Reklama

Reklama

Godzina na naszą miłość

Co jest najważniejsze? Polki od lat odpowiadają tak samo: rodzina i miłość. Kłopot w tym, że na to, co ważne, nie ma czasu. Bo on został dłużej w pracy, bo ty najpierw zakupy, kolacja dla dziecka i też do firmowego laptopa... Trudne rozmowy w pospiechu przy śniadaniu. Rosnąca gorycz, bo się oddalacie, bo coraz mniej wspólnych tematów. Czy miłość to wytrzyma? Czy da się być razem przez godzinę dziennie? Może trzeba walczyć o więcej?


Ula i Kuba: masz wiadomość na lodówce

Malujemy całość czy tylko te dwie ściany?, pyta szef ekipy, która w mieszkaniu Uli i Kuby remontuje łazienkę. Ona nie wie, więc dzwoni do męża. Cisza, pewnie ma spotkanie. - Nienawidzę tego. On powinien załatwiać takie rzeczy - złości się. Prosi malarzy, żeby zaczekali do jutra. Na kartce przypiętej magnesem do lodówki pisze: "Łazienka - malujemy całość?". - To nasza skrzynka kontaktowa. Kiedy się mijamy, sprawy załatwiamy na piśmie - tłumaczy. Po południu podgrzewa w piekarniku dwa talerze - według jej obliczeń Kuba powinien już wjeżdżać do garażu. A nawet jeśli się spóźni, jedzenie będzie ciepłe.

Reklama

- Byłam najzagorzalszą feministką na roku, teraz szykuję mężowi obiadek na wejście - żartuje. - Ale gdybym gotowała, dopiero gdy on wróci, tracilibyśmy cenne minuty. A tak jest szansa, że usiądziemy razem przy obiedzie i coś obgadamy choćby to malowanie. Zawsze mam w głowie listę spraw w dwóch kategoriach: ważne i mniej ważne. Ważny jest dentysta córki i wymiana opon na letnie, mniej ważne kupno zasłon i prezenty pod choinkę. Powstała też kategoria spraw, o których już wcale nie rozmawiamy. Zjazd absolwentów naszego liceum, Oscar dla filmu X, wiadomo, że szkoda się na tym skupiać - powiada Ula, 32-latka, mama dwóch córek, trzy i dwuletniej. Jest pedagogiem specjalnym, wzięła urlop wychowawczy. Ale w domu pisze artykuły i własną książkę, chce ją wydać w tym roku. Kuba administruje siecią komputerową w dużej firmie handlowej. Wychodzi o 8.30, wraca o 18.10 mniej więcej. Czasem to "więcej" oznacza... - Kilka godzin. Zdarzyło się, że zasypiałam przed jego powrotem, a rano po przebudzeniu już go nie zastawałam, bo wyszedł do pracy. Głupie, ale wąchałam poduszkę, żeby poczuć chociaż jego zapach - opowiada Ula.

Coś kuleje

Ona i Jakub pochodzą ze wsi. - Awans społeczny kosztuje - uśmiecha się Ula. - Mieszkanie i auto kupiliśmy na kredyt, trzeba na to zarobić. Ja spałam dziś cztery godziny, bo kończyłam rozdział podręcznika. Od tygodnia próbujemy pogadać o wymianie okien, ale nie mamy wolnej godziny, żeby przejrzeć oferty w internecie. Wkurzam się, ale co mam zrobić? Wiesz, to jest takie życie: mała kawa zamiast dużej, w myjni samochodowej krótki program, skrót informacji w Onecie zamiast wiadomości w telewizji. Byle prędzej. Cięcia. I złość na siebie, bo na kogo? Ktoś musi być winny, że odłączyli internet przez znów niezapłacony rachunek.

A czas dla siebie nawzajem? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz grałam z Kubą w karty. A na studiach byliśmy mistrzami brydża. Brakuje mi chwil, kiedy on zostawia wszystko i jest tylko dla mnie. Gdy godzinę leżymy bezczynnie i słuchamy Nirvany. Ale dziś nie jest najgorzej. Rok temu. Ula ma początki depresji. - To się zaczęło w dniu, w którym musieliśmy wyjść z kina w połowie sensu - tłumaczy. - Cieszyłam się na ten wieczór. Kino było prezentem na rocznicę ślubu. I nagle w środku filmu kieszeń Kuby zaczyna pulsować fioletowym światełkiem. Komórka. Raz za razem, w końcu odebrał. A potem szepnął mi do ucha: "Przepraszam, nie mam wyjścia, muszę jechać do firmy, nagła awaria".

Byłam wściekła i rozżalona - opowiada. - Tym bardziej że mąż wrócił po północy, a ja czekałam z dobrą kolacją. Ostentacyjnie wyrzuciłam krewetki do kosza, rano wybuchłam. Krzyczała, płakała, w końcu zamknęła się w pokoju. Na kilka tygodni. - Unikałam Kuby, nie chciało mi się pracować, bawić z dziewczynkami, wszystko było źle. Siadałam w salonie, myślałam: pięknie, czyściutko, tylko się tym cieszyć. A my co? Kiedy ostatni raz mieliśmy gości? Doszło do mnie, że daliśmy się wkręcić. Żyjemy, żeby pracować, a nie pracujemy, żeby żyć. Kuba zastał mnie szlochającą i spytał poważnie: "Co się stało?". Warknęłam: "A masz chwilę, żeby o tym pogadać? Na pewno nie, prawda?". To był zły czas - wspomina Ula.

Na urodziny prosi męża o płytę, która "chodzi" za nią od miesiąca. On pyta: "Ale jaki wykonawca?". - Zamiast wytłumaczyć, wysyczałam: "Oczywiście nie masz pojęcia, kogo lubię słuchać. Ani co czytam, ani na kogo zamierzam głosować. Bo ty masz swoje sprawy...". Wiesz, co odpowiedział? "Ulka, a czy ty możesz mi powiedzieć, jaki projekt wczoraj zamknąłem? I dlaczego utykam od tygodnia na prawą nogę?". Zgłupiałam. Utyka? Zamknęłam się i obserwowałam ukradkiem - rzeczywiście. Chyba coś wspominał o kontuzji, ale jakoś mi umknęło.

Laptop do sejfu

Telefon, piąta nad ranem. - Matowy głos mamy w słuchawce. Tata miał zawał, nie żyje... - opowiada Ula. - Nigdy nikt mi nie umarł. Nie mogłam się pozbierać. Ale w głowie zaczęło mi się ustawiać. Kredyty, żale - nagle to wszystko wydało się takie głupie... - dodaje. Miesiąc po pogrzebie ojca zamawia przez internet tydzień wakacji na Korfu. - Nic mnie nie obchodziło, że nie mamy kasy. Pożyczymy, ukradniemy. Bardzo chciałam być z moim mężem przez cały dzień, razem z nim zjeść trzy posiłki, bo to nie zdarzyło się od dawna - wzdycha. Kiedy mówi Kubie o rezerwacji, on ma dziwną minę. - Nieodgadnioną. Pomyślałam: strzeliłam kulą w płot. Jestem nieodpowiedzialna. Przecież trzeba oszczędzać... Ale nagle zobaczyłam, że się uśmiecha. "Dzwonię do siostry, żeby przyjechała do dziewczynek", powiedział. Na lodówce zaczęły pojawiać się karteczki: "Kup krem z filtrem", "Kantor do siódmej, nie zdążę, ty idź". To już brzmiało lepiej - mówi Ula.

W samolocie wpada w panikę - czyta tekst o "wakacjach osobnych". - Osobni: niby razem, a już nie. Na urlopie nie potrafią ze sobą rozmawiać, bo dawno nie ma o czym... Jezu, czy to my?! - zwierza się ze swoich rozterek. Pierwszego wieczoru w Grecji Kuba otwiera laptop. Ula włącza swój tablet. Patrzą na siebie spod oka i jak na komendę zamykają komputery. Kuba szuka czegoś w walizce, po chwili oddaje Uli ładowarkę. - Powiedział: schowaj w sejfie, nie zdradzaj mi kodu. Kiedy mi komputer padnie, nie uruchomię go do wyjazdu. Męczył się, ale dotrzymał słowa.

Chwilowo szczęśliwi

Dziewczynki w łóżkach, Ula wybiega na jogę. - Jeszcze niedawno myślałam, że nie mamy prawa "marnować" wolnego czasu na siebie. Pamiętam, jak się wściekłam, kiedy Kuba kupił książkę, chyba Hawkinga, i czytał ją w łazience. Dobiło mnie to: ja biorę prysznic, żeby było szybciej, a on sobie urządza relaks. Ale zrozumiałam: przecież zwariujemy, jeśli czasem nie wypuścimy powietrza. Pracujemy albo na rozwód, albo na zawał - mówi. Dziś szuka "rezerw", zamiast robić awantury. - Więc tak: gotowanie, zakupy w supermarkecie, sprzątanie - to wszystko pod nieobecność Kuby. Jego torba na koszykówkę spakowana, rzeczy uprane. Wyręczam go, bo jest z tego czysty zysk: czas dla nas. Wiesz, ile go mamy wieczorem? Kuba wraca po 18, kładziemy się spać po 23 - pięć godzin. Odejmij: on bawi się z dziewczynkami, płaci rachunki, od czasu do czasu zajmuje się autem, naprawami. Zostaje pół godziny dla nas, góra.

Ale pamiętam jeden wieczór... Niedawno miała telefon z firmy. Zapytano ją, kiedy wróci do pracy. Ma szanse na awans. - Najpierw wyrzut sumienia: nie będzie mnie w domu do późna. Lista na lodówce wydłuży się znowu. Poza tym trzeba by się zastanowić nad opiekunką, postarać o miejsce w przedszkolu, kupić drugie auto. Masa decyzji do podjęcia. Gdzie jest Kuba?! Właśnie, znowu w pracy! Czy możemy oboje tak się angażować? - Ula opowiada o wątpliwościach. Ale przecież nie chce zostać żoną przy mężu. Gdy mąż słyszy o sprawie, bierze Ulę za ręce. Jest fajne przedszkole zupełnie niedaleko, a jego kolega ma namiar na jakieś inne, gdzie przyjmują dwulatki. Niania zwalnia się u sąsiadów w drugiej klatce, można zapytać. Jakoś to wszystko ułożą, przekonuje Kuba. Na razie on będzie jeździł do firmy metrem... - Ile to trwało? Piętnaście minut? Wiesz, co wtedy zrozumiałam? Że czas naprawdę jest względny. Trzeba doceniać, jaki jest, a nie ile go jest - mówi. Podgrzewa talerze, miesza sos, otwiera wino. - Tańsze, bułgarskie. Ale niedługo będziemy pić lepsze. Damy radę. Byle razem.

Mira i Kacper: widzimy się w czwartek

- Powinienem wykorzystać tę szansę - mówi Kacper przy kolacji. Jest architektem, dostał propozycję kontraktu za granicą. - Mogłabyś otworzyć własną agencję, a ja w końcu swoją firmę. Wreszcie żaden głupek rok po dyplomie nie mówiłby mi, jak się projektuje domy - przekonuje. Mira odrywa wzrok od ekranu laptopa, w przerwie między jedną kanapką a drugą sprawdza pocztę. Pośredniczy w sprzedaży nieruchomości. Z Kacprem są trzy lata po ślubie. Mają mieszkanie na kredyt w ładnej dzielnicy Gdańska. Chcieliby mieć domek.

- "Praca-sukces-kasa, praca-sukces -kasa", taką mantrę powtarza sobie Kacper, dźwigając w siłowni sztangę. - Rozumiem go, też jestem ambitna - opowiada Mira. Ma satysfakcję, że zarabia tyle, co mąż. - To pierwszy przypadek w mojej rodzinie, kiedy kobieta przynosi do domu nie mniej pieniędzy niż jej mężczyzna - mówi. Propozycja Kacpra jest nęcąca, ale rozstanie na długie miesiące... - Już teraz mam go coraz mniej - kręci głową. - Wiesz, jak jest? Od roku nie byliśmy w restauracji, wspólny spacer przestał istnieć. Bo to strata czasu. Podobnie wyjście do teatru, wyjazd na koncert Madonny, imieniny u teściów. Mamie Kacpra od dwóch lat wysyłamy bukiet pocztą kwiatową, choć mieszka w tym samym mieście. W komputerze mam 450 zdjęć z ostatnich wakacji sprzed trzech lat. Nie obejrzeliśmy ich do dziś. To by zajęło ze dwie godziny. Przez ten czas Kacper zrobi cztery szkice, ja opiszę sześć domów na sprzedaż - twierdzi.

Gdy mąż pyta ją o zdanie co do wyjazdu, Mira mówi: "Słuchaj, musimy dłużej o tym pogadać. Kiedy będziesz miał czas, może pójdziemy gdzieś na kolację?". Kacper zagląda do kalendarza, Mira otwiera swój w komputerze. "Ja mogę w czwartek wieczorem", mówi on. "Dobrze, odwołam spotkanie, niech będzie 19", odpowiada ona. Są umówieni. "Mira, ale to dopiero poniedziałek...", mówi nagle Kacper. Patrzą sobie w oczy. "OK, może uda się wygospodarować coś wcześniej", odpowiada ona.

Wtorek: Kacper się spieszy

Mira dzwoni do klientki, czy może być w umówionym miejscu pół godziny wcześniej. - Mam pokazać jej mieszkanie. Jeśli tamta przyjedzie, a ja skrócę prezentację do minimum, mogę zaoszczędzić nawet godzinę. Będę w domu o 18, jest szansa, że chwycę Kacpra, zanim przed 19 wyjdzie na angielski - kalkuluje. Klientka się zgadza, Mira ucieszona: - Przygotuję coś fajnego do zjedzenia, pogadamy jak ludzie. Zrobię zdjęcie, wyślę mamie - żartuje.

Jej mama nie lubi przyjeżdżać do córki. Za bardzo się denerwuje. - Mieszka na Śląsku, widzimy się tylko w święta. Czasem proszę, żeby wpadła na kilka dni, odetchnęła innym powietrzem. Ale irytuje ją, że wracam późno i nie ma kiedy ze mną pogadać. Głupio mi, że mama siedzi w pustym domu, ale przecież w weekend zabieram ją do galerii handlowej, do kina... Pilnuję, żeby podczas jej wizyt na stole w trakcie posiłków nie leżały komórki i komputery. Raz mama wstała i wyszła demonstracyjnie - oboje z Kacprem załatwialiśmy coś przez telefon, jedząc makaron. Fakt, u mnie w domu przy stole rozmawiało się o sprawach dzieci albo o ostatnim weselu w rodzinie. Tylko że my nie mamy dzieci - opowiada Mira.

We wtorek wraca do domu przed 18, jest z siebie dumna. Rozmraża gołąbki, słyszy klucz w zamku. Kacper zdziwiony: "Jesteś? Super. Mogłabyś podłączyć mi drukarkę do kompa? Muszę wydrukować parę stron. A ja w tym czasie wezmę prysznic, OK? Bo wychodzę wcześniej, mam małe spotkanie przed angielskim. No sorry, nie dam rady teraz pogadać, szlag mnie trafia, ale muszę zobaczyć się z gościem od ubezpieczeń. Jutro może..." Kacper już pod prysznicem, Mira dziabie widelcem mięso. - Jak to możliwe, że kiedyś żyliśmy na luzie? Kupowaliśmy tani bilet do Hiszpanii w środę, w sobotę siedzieliśmy w barze tapas w Barcelonie. W domu mieliśmy tylko jeden zegarek. Teraz z siedem, jeden nawet w toalecie. 18.20: Kacper wybiega, Mira wchodzi na Allegro, wstukuje: "camper, rozmiar 44". - Kiedyś nie kupowałam butów dla męża przez internet. Teraz nie mamy czasu, żeby wybrać się razem do sklepu. Tęsknię za tym - mówi. Odbiera SMS: "No nie gniewaj się. Jutro ja będę w domu wcześniej". - Nawet nie chciałam mu odpowiadać, że jutro to ja mam babską imprezę. Odpisałam: "Kocham cię". Takie słowo-klucz.

Środa: Mira jest zajęta

19.15. Wybiera się na "baby shower", przyjęcie dla przyszłej mamy. Przyjaciółka spodziewa się córeczki. Mira kupiła w prezencie sukienkę. Najchętniej poszłaby na przyjęcie z mężem. Nie pamięta ostatniego wyjścia razem. Myśli długo, przypomina sobie ślub ciotecznej siostry. - Dwa lata temu. Ale nie zaszaleliśmy, w niedzielę rano Kacper musiał być w pracy, przyjechali jacyś Szwedzi. Tyle dobrego, że mogliśmy pogadać przez 200 km w samochodzie. Bez "przeszkadzaczy", bo wtedy nie mieliśmy jeszcze systemu, który pozwala odbierać telefon przyciskiem w kierownicy. W nowym aucie Kacper może urządzać telefoniczne konferencje. Ja na dłuższą jazdę kupuję dwa grube miesięczniki i wgrywam w MP3 kilka nowych płyt - opowiada Mira.

Przed wyjściem na "baby shower" pakuje prezent, słyszy, że Kacper wraca do domu. Rzeczywiście wcześniej. Mira wpada nagle na pewien pomysł. - Powiedzmy, że to miał być żart. Rozłożyłam sukieneczkę na łóżku. Wszedł Kacper, był zdumiony. "Co to znaczy?", zapytał. A ja zablefowałam: "A jak myślisz?" - opowiada Mira. On jest spięty, nie uśmiecha się. Mówi cicho: "Chyba nie chcesz powiedzieć, że...". - Powiedziałam: nie, nie jestem w ciąży! I poszłam ryczeć do łazienki. Zrozumiałam: skoro mamy coraz mniej czasu dla siebie, jak znajdziemy czas dla dziecka? A przecież chcieliśmy je mieć! - mówi.

O 19.30 wychodzi na imprezę. Po godzinie na wyświetlaczu komórki ma siedem nieodebranych połączeń od Kacpra. I kilka służbowych. - A był późny wieczór. Pozwoliłam klientom dzwonić o każdej porze, to teraz mam. Nie oddzwoniłam do nikogo. Musiałam pomyśleć.

Czwartek: uwaga na zakręcie

Rano wybierają miejsce na wieczorną kolację. - Kacper obiecał, że się nie spóźni. Ciekawe, czułam się trochę jak przed pierwszą randką, choć miałam się umawia się z własnym mężem - uśmiecha się Mira. W południe spotyka się z siostrą. - To moja najlepsza przyjaciółka. Często się jej radzę. Opowiedziałam o moich wahaniach: zgodzić się na ten kontrakt Kacpra czy nie? - wspomina Mira. Julia z zawodu jest terapeutką, bierze papierową serwetkę, podaje Mirze długopis. Ma wypisać w słupku rzeczy, które lubią robić z mężem wspólnie. Daje jej dwie minuty.

- Po pierwszej miałam dwie pozycje: oglądanie filmów i podróże. Nic więcej nie przyszło mi do głowy. Siostra orzekła: "Słabo". Jak jest tak mądra, niech sama powie, co ona lubi robić ze swoim mężem. Wzięła długopis, w pół minuty namachała długą kolumnę. A na pierwszym miejscu był seks, ja o tym nie pomyślałam w ogóle - zastanawia się Mira. Jej siostra mówi poważnie: "Uważaj, drogi wam się rozchodzą".

19.00. Mira w kolorowej sukience zamawia wino i risotto. Jest w dobrym humorze. - Już wiedziałam, co trzeba zrobić. Zaczęłam od razu: "Nie chcę, żebyś tam jechał". Myślałam, że wywołam długą dyskusję. Byłam zdziwiona, kiedy Kacper odpowiedział: "Ja też nie chcę jechać. Musimy pobyć ze sobą więcej". Zrobiło mi się tak jakoś... dziwnie. Ciepło. Poczułam, jak bardzo kocham mojego męża. I jaką głupotą byłoby to zaprzepaścić. Nie wiem, co będzie dalej. Nie umiem zrezygnować z mojego trybu życia. Kacper też. Ale coś musimy wymyślić. Na początek decyzja: po 18 nie odbieramy telefonów służbowych. Ja raz przemyciłam komórkę do toalety i gadałam z głową schowaną pod ręcznikiem. Jego nakryłam na tym samym w garażu. Ale przecież nie od razu Kraków zbudowano.

Renata i Arek: Praca jest dla ludzi

Trzy lata temu. Lada dzień ma się urodzić Zuzia. Renata z wielkim brzuchem jedzie do pracy, po południu ma się stawić na KTG w szpitalu. Szuka jeszcze papierów, w przelocie chwyta bułkę, laptop, w drzwiach zderza się z Arkiem. "Stop!", mówi on. Ma poważną minę. Każe Renacie usiąść, odbiera kluczyki i komórkę. - Zapytał: "Jak to dalej będzie?". Nie zrozumiałam. No jak? Szybko wrócę do pracy, ktoś się zajmie dzieckiem, jedziemy dalej - wspomina Renata. Jest wtedy 40-latką, ma już 14-letniego syna. Pracuje jako marketingowiec w siódmej firmie z rzędu. Od wielu lat od rana do wieczora nie ma jej w domu. Mieszka w podwarszawskiej Zielonce.

- Pracowałam kilka lat za granicą w dużej firmie handlowej. Pomagałam jej instalować się w Polsce, nabierałam doświadczenia a potem już poszło: lubię zmiany, nowe zadania - mówi. Arek, jej mąż, ma firmę poligraficzną, może prowadzić ją z domu. - Wziął na siebie większość spraw rodzinnych. A ja żyłam w przekonaniu, że nie powinnam mieć sobie za złe, że dużo pracuję. Przecież nigdy nie miałam pretensji, że mąż prowadzi firmę. Nie rozumiałam, że godzina dziennie, która zostaje nam dla siebie, to za mało. A czasem i tej godziny nie było. Wracałam zmęczona, zasypiałam w żakiecie - opowiada. Tamtego dnia, przed narodzinami córki, dzwoni do biura Renaty, zapowiada, że żona zostaje w domu na dłużej.

- Nie wytrzymywał napięcia. Bał się, że zwariujemy w tym układzie. Musieliśmy usiąść i wszystko przegadać - opowiada Renata. Ustalają: ona zostanie z dzieckiem najdłużej, ile wytrzyma, on też będzie pracował mniej. - To było rozsądne, ale źle czułam się z myślą, że coś mnie ogranicza. Dla odreagowania założyłam blog.

Radość o poranku

Maj 2010. Renata pisze: "Mąż mnie szantażuje: córka jest chora, powinnaś iść z nią do lekarza, to twoje zadanie. Wbija w poczucie winy. A przecież roczne dziecko nie musi być przyklejone do matki. Nie ma kiedy o tym pogadać. On wyjeżdża na tydzień, obsługuje jakiś festiwal - plakaty, ulotki. Kurczę, zapomniałam, jaki to festiwal, chyba mówił...". - Po krótkim urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy. Zatrudniliśmy panią Ewę do opieki nad Zuzią. Postanowiłam, że będę więcej czasu spędzać w domu. Ale wtedy Arek miał więcej zleceń, więc znów zaczęliśmy spotykać się późnym wieczorem - wspomina Renata. Czy uważa, że jest pracoholiczką? - Mam taką konstrukcję, że spełniam się w pracy. Czasem nie chodzi o to, że musisz zarabiać, robić wielką karierę. Po prostu jesteś aktywna. I przegapiasz moment, kiedy masz coraz mniej czasu na rzeczy istotne - mówi.

I opowiada: - Któregoś dnia mąż wszedł do sypialni i wyciągnął mnie z łóżka. Powiedział: "Czy ty wiesz, że wieczorem zdechł pies? Nie zainteresowało cię, że go nie ma? Najadł się jakiegoś paskudztwa...". Byłam w szoku. Rozpłakałam się. Przecież zależy mi na rodzinie, na domu. Jak to wszystko pogodzić?! Po incydencie z psem Arek zwołuje kolejną "naradę". - Postanowiliśmy, że odtąd będziemy się kłaść spać wcześniej, nawet o 22, skoro system wieczorny zawodzi. Po powrocie z pracy oboje jesteśmy tak zmęczeni, że już nie mamy siły ze sobą być. Jedna iskra i wybuch. Postanowiliśmy to zmienić: wstajemy o świcie, mamy czas dla siebie. Kto wie, może w ten sposób uratowaliśmy małżeństwo? Wtedy postanawiają jeszcze jedno: w ciągu dnia odbierają telefony od siebie natychmiast. - Jeśli miałam spotkanie, wyłączałam połączenia od męża. Któregoś dnia oddzwoniłam dopiero z samochodu, wracając z pracy. Okazało się, że kilka godzin wcześniej Arek spadł ze schodów i złamał rękę. To był jeszcze jeden powód, żeby przemyśleć, co jest ważne, a co ważniejsze.

Hamujemy, kochanie

Lipiec 2011. Renata pisze: "Chciałabym pojechać na urlop. Nie miałam go od... Nie umiem obliczyć. Nawet nie mam w szafie kostiumu kąpielowego. Nie pamiętam, czy mój mąż pływa dobrze, czy źle...". - Dzisiaj myślę: na pewno da się żyć na wysokich obrotach i nie zabić związku. Tylko naprawdę trzeba nad tym pracować. Nasza córka pójdzie za jakiś czas do szkoły, syn jest przed maturą, musimy zapewnić im dobry start. Ale nie kosztem nas - mówi Renata. Jej droga do wyhamowania? - Małe kroki. Najpierw święty weekend - uśmiecha się. Sobota rano. Arek włącza w kuchni wodę na kawę, Renata z Zuzią przygotowują ciasto na naleśniki. Jeśli syn będzie miał dobry humor, to je usmaży. - Trzymamy się teraz rytuałów. W sobotę jesteśmy tylko dla siebie. Wstajemy późno, razem jemy śniadanie. A czasem Zuzia zarządza dzień piżamowy i naprawdę chodzimy wtedy w piżamach. Latem wyjeżdżamy do ulubionego pensjonatu w Szczyrku i do drugiej w nocy gramy w superfarmera - opowiada.

Brzmi to... - Jak bajka? Jednego ci jeszcze nie powiedziałam: przez kilka miesięcy chodziłam na terapię. To było dla mnie trudne. Wyhamować, poukładać priorytety: dom, miłość, ambicje. Dziś nie wstydzę się mówić głośno, że potrzebowałam pomocy. Bo czy to wstyd?

Czerwiec 2012. Renata pisze: "Co by się stało, gdybyśmy stracili swoje prace? Nic takiego. Sprzedalibyśmy dom, kupili małe mieszkanie. Zawsze jest jakieś wyjście. Już zrozumiałam, że nie muszę być prezesem całego świata, nie warto się zabijać...". - Ale to nie tak, że odpuściłam zupełnie. Nie moja natura. Arek też ma w planach otworzenie kolejnej firmy. Ale jeśli coś się nie uda, nie popełnimy harakiri. Mamy siebie, to jest najważniejsze - zamyka sprawę. W sobotę jedzie na rynek. Zaczyna swoją rundę po sklepach. Nie będzie jej w domu dwie godziny, Arek już to wie, choć Renata przed wyjściem zapewnia, że wraca za pół godzinki, tylko kupi warzywa.

- Mamy swoje słabości, sprawy, pasje. Ja lubię urządzać dom, on zbiera obrazy młodych artystów. Ale to nie znaczy, że żyjemy osobno. Każdy ma kawałek swojej przestrzeni. I tak jest dobrze. W sumie chodzi o to, żeby się kochać. A tego się nie mierzy na godziny. Bo kocha się cały czas.

Agnieszka Litorowicz - Siegert 




Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje