Reklama

Reklama

Tu przyroda jest świętością. Witajcie w świecie "dzikon" Marty Jamróg

Marta, choć nie utożsamia się z żadną religią, na parapecie pracowni postawiła krzyżyk. Plastikowy, biały, z zaokrąglonymi ramionami. Kiedy wciśnie się guzik, ukrzyżowany Chrystus rozbłyska jaskrawym fioletem. – Powiedz mi, jak to jest. Mój dzik obraża uczucia religijne, a taki krzyżyk już nie? – pyta.

Marta Jamróg, choć z wyglądu drobna, a z głosu spokojna, czasem wybucha złością. Wybuchy mają powody błahe, np. rura, która niedawno pękła i teraz w domu nie ma ciepłej wody oraz  powody poważne, np. niezgoda na przemysłowe wykorzystywanie zwierząt, na zaostrzenie prawa antyaborcyjnego albo na to, że w kościele mówić mogą tylko księża, a wierni już nie. Myślę o niej wtedy, jak o gazowym palniku na iskrę: najpierw cichy syk, potem błysk, wreszcie ogień. Powodów do niezgody nie brakuje, ale to dobrze. Złość jest niezłym paliwem dla twórczości.

Szkoła buntowników

Ręce same wiedzą, co robić. Kiedy babcia prosi, żeby lepić pierogi, drobne, dziecięce palce Marty szybciutko sklejają brzegi ciasta. Gdy dziadek naprawia rower, bezbłędnie sięgają po odpowiednie śrubki. Kiedy drugi dziadek w małym mieszkaniu w bloku maluje na pilśni kwiaty i beskidzkie krajobrazy, same chwytają za pędzelki. Włosie nabiera farby: niebieską, zieloną, żółtą, tyle wystarczy, żeby na kartce wyrosły niewysokie góry, trawy, słońce. Marta bardzo chce być taka, jak dziadek.

Reklama

Droga do tworzenia jest jednak jak szlak w Beskidach: raz z górki, raz pod górkę. Najpierw Marta utyka na pianinie. Mówią jej, że ma talent, więc czasu nie starcza na nic poza graniem. Potem jest trochę z górki: Uniwersytet Ludowy we Wzdowie, szkoła o której mówią: "dla zbuntowanych". Klasycystyczne wnętrza pałacu Ostaszewskich goszczą wszelkiej maści indywidualistów: anarchistów punków i tych, dla których brakuje nawet subkulturowych łatek. W planie zajęć: wiklina, ceramika, malarstwo, haft, koronka, tkactwo. To we Wzdowie Marta tworzy swoją pierwszą ikonę: ukrzyżowanie, inspirowane przedstawieniami, zebranymi w sanockim muzeum. - Interesowała mnie ludowość, Wschód, Łemkowszczyzna, a do tego te ciała na ikonach: zniekształcone, nieakademickie, pozwalające myśleć o własnych niedoskonałościach - opowiada. - Wszystko to, odmalowane w ziemistych barwach, składało się na przedziwne, pociągające misterium.

Tajemnica pociąga, ale chwilowo na jednym ukrzyżowaniu się kończy, bo w życiu znów robi się pod górkę. Etnologia we Wrocławiu, ukrainistyka, praca w stowarzyszeniu pomagającym imigrantom. Iskrzy w niej niezgoda na takie życie, ciągnie ją do tworzenia, ale do pracy się nie bierze. Dzisiaj mówi, że bała się, że rozczaruje samą siebie. Zamiast malować pejzaże, ogląda. Włóczy się z koleżankami po Beskidzie Niskim. - Tam każde drzewo, każdy kamień jest świadkiem historii. Ludzie zostali wygnani, domy spalone, życia przerwane, tylko natura trwa - tłumaczy. - Te wycieczki były jak próby podejrzenia świata, którego już nie ma. Uchwycenia, czegoś tajemniczego, co przetrwało w resztkach fundamentów, kapliczkach, zdziczałych jabłoniach.

400 złotych i maluj

Mogłoby się wydawać, że tworzenie ikon to dokonały biznes. W Polsce boom na tego rodzaju przedstawienia trwa od dobrych kilkunastu lat. Wizerunki świętych na złotych tłach od końcówki lat 90. umieszczają w swych domach nie tylko wyznawcy prawosławia, ale również katolicy, w tym niepraktykujący. Najbardziej zagorzali pasjonaci zapisują się na kursy ikonopisarstwa (w dobie pandemii dostępne także online w cenie od 60 złotych).

Polacy w swojej fascynacji nie są odosobnieni. Najbardziej znany pisarz współczesnych ikon, nieżyjący już Jerzy Nowosielski, w jednym z wywiadów mówił ponoć o ogarniającej Europę "epidemii ikon". Miłośników tej estetyki nie odstraszają nawet ceny. Niektóre współczesne ikony potrafią kosztować kilka tysięcy złotych.

Jest 2013 rok. Mimo popytu, budżet Marty nie chce się spiąć. Jej niedawno otwarta Jasielska Pracownia Ikon nie ma profesjonalnej strony, nie ma stacjonarnego sklepu, nie ma biznesplanu. Dziewczyna trochę nie wie, jak to wszystko poprowadzić, a trochę boi się, co powiedzą inni. Swoje ikony wystawia na Allegro, sprzedaje po trzy, cztery w miesiącu, w cenach od 120 do 150 złotych. Jest ciężko, ale ówczesny chłopak mówi, żeby nie szła do "zwykłej pracy". Marta zamiast na etat, idzie więc do MOPSU. Dostaje zapomogę na twórczość w kwocie 400 złotych.

Trochę dla eksperymentu, nieco na pociechę, a odrobinę z niezgody na to, co widuje czasem na jasielskiej obwodnicy, tworzy Beskidzką Madonnę. Do Maryi z krańców ikony podchodzą zwierzęta: ryś, jeleń, sowa, wilk, jest nawet krowa, wszystkie wymalowane na tle złotych tarcz. - Ciągnęło mnie, żeby wyjść poza kanon, przemycić informację o tym, co najbardziej wkurza. Przypomnieć, że zwierzę to nie rzecz, tylko czująca istota - mówi Marta. - Na jasielskiej obwodnicy widzę czasem kury, przewożone w dużych ciężarówkach. Dla mnie to jak zwierzęcy holocaust.

Marta, wbrew tradycyjnym zaleceniom, do pisania ikon nie używa tempery jajowej - żeby wykorzystywanie zwierząt ograniczyć do minimum. O naturze myśli również poza pracownią (chociaż zaznacza, że jej zaangażowaniu daleko do tego, przejawianego przez ekologicznych aktywistów). Nie je mięsa. Na drzewach w lesie wiesza drewniane budki ze swoimi pracami, żeby sztukę można było napotkać nawet w tak nieoczywistym miejscu. Sporadycznie wybiera się na antypolowania - płoszy zwierzęta, przeszkadza myśliwym w swobodnym oddawaniu strzałów. W czasie rykowiska staje pod ambonami. Ostatnio stała też pod nadleśnictwem, tym razem w sprawie wycinki w Puszczy Karpackiej.

Jest rok 2016, tną nie puszczę Karpacką, tylko Białowieską. W Marcie iskrzy niezgoda. Pisze kolejną ikonę. Matka Boska, ubrana w ciemny, wzorzysty płaszcz, trzyma dzieciątko na ręku. Obydwoje mają napięte twarze i smutne, migdałowe oczy, w tle bujna roślinność, u dołu napis: "Chroń puszczę". Przedstawienie rozchodzi się w internecie jak viral. "Cudowna", "Piękna", "Zadam pytanie nie na miejscu: Czy można kupić"? - piszą w komentarzach. Zaczynają sypać się zamówienia.

Czytaj dalej na następnej stronie >>> str.2

***

Chcę pomóc 1 % - Strona Fundacji POLSAT - Jesteśmy dla dzieci

Triumf natury po swojemu

Marta  choć nie utożsamia się z żadną religią, ale na parapecie pracowni postawiła krzyżyk. Plastikowy, biały, z zaokrąglonymi ramionami. Kiedy wciśnie się guzik pod spodem: rozbłyska jaskrawym fioletem. Takie sakralne disco. - To legalny wyrób, kupiony w sklepie z dewocjonaliami. Przy cmentarzu widziałam jeszcze lepsze, kolory się na nich zmieniały - opowiada. - I ty mi powiedz, jak to jest: mój dzik obraża uczucia religijne, a taki krzyżyk już nie?

O obrazę w przypadku ikon nietrudno, to gałąź sztuki sakralnej, rządząca się surowymi zasadami. W kanon ujęte są nie tylko formy przedstawień, ale również przebieg procesu twórczego - malowaniu powinna towarzyszyć modlitwa. Zgodnie z tradycją, ikona jest bowiem czymś więcej niż obrazem. To, jak piszą autorytety, "znak obecności Boga", "zapis imienia stwórcy" czy nawet "okno ku wieczności".

U Marty przez owo okno przechodzą nie tylko święci. Przechodzi cała menażeria, zwykle leśna, a wszystko zależy od bieżących wydarzeń. Lisy na wielkopolskiej fermie umierają z głodu? Matka Boska, zamiast Emmanuela (czyli Chrystusa w dziecięcej postaci), na ręce bierze zwierzaka, który właśnie wyskoczył z otwartej klatki. Polscy myśliwi zabijają rocznie ponad 1,5 mln zwierząt? W centrum obrazu staje jeleń ze złotą aureolą. Z Puszczy Karpackiej zostanie wycięty milion metrów sześciennych drewna? Emmanuel znowu musi ustąpić miejsca. Tym razem Maryja tuli biały pień drzewa.

- To jest triumf natury po mojemu. Wykorzystuję chrześcijańską symbolikę, by pokazać że zwierzęta zasługują na szczególne miejsce w świecie. Ludzie spychają je na dół hierarchii, a ja wynoszę na ołtarze - tłumaczy. - Oddaję im miejsce świętych, bo dla mnie zwierzęta są czystym dobrem. Nie znają zawiści, chciwości, kłamstwa. W etycznej ocenie wypadają o wiele lepiej niż katolickie autorytety, które przed nawróceniem nieraz zdążyły sporo nagrzeszyć.

Dzik w łonie

Facebook Jasielskiej Pracowni Ikon to przyjazne miejsce. Jak mówi Marta, pracownia łączy ludzi: ikony komentują i zamawiają wierzący i ateiści, seniorzy i millenialsi, Polacy i osoby zza granicy. Było nawet jedno zamówienie na ślub gejowskiej pary. W nową drogę życia chłopaków-sadowników wprowadziły dwa jelonki, całujące się na wozie pełnym jabłek.

Bywa jednak i tak, że wybucha afera. Największa - o dzika. Po tym, jak w 2019 Ministerstwo Środowiska chciało wydać pozwolenie na masowy odstrzał tych zwierząt, Marta opublikowała ikonę. Wizerunek przebitego strzałami dzika, umieszczonego na piersi Matki Boskiej, w miejscu zwyczajowo przeznaczonym dla Emmanuela.

I ruszyli: "Profanacja i w dodatku głupota. Ikona to nie zwykły obrazek który może sobie narysować każdy. To wymaga przygotowania modlitewnego. Należy trzymać się kanonów. To tak jak katolicy biorą się za cos o czym nie mają pojęcia. To nie ma prawa nazywać się ikoną", "Obrazoburcze obrazy", "Profanacja Osoby Matki Najświętszej, Tajemnicy Wcielenia którą przedstawia "ikona" i profanacja ikony !!! Jak można przestawiać dzika w Łonie Matki Boga ?!!", "Nieporozumienie ikonograficzne", "Bałwochwalstwo" - to tylko skromny wybór z internetowych komentarzy. Bestiariusz Marty doczekał się też recenzji w katolickich mediach, gdzie w oparciu o autorytet klasycznych badaczy ikon, sprzeciwiano się "estetycznym profanacjom" i "obrazoburczym eksperymentom".

 - Ja w ogóle nie miałam i nie mam takiej intencji. Uważam, że mogę czerpać z symboliki chrześcijańskiej, w której zostałam wychowana. To nie jest tak, że tylko katolickie autorytety mają prawo interpretować Pismo Święte - mówi.

Czy w eksperymentowaniu jest granica?  - Nie, artysta powinien mieć swobodę wypowiedzi, tak jak odbiorca ma swobodę oceny. Nie podoba mu się? Może skrytykować albo po prostu odwrócić wzrok - tłumaczy Marta i dodaje, że akurat swoich prac nie uważa za szczególnie kontrowersyjne. - Moja Matka Boska przedstawiana jest inaczej niż tradycja nakazuje, ale przecież wypada bardzo pozytywnie. Ma dobre intencje, jest opiekuńcza, jest naszą matką-ziemią. Chyba właśnie o to chodzi w świętości. Kiedy tworzę jej wizerunki, nie modlę się w klasyczny sposób, ale pracuję z oddechem, dziękuję za to, że jestem zdrowa, że mam jedzenie, że otaczają mnie wspaniali ludzie. To moja dziękczynna modlitwa, czysta energia dobra i miłości, którą wkładam w ikony.

O opinię na temat jasielskich ikon pytam Katarzynę Winnicką, kustoszkę działu sztuki dawnej Muzeum Historycznego w Sanoku. Tego samego, którego zbiory Marta uważa za szczególnie bliskie sercu. Przez telefon mówi mi, że jasielskich prac nie zna, zerknie, ale od razu zastrzega, że raczej nie powie niczego pozytywnego: nie przepada za tego rodzaju przeobrażeniami.

W wiadomości, którą przesyła mi po kilku godzinach, powtarza: nie lubi wykorzystywania w malarstwie ikonowym symboli spoza kanonu. Dalej jednak pisze, że klasyczne ikony Marty ujmują ją, w niektórych dostrzega sanockie inspiracje. O tych "przeobrażonych" również pisze ciepło: "Autorka znalazła osobistą filozofię i symbolikę łamiąc reguły świata chrześcijańskiego z pewną aklamacją świata pogańskiego. Nie ma w tym nic niepokojącego, bo przecież sztuka wczesnochrześcijańska wiele przejęła z tradycji pogańskich". Jak widać, dwa porządki da się pogodzić.

Pod opublikowanym na Facebooku obrazku z dzikiem był jeszcze jeden komentarz: "To nie jest ikona. To jest co najwyżej dzikona"! Ten akurat Marcie się spodobał. Dziś sama każe nazywać swoje prace "dzikonami". Tak na wszelki wypadek, żeby nikt się nie czepiał. W pracowni huk roboty, nie ma czasu chodzić po sądach.

Czytaj dalej na następnej stronie >>> str.3

***

Chcę pomóc 1 % - Strona Fundacji POLSAT - Jesteśmy dla dzieci

Ekologia jak ewangelia

Sądem co prawda nikt nie groził, ale obawom trudno się dziwić. Zarzucanie artystom obrazy uczuć religijnych, ma w Polsce długą i bogatą tradycję. Do klasycznych przypadków należą: "Pasja" Doroty Nieznalskiej, "Adoracja Chrystusa" Jacka Markiewicza, czy "Dziewiąta godzina" Maurizia Cattelana. Do najnowszych: Matka Boska w tęczowej aureoli Elżbiety Podleśnej i Matka Boska z parasolką Marty Frej. Nie zawsze kończy się na medialnej krytyce. Liczba spraw z paragrafu 196 KK ("Kto obraża uczucia religijne innych osób..."), w ostatnich latach rośnie. Jak podaje Prokuratura Krajowa: w 2016 roku skierowano do sądów 10 aktów oskarżenia przeciwko sprawcom takich czynów, do 8 grudnia 2020 roku - 29.

Zdaniem Joanny Balsamskiej, religioznawczyni, członkini zarządu Fundacji Polistrefa, zajmujące się m.in. przeciwdziałaniu dyskryminacji ze względu na wyznanie i bezwyznaniowość, owo wzmożenie można odbierać jako próbę ograniczania wolności słowa i artystycznej ekspresji. - W wielu demokratycznych krajach penalizacja bluźnierstwa już nie funkcjonuje, a jeśli jest częścią porządku prawnego, to traktuje się ją jako anachronizm. W naszym kraju w sprawy o obrazę uczuć religijnych angażują się ultrakatolickie organizacje, które również poprzez media próbują kreować wrażenie "oblężonej twierdzy" - atakowanych i dyskryminowanych katolików w Polsce - tłumaczy ekspertka. - Działania te mogą powodować u niektórych osób zwiększenie wrażliwości w tym obszarze, a wtedy łatwo o nadinterpretację faktów.

Aby do złamania prawa doszło, artysta musiałby publicznie i umyślnie okazać pogardę np. dla idei, przedmiotu czy miejsca kultu. Zdaniem Joanny w przypadku dzikon o takim działaniu nie ma mowy.

 - Artystka w swoich pracach wykorzystuje bogatą symbolikę, która oprócz typowego zestawu motywów została poszerzona o zwierzęta, wprowadzając w ten sposób dodatkową wartość teologiczną, o której można dyskutować, ale z pewnością nie jest znieważeniem - mówi. - Ikony te ukazują świat duchowy twórczyni, która ma zarówno prawo do ekspresji artystycznej, jaki i przeżywania religijności czy duchowości na swój sposób. 

Tym bardziej, że gra z konwencją, jak przypomina historyk i krytyk sztuki Łukasz Gazur, nie jest niczym nowym. - Historia sztuki zna takie przypadki. Wąsy "Mona Lisy", domalowane słynnemu wizerunkowi przez Duchampa, "Ostatnia wieczerza" w konwencji glamour w wykonaniu LaChapella.  Wybitny pisarz ikon, Jerzy Nowosielski, w świeckim malarstwie chętnie sięgał do ikonicznego stylu, czyniąc w nim ikoniczną postać kobiety - tłumaczy. - Artyści odwołują się do dobrze znanych wzorców, by nadać nowy kształt i wymowę jednej z najważniejszych maksym dawnego malarstwa - "ut pictura poesis, czyli "obraz powinien być jak poemat". I tak też widzę ten przypadek. Bo w czasach, w których ochrona środowiska staje się palącym problemem, ekologia jest jak nowa ewangelia. Dostrzega to już nawet kościół, o czym świadczą wypowiedzi papieża Franciszka.

Kobieca siła

Jasło to niewielkie miasteczko, Marta mogłaby być gwiazdą. Mogłaby, ale nie jest. Mówi, że poza kilkoma sąsiadkami, które kiedyś zamówiły u niej ikony, ludzie chyba nie wiedzą o jej pracowni. Dzwonię do lokalnej informacji turystycznej, pytam, czy kojarzą jasielską pracownię ikon. Kojarzą, ale inną, taką która organizuje warsztaty dla turystów. Słyszę, że Marta pewnie jest popularna "w pewnych kręgach", takich bardziej zaangażowanych w życie kulturalne.

Marta od jakiegoś czasu ma marzenie: zorganizować wernisaż, pierwszy w życiu. Mają się na niej znaleźć wielkoformatowe dzikony. Żeby zdobyć środki na zakup desek (jedna to koszt kilkuset złotych) złożyła wniosek o stypendium do burmistrza Jasła. Odrzucono. - Nie wiem dlaczego. Może tutaj ludzie mają inną wrażliwość, podoba im się inna estetyka? - zastanawia się. Ma też plan. Na podłodze jej pracowni, rozebrana na pojedyncze deszczułki, leży dzieża. To niezwykły przedmiot - kiedyś niemal święty, dojrzewało w nim ciasto na chleb. Na każdej z deszczułek powstanie ikona, wszystkie trafią później na licytację, z której dochód zostanie przeznaczony na zakup materiałów i organizację wernisażu. To trochę potrwa, ale Marta jest cierpliwa. Nie od dzisiaj wie, że o sztukę trzeba powalczyć.

Skoro o walce mowa: iskierka niezgody cały czas migocze. Ostatnio w pracach Marty zwierzęta ustępują miejsca symbolom kobiecej mocy i życia. To między innymi reakcja na decyzje polityków, którzy próbują majstrować wokół praw kobiet. Marta chciałaby też więcej tworzyć dla siebie, mniej na zamówienie. Może osobistą intencyjną ikonę? Zawarłaby w niej prośby o wernisaż, środki na remont domu, wenę i miłość. Chciałaby, żeby obraz zobaczył dziadek. Ciekawe, co by powiedział. 

***

Chcę pomóc 1 % - Strona Fundacji POLSAT - Jesteśmy dla dzieci

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy