzł. Niestety, nie zawsze uda się zdążyć. Wtedy wyrzucamy sobie, że może gdybyśmy podjechali wcześniej... Może zwierzak by żył - opowiadają inspektorzy.

Zdarzają się też interwencje "po drodze". Nieraz udając się na planowaną interwencję inspektorzy trafiają na błąkającego się psa.

Na linii przez cały czas

- Nieraz zdarza się, że trzeba nagle nacisnąć na hamulec... Bo pies przebywa w złych warunkach albo na łańcuchu przybitym do palika. Ostatnio Filip ratował psa biegnącego po drodze. Kierował się w kierunku autostrady. Filip nawet wszedł do rzeki i próbował go dogonić. Ja dreptałam po stromej górce... Niestety nie udało się - zwierzak był szybszy - opisuje pani Joanna.

- Tu na dłuższą metę nie dałaby radę pracować osoba, która nie kocha zwierząt. Tu jest tyle emocji, które nami targają... A zależy nam na zwierzętach. Trzeba brać pod uwagę ogół sytuacji, biedę właściciela. Są ludzie, którzy sami nie potrafią sobie ze sobą poradzić. Ile możemy, to pomożemy. Wiele razy zdarza się, że wieziemy takim ludziom karmę, jeśli ich na nią nie stać. Trzeba mieć serce w odpowiednim miejscu, bo inaczej... Nie jest to praca od 8 do 16, po której wracasz do domu i zamykasz drzwi. Inspektorem jest się przez cały czas. My prawie nie mamy prywatnego życia, bo trzeba być na linii, mieć pod ręką telefon - przyznają zgodnie inspektorzy.

Zobacz również: Mieszkańcy narzekali na hałas zza ściany. Strażacy znaleźli tam zaklinowanego kota!

Królowa Elza w ciemnej piwnicy zamknięta

Do "dużego miasta na Podhalu" docieramy po godz. 14.00. Po obejrzeniu zdjęć wszyscy obawiamy się, w jakim stanie będzie owczarek niemiecki. A słowa o "chyba najtrudniejszej interwencji w ostatnim czasie" wciąż przelatują przez głowę.

Pani Joanna i pan Filip otwierają furtkę prowadzącą do ogrodu. Wokół nas biega kilka kotów, które co jakiś czas siadają w bezpiecznej odległości i bacznie obserwują, co też czworo obcych im osób robi na ich terenie. Inspektorzy dzwonią do drzwi. Z domu wychodzi mężczyzna i kobieta - inspektorzy informują, że otrzymali zgłoszenie o owczarku, który znajduje się w piwnicy.

- Jak wygląda sytuacja? - pyta pan Filip.

- No jak wygląda... Owczarek jest chory. Wygląda tragicznie, ale jest nakarmiony, ma wodę, jest odizolowany, bo ma świerzb. Udostępnię dokumentację medyczną, nie dam rady obciąć jej pazurów, bo ma ukrwione. Boję się to zrobić. Próbowałem obciąć, lała się krew - relacjonuje mężczyzna.

Inspektorzy proszą o możliwość zobaczenia psa. Pan prowadzi nas do piwnicy, do której schodzimy po stromych schodach.

"Wiedziałam, że jadąc na Podhale można spodziewać się ciężkich interwencji, jednak ta przeszła moje najśmielsze wyobrażenia" - napisze później pani Joanna w mediach społecznościowych KTOZ.

W piwnicy było ciemno i na początku było trudno coś zobaczyć. Sytuacji nie ułatwiło to, że w pomieszczeniu był problem z zapaleniem światła. Dlatego też pan Filip wyciągnął latarkę i skierował ją w stronę psa. Naszym oczom ukazał się koszmarny widok.

Na środku pomieszczenia leżały stare kołdry i materace. Obok stała miska z wodą i duża paczka karmy. A między tym wszystkim ona - prawdziwa psia królowa, która nie była w stanie nawet ruszyć głową.

W świetle dało się dostrzec dwie iskierki - smutne i zmęczone oczy Elzy zerkały na nas bezsilnie. Suczka nie miała siły, by stanąć na łapach. Leżała tak, chyba już pogodzona ze swoim losem. Uwagę inspektorów przykuły również poprzerastane pazury i opuchnięte łapy.

- Boi się obcych, chodź, chodź... - mówił do psa spokojnym głosem właściciel. - Jest chora, bo jest. Ludzie mówili, żeby ją uśpić. Powiedziałem "nie". Nie dam rady. Za dużo wspomnień. Jest niesamowicie dobrym psem...

Właściciele psa dodają, że stosowali maści nawilżające. Tłumaczą, że robili wszystko, co było w ich mocy. Inspektorzy proszą o dokumentację medyczną - mężczyzna odpowiada, że musi się skontaktować w tej sprawie z siostrą.

- Natychmiast. Bo to, w jakim stanie jest pies... Wie pan na co to wygląda. Miejsce, w którym ona teraz przebywa... Pies jest wychudzony, wygląda dramatycznie. Od jak dawna jest leczona?

- Od sześciu lat - mężczyzna odpowiada i dzwoni do siostry. Pyta o ostatnie wyniki badań i prosi o przygotowanie historii choroby. Siostra przekazała, że wezwała na miejsce weterynarza, który stwierdził wychudzenie, wyłysienie i przerośnięte pazury. Podał psu lek przeciwzapalny i preparat z grupy witamin B. Pies nie był szczepiony przeciw wściekliźnie - lekarze bali się, że jej stan nie pozwoli na to, by "zwalczyła" szczepionkę.

"Ona sama wybrała sobie to miejsce"

Na pytanie inspektorów, dlaczego pies w takim stanie przebywa w piwnicy, mężczyzna odpowiedział:

- Ona sama sobie wybrała to miejsce.

- Obecnie tu jest chłodniej niż na zewnątrz - ocenia pan Filip.

- Z tyłu mam podwórko, ale nie chciałem żeby jej było zimno, a były przymrozki... Tutaj ma wszystko, nikt jej nie rusza, chce sobie wyjść, to wychodzi.

- Ale wie pan... Pomieszczenie bez dostępu do światła.

- Ona wychodzi sobie na górę jak chce, to sobie wychodzi

- Ale ona nie ma siły... Ona jest w stanie tam wyjść? Przecież ją wszystko pewnie boli - zwraca uwagę pani Joanna.

- Tak, wczoraj wyszła, była na górze, chodziła sobie... Rozwaliła dwa worki pełne śmieci.

- Ta karma jest bardzo niskiej jakości, może przyczyniać się do łysienia...

- Wie pani, ja pracuję na pół etatu, na swoje leki wydaję, nieraz było tak że sobie kupiłem... Przepraszam, ale gdybym był takim chamem, jak na Podhalu są, to chociaż jestem góralem, zrobiłbym tak: ukręciłbym łeb, zakopał i nikt by nie wiedział. Tylko tego nie zrobię. Nie zrobię czegoś takiego, bo nie dam rady!

-  Wie pan, są ludzie i ludzie... Ona w tych warunkach nie ma prawa mieszkać.

- Ona sama sobie to wybrała, ja jej tego nie zrobiłem!

- To co, jak dziecko będzie chciało brać narkotyki, to pan mu pozwoli, bo tak chce. Podaję już naprawdę drastyczny przykład.

-  Zrozumcie to: ja nie znęcam się nad nią. Staram się jak najlepiej... Ona nie lubi ludzi, boi się obcych. Jest niesamowicie spokojnym psem do ludzi, dlatego nie chciałem jej usypiać. Ale jeśli trzeba będzie ją zawieźć i uśpić, ja to zrobię - mówił mężczyzna przez telefon do siostry. - Daliście mi go pięć lat temu, opiekowałem się nią. A ch**** nie jestem, żeby jej łeb ukręcić! Dajcie mi wolną rękę, albo jedziemy do weterynarza, usypiamy ją i jest spokój.

Kobieta wymienia, że leki były stosowane doraźnie i oprócz tego stosowali maść. Jak się okazało, polecił ją... hodowca gołębi. Tym specyfikiem okazał się nagietek topiony na smalcu.

- Możemy ją zabrać, tylko dajcie nam wolną rękę. Ten pies jest do uratowania, nadaje się do leczenia w szpitalu - mówią inspektorzy KTOZ.

- Mnie nie stać na to.

- Rozumiemy. To proszę nam przekazać psa. Chcemy ją uratować.

Zaczyna się kolejna runda dyskusji pomiędzy inspektorami a właścicielem. Wynik:

- Dobra, możecie ją zabrać, uratować...

- Chcemy ją uratować, pies jest do uratowania, musi mieć sterylne warunki.

- To weźcie ją.

- Wprowadzimy leczenie farmakologiczne, specjalne kąpiele... Ona jest do wyleczenia. Nużyca i świerzb są do wyleczenia, tylko ważne są też sterylne warunki - mówią inspektorzy KTOZ.

- Ona sama sobie wybrała ...

- Wiem, ale ta kołdra czy materace nie są sterylne warunki. To nie pomaga w leczeniu takich schorzeń - odparł pan Filip.

Wychodzimy z piwnicy do ogródka.

- Macie jak ją zabrać? Bylebyście ją tylko uratowali!

- Tak, mamy samochód. Musi pan ją tylko wynieść..

- Ja ją wyniosę, dam wam numer telefonu, wysyłajcie mi zdjęcia.

- Chcemy ją uratować, to nie jest śmiertelna choroba. To młody pies, ma siedem lat. Pies, który  jeszcze drugie tyle może przeżyć - przyznaje pani Joanna.

Zobacz również: Bezdomność zwierząt. Dlaczego wciąż mamy z tym problem?

Podróż po lepszą przyszłość

Po rozmowie z inspektorami i pierwszych ustaleniach, mężczyzna wrócił do piwnicy i przeniósł schorowanego psa do samochodu inspektorów. Podpisał dokumenty dotyczące przekazania psa inspektorom i tym samym zrzekł się psa na rzecz KTOZ. I tak, Elza, z "dużego miasta na Podhalu" wyruszyła w podróż po lepszą przyszłość.

Inspektorzy zabrali Elzę do krakowskiego schroniska przy ul. Rybnej. Przez korki, docieramy na miejsce z lekkim opóźnieniem. Wchodzimy do budynku schroniska - zewsząd "wita" nas szczekanie pokaźnej gromadki psów, które czekają na swój dom.

- Elza jest potwornie chuda. Po odmoczeniu, między palcami wszędzie jest ropa. Cieknie krew, łapy ma potwornie spuchnięte - mówi nam pani Joanna i pokazuje zdjęcia. - Ciekawe jak niby miała wychodzić z tej piwnicy, skoro nawet chodzić nie może. Z ani jednego pazura nie cieknie krew. To jest tragedia, teraz widać totalne zaniedbanie. Do tego ma gorączkę. Smalec z nagietkiem... - mówi zdenerwowana inspektorka. - Jak ona musiała cierpieć... Myślę, że przetrwa, nużyca nie jest śmiertelna. Ale prawdopodobnie ma alergię, nie wiadomo jaki jest stan w środku. Te łapy są naprawdę przerażająco spuchnięte. Nienaturalnie wielkie...

Elza "ma tę moc"

Okazało się jednak, że Elza zdecydowanie "ma tę moc". Wystarczyło tylko kilka dni, by królowa stanęła na cztery łapy. KTOZ opublikował w mediach społecznościowych nagranie, w którym widzimy jakby zupełnie innego psa.

- Pewnie część z Was zastanawia się co u Elzy. Sami zobaczcie, po obcięciu pazurów, kiedy może swobodnie się poruszać, jakby wstąpiło w nią nowe życie - napisali inspektorzy.

"Dziś przyjdzie ktoś, kto mnie ogrzeje". Elza i inni czekają na nowy dom

Elza znowu ma wesołe iskierki w oczach. Przejdzie przez cały proces leczenia i na jakiś czas jej domem stanie się schronisko przy Rybnej w Krakowie. To tutaj - razem z innymi zwierzakami - będzie czekać na odpowiedzialnego opiekuna. Może w końcu jej psie serce na czyjś widok zabije mocniej? Elza i inni mieszkańcy schroniska z pewnością zasługują na bezpieczny dom.

Bo jak śpiewa Stanisława Celińska w swojej piosence "Weź psa":

Ale z głową i rozważeniu wszelkich "za i przeciw".

Tak naprawdę dokładna liczba bezdomnych zwierząt w Polsce nie jest znana. Niektóre szacunki mówią nawet o 3 milionach. Według raportu głównego lekarza weterynarii, w 2020 roku w schroniskach dla zwierząt w Polsce mieszkało 92 242 psy i 32 507 kotów.

Epilog

Listopadowe popołudnie. Domykam już wszelkie dziennikarskie obowiązki, gdy ciszę przerywa dźwięk telefonu. Dzwoni pani Joanna. Inspektorka pyta, jak prace nad reportażem, bo ma ważną wiadomość. Okazało się, że mieszkaniec "dużego miasta na Podhalu" ma kolejnego psa. To kolejny owczarek niemiecki. Mężczyzna twierdzi, że go znalazł.

- KTOZ będzie monitorował całą sprawę. To jeszcze nie koniec - przekazała mi pani Joanna.

***

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy