Reklama

Reklama

Joanna Lamparska o hitlerowskich skarbach i ich strażnikach. “Tu nie chodzi o sztabkę złota”

O hitlerowskich skarbach, dolnośląskiej mentalności, kulisach życia eksploratorów — opowiada "pani samochodzik w spódnicy”, reporterka, pisarka, autorka książki "Ostatni świadek. Historie strażników hitlerowskich skarbów" - Joanna Lamparska.

Katarzyna Adamczak, Interia.pl: "Ostatniego świadka" rozpoczyna pani od sprawy tajemniczego listu, który miał napisać były niemiecki saper biorący udział w ukrywaniu na zamku Grodno na Dolnym Śląsku hitlerowskich skarbów. Wraz z kolejnymi rozdziałami śledzimy proces weryfikowania informacji zawartych w liście i poszukiwań jego autora. Czy to właśnie ta sprawa, była impulsem do napisania książki? 

Joanna Lamparska: - Jestem z pokolenia, które dorastało na Dolnym Śląsku, na ziemiach poniemieckich, w atmosferze tajemnicy i poszukiwań skarbów.  Odkąd pamiętam wszyscy opowiadali o depozytach zamurowanych w ścianach, ukrytych w podziemiach, o ich strażnikach, ale też o tym, że ludzie znajdują różne cenne rzeczy. Co ciekawe, tak jest do dzisiaj. Całe życie czekamy na coś naprawdę wielkiego. Marzenia o tym, że znajdzie się skrzynie ze złotem, bursztynową komnatę, złoty pociąg — one ciągle rozgrzewają nam głowy. To rodzaj międzypokoleniowego pomostu, wiara w skarby przechodzi z dziadka na ojca, z ojca na syna. Mam jednak wrażenie, że w ludzkiej naturze jest potrzeba posiadania tajemnicy połączona z obawą, że jej odkrycie może nas rozczarować, że nagle nie będziemy mieli do czego dążyć, za czym biec. Pisząc tę książkę — a przygotowywałam ją... nie zliczę ile lat — miałam to samo.

Reklama

- Dostawałam przez wiele lat listy od hitlerowskiego żołnierza i miałam gdzieś z tyłu głowy poczucie, że może to ja właśnie mam możliwość dotarcia do wielkiego depozytu. Podświadome nie chciałam niszczyć tej niesamowitej tajemnicy, ale przyszedł taki moment, gdy pomyślałam sobie, że reporter jest w końcu po to, żeby iść śladem prawdy, która bywa o wiele ciekawsza niż złoto. Właśnie ta prawda jest największym skarbem.  "Ostatni świadek" powstał więc z dwóch powodów: żeby samej rozwikłać zagadkę oraz pokazać fascynujące śledztwo, docieranie do prawdy o tych poniemieckich skarbach. Przy okazji miał to być pretekst do opowiedzenia o skomplikowanej, dolnośląskiej "magicznej realności", poszukiwaczach, zamkach, podziemiach, trudnych, powojennych relacjach między Polakami i Niemcami.  Chciałam też pokazać, że to, co na końcu spotkamy, nie musi być rozczarowaniem — jest po prostu prawdą, a jej się nie ocenia.

- Kiedyś naszła mnie refleksja, że pomimo tych bardzo, bardzo wielu lat, kiedy zajmuję się tajemnicami historii, my ciągle nie mamy jakichś spektakularnych sukcesów. Jeśli takie sukcesy się pojawiają, to szybko gdzieś umykają. Dwa lata temu ekipa Baltictech odnalazła wrak zatopionego w 1945 roku okrętu Karlsruhe, a na jego dnie skrzynie. I choć media się tym interesowały, to wielu poszukiwaczy nie uznało tego za sensację.  Zainteresowały się tą wyprawą natomiast bardzo mocno media zachodnie, bo tam troszkę inaczej patrzy się na takie tematy. 

Zobacz również: Zamek Grodno: To tutaj hitlerowcy ukryli swoje skarby?

Na początku książki dostajemy tajemnicę, potem przystępnym językiem opisaną opowieść o jej odkrywaniu, którą czyta się niczym dobry kryminał, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że każda kolejna strona odziera skarby i ich poszukiwaczy z romantycznej otoczki, która funkcjonuje w świadomości zbiorowej, a pozostawia jedynie brutalną, nagą prawdę historyczną. 

- Ale jaka jest ta prawda! Niezwykła, dramatyczna. Oglądałam niedawno "Ostatni etap",  który powstał w 1948 roku. Nakręciła go Wanda Jakubowska. Auschwitz znała od podszewki, była jego więźniarką. Kiedy realizowała swój film, miała czterdzieści lat i, mimo, że obrazowi zarzucano później manipulację - Jakubowska najprzychylniej pokazała komunistki, dla których kontrastem są polskie antybohaterki, obozowa kapo i lekarka - to "Ostatni etap" uważany jest za dzieło na wpół dokumentalne. Naturalną scenografią był Auschwitz II, czyli KL Birkenau, Brzezinka. Ogromny teren równo wypełniony drewnianymi barakami z rampą kolejową, do której pod koniec wojny pociągi dojeżdżały przez bramę nazywaną Bramą Śmierci. To Jakubowska pokazuje z wyjątkową precyzją. Moment, w którym zrozpaczeni ludzie szukają się nawzajem w tłumie, gdy w ciemności matka głównej bohaterki pyta "Co to jest? Gdzie my jesteśmy?", wbija się w żołądek ostrą szpilą. Na takich filmach powinniśmy się, moim zdaniem, uczyć historii.

- Tymczasem, dla nas wychowanych na filmach o Indianie Jonesie, zarówno druga wojna światowa, jak i skarby są przefiltrowane przez tysiące różnych domysłów, fantazji, zabiegów artystycznych. Wszystko jest takie kolorowe, cudowne i fajne, ale tak naprawdę za tym się kryją ludzkie tragedie, często ludzka podłość.

Co to jest skarb? 

- Skarb się ukrywa po to, żeby zabezpieczyć go przed wojną, przed złym sąsiadem, przed grabieżą. On się wiąże ze strachem. Polacy chowali różne rzeczy przed wkroczeniem Niemców. Włodzimierz Puchalski [fotografik i autor filmów przyrodniczych — przyp. red.] na czas okupacji zakopał w lesie swoje zdjęcia i aparat fotograficzny, polscy arystokracji chowali wartościowe przedmioty — przykładem jest kolekcja Czartoryskich, o której piszę w książce. Co prawda, trudno to porównywać, ale jednak w ten sam sposób swoje rzeczy ukrywali Niemcy, kiedy wiedzieli, że nadchodzi Armia Czerwona. My to wszystko do dzisiaj znajdujemy i to nie są romantyczne rzeczy.

- Nawet skarby piratów, które przez filmy stały się takie kolorowe — nie są niczym przyjemnym. Przecież, żeby pirat zdobył skarb, musiał komuś po prostu poderżnąć gardło. Nie oszukujmy się: i ta krew śmierdzi i to morze cuchnie — to wszystko jest po prostu straszne, ale na filmie jest zawsze wesoło, a my jesteśmy kulturą obrazkową. Dlatego ja tak często nawiązuję w książkach do filmów, żeby tym, którzy nie mają w ogóle o niczym pojęcia, cokolwiek się skojarzyło.

W książce często podkreśla Pani, że skarby hitlerowskie ociekają krwią, jakie było pani najbardziej makabryczne odkrycie? 

- W książce opowiadam o esesmanie z Wrocławia, Karlu Gallaschu, który "zbierał" złote zęby w obozie Gross-Rosen. Gallasch to zwyczajny czterdziestolatek, poniżany przez żonę, który wstępuje do SS i zaczyna pracę w obozie. Tam, ten szacowny ojciec rodziny, ma wtedy pięcioro dzieci, zamienia się w kata, który za wszelką cenę chce się wzbogacić. Jest okrutny i nieprzewidywalny. Pije i morduje. Torturując ludzi, każe sobie przygrywać małej orkiestrze. To była dla mnie straszna historia. Gallasch, przeciętniak, który został katem, wybierał i zabijał więźniów dla ich złotych zębów. Potem swój łup zawoził do Warszawy, gdzie niejaki Kurowski, jubiler (wiemy to z dokumentacji) przetapiał koronki dentystyczne. Część złota Gallasch schował w piwnicy w domu kochanki. W czasie nalotów kamienica się zawaliła, a kochanka, która nie była zainteresowana człowiekiem pozbawionym pieniędzy, doniosła na niego polskim władzom. Zdradziła Karla w perfidny sposób. Zabrała go na spacer po Wrocławiu i dała znać, gdzie będą chodzić. Gallasch został rozpoznany przez byłych więźniów obozu i ujęty. Tą historią chciałam pokazać, jak trudne mogą być historie "skarbów", bo o krwawym i makabrycznym "łupie" Gallascha mówiono czas jakiś: skarb esesmana.

Jest pani poszukiwaczką skarbów? 

- Tak, jestem. I nie chcę, żeby ktoś na mnie mówił "eksploratorka", bo ja jestem poszukiwaczką skarbów. Mniej chodzę w teren, ale rozmawiam z ludźmi, przeszukuję archiwa, bardzo dużo czytam i usiłuję łączyć ze sobą wszystkie wątki. Dla mnie skarbem jest informacja.

- Kiedy pisałam poprzednią książkę: "Imperium małych piekieł. Mroczne sekrety obozu Gross Rosen", odkryłam lukę w życiu Josefa Mengele, o której właściwie się nie mówi.  Anioł Śmierci ucieka z Auschwitz i nagle jest pustka. Tymczasem 18 stycznia 1945 roku Mengele zaczyna pracę w Gross Rosen na Dolnym Śląsku, jeździ po jego filiach, robi selekcje, wysyła gdzieś chore kobiety, organizuje izbę porodową w podobozie w dzisiejszej Sieniawce — to była dla mnie niesamowita historia. Myślę sobie: dlaczego dziennikarka z Polski nagle znajduje takie informacje? Dlaczego nikt się tym wcześniej nie zainteresował? To jest skarb, bo on pomaga te historyczne puzzle poskładać w całość, więcej zrozumieć.

- Od dwóch czy trzech lat w Polsce toczy się głośna sprawa tzw. dzienników wojennych. Pewien niemiecki oficer miał zostawić dzienniki, w których wymienił bodajże 12 miejsc ukrycia ton złota. Po Polsce krąży "syn esesmana", który twierdzi, że otrzymał te dzienniki od swojego przybranego ojca, niemieckiego oficera. Usiłuje się uwiarygodnić dokumentami, które nie mają wartości. Dziennikarze już dawno pogubili się w tej sprawie, inni poddali się, bo mijają kolejne lata, budowane jest napięcie, a efektów nie widać.  W świecie poszukiwawczym jest mnóstwo fałszywych dokumentów, nieprawdziwych informacji. Ale bywa też tak, że - i to jest naprawdę fascynujące - że bardzo długo nie jesteśmy w stanie zweryfikować informacji i chociaż te dzienniki wojenne są coraz częściej obiektem żartów, to ich tłumacz rozpoznał w nich miejsca, jego zdaniem, warte zbadania. Mnie interesują tu bardziej kwestie międzyludzkie, z zainteresowaniem obserwuję też pracę mediów przy takich tematach. 

Zobacz również: Skarb Talleyrandów. W Polsce ukryte są niezwykłe kosztowności?

Czytelnicy często nazywają Joannę Lamparską "Panią Samochodzik w spódnicy", czy słusznie? 

- Czasem poszukiwanie skarbów trochę przypomina rzeczywiście "Pana Samochodzika". Parę lat temu szukaliśmy wywiezionego z Warszawy i ukrytego w małej wsi we wschodniej Polsce, transportu dokumentów z początku drugiej wojny światowej. Odległość od szopy do skrytki z zaginionym archiwum liczona była w jakiejś dziwnej jednostce metrycznej. Pierwsza ekipa, która tam pojechała, wróciła z pustymi rękami. Na szczęście mapa dostała się w nasze ręce, więc mogliśmy na nią spojrzeć. Okazało się, że osoba z pierwszej ekipy, gdy czytała mapę, nie rozróżniała na niej drzew liściastych i iglastych. Nasi poprzednicy szukali przy drzewach liściastych, a trzeba było szukać przy drzewach, które były inaczej oznaczone. 

- Czy jestem Panią Samochodzik? Na pewno jestem bohaterką jednego z "Panów Samochodzików", które powstały już po śmierci Zbigniewa Nienackiego. Nie pamiętam już, pod jakimi imieniem występuję. Koledzy mówią na mnie też Indiana Joanna i bardzo mnie to mile łechce.

Skarbem jest informacja, fragment wiedzy o przeszłości — takiej odpowiedzi mógłby udzielić historyk, ale czy każdy może poszukiwać skarbów? 

- Kiedy zaczynałam swoją przygodę z ruchem eksploratorskim w Polsce, wielu panów (bo kobiet to tam było i tak jest do dzisiaj, niewiele) chodzących z wykrywaczami, specjalizowało się  w poszukiwaniu informacji o tajemnicach drugiej wojny światowej, ale byli głównie zainteresowani obiektami militarnymi z tamtych czasów. Natomiast dzisiaj te poszukiwania się bardzo zmieniły. Poszukiwacze tworzą profesjonalne grupy, często — nazwijmy to — wielofunkcyjne. Ich członkami są archeolodzy, geolodzy, antropolodzy i archiwiści, którzy szukają informacji mogących ich doprowadzić do konkretnych odkryć, czyli: wraku samolotu, nieznanych pomieszczeń, kolejnego wejścia do podziemi. Może to górnolotnie zabrzmi, ale oni szukają prawdy. Myślę, że każdy z nas jest poszukiwaczem, bo każdy z nas czegoś szuka, jakiejś swojej prawdy o historii, swoim pochodzeniu, otoczeniu. 

Co trzeba w sobie mieć, żeby zostać poszukiwaczem? 

- Myślę, że trzeba mieć jakiś przymus wewnętrzny, jakąś szpilkę, która cały czas wierci cię od środka. Każdy z nas ma w sobie poszukiwacza, jeden go karmi, inny nie. W poszukiwaniu "skarbów" potrzebna jest ciekawość w sobie, trochę żaru i pewnie trochę czasu. 

- Myślę, że poszukiwaczem można być w każdym absolutnie zawodzie. Świetnymi poszukiwaczami są specjaliści od kulinariów historycznych, rekonstruktorzy, historycy zajmujący się różnymi dziedzinami. Każdy z nas ma w sobie poszukiwacza, pytanie tylko, czy jest to poszukiwacz, który interesuje się historią tak jak ja, czy zupełnie inną dziedziną? Myślę, że każdy z nas ma w sobie to coś. Ważne jednak żeby zachować przy tym zdrowy rozsądek.

A odwaga? 

- Odwagę trzeba mieć. Ja cały czas tajemnice łączę ze strasznymi wydarzeniami z czasów drugiej wojny światowej, więc wymagany jest hart ducha, żeby w ten świat wchodzić, bo on jest absolutnie przerażający. Kiedy czytasz wspomnienia z czasów drugiej wojny, te okropności — to jest jeden rodzaj odwagi — obcowania z różnymi informacjami, które pojawiają się w dokumentacji, a dotyczą spraw strasznych.

- Drugi rodzaj to taka odwaga typowo fizyczna do wciskania się w wąskie przejścia, zagłębiania w podziemia czy chodzenia na wysokości. Trzeba mieć też wytrzymałość na różne warunki, na ogół to są bardzo wesołe przygody, aczkolwiek nie przypominają w ogóle Indiany Jonesa. Nie ma światła w sztolni, nie ma Johnny’ego Deppa, który półnagi kroczy plażą w słońcu, a wiatr mu włosy rozwiewa — osobiście żałuję. Za to pada deszcz, jest zimno, błoto i komary. Ostatnio kolega zgubił w czasie takiej eskapady kluczyki od samochodu, więc wykrywacze metalu się przydały, a i tak szukaliśmy godzinę. Deszcz lał, błoto, a my szukamy tych kluczyków. Potem się okazało, że wszyscy patrzyli na ziemię, a on je zostawił na dachu samochodu.

- Trzeci rodzaj to odwaga w byciu z innymi ludźmi, zagadania ich, czasami delikatnego podpytania, otwarcia na rozmowę. To ostatnie bardzo lubię. Codziennie ktoś do mnie pisze, albo dzwoni z jakąś informacją. Wiele z nich muszę zostawiać dla siebie, ale bywa i tak, że ktoś z rozmówców chce się jedynie wygadać. Coś pamięta, podrzuca ten okruch pamięci, ma nadzieję, że zamienię go w przygodę. 

Ta książka, podobnie jak poprzednie, w dużej mierze dotyka trudnych, czasem wręcz makabrycznych tematów. Jak sobie pani radzi z okrucieństwem, z którym musi się zmierzyć? 

- Nie zawsze sobie radzę, kiedy pisałam o Mengelem w Gross Rosen, śniły mi się te kobiety, których selekcje przeprowadzał. Śnił mi się ten obóz. Bardzo dużo dało mi spotkanie w Krakowie na konferencji Medical Review Auschwitz - "Medycyna nazistowska za drutami". Obcowanie z naukowcami, którzy po prostu podają zimne fakty, bez emocji, pozwoliło mi nabrać dystansu. Aczkolwiek uważam, że my, pisarze czy dziennikarze, mamy prawo pójść dalej i spróbować opowiedzieć o tym, co nasi bohaterowie mogą czuć i o czym mogli myśleć. Z drugiej strony, coraz bardziej mam taką refleksję, że jakie my mamy prawo wczuwania się w tych ludzi, którzy przeżywali takie okropieństwa? To są tak straszne rzeczy, że być może to nasze współczesne wczuwanie się jest po prostu próbą poradzenia sobie z tą traumą, a równocześnie takiego troszkę złagodzenia, zbeletryzowania czegoś, czemu wystarczą bardzo proste słowa?

- To, że ja sobie nie radzę, to połowa problemu, ale jeszcze gorzej radzą sobie z tym moi czytelnicy. Po książce "Imperium małych piekieł" dostawałam listy typu: "świetnie się czyta, ale pani Joanno czytam na kawałki, muszę odkładać, nie jestem w stanie znieść tego poziomu okrucieństwa, które jest w tej książce".   

Wykrywacze metali, stare zdjęcia, dokumenty — nazwałabym standardowymi metodami, ale wyobrażam sobie, że poszukiwanie skarbów wymaga czasem kreatywności?

- Lubię opowiadać taką historię ze starych czasów. Nasz kolega — lekarz z Warszawy, zresztą bardzo dobry i znany — otrzymał informację, że gdzieś w okolicach pewnej wsi ukryto sztandar napoleoński. W dokumentacji było napisane, że chorągiew została zakopana na odległość szczekania psa od wsi. Co zrobił poszukiwacz? Wziął swojego psa, przywiązał go do drzewa, wytłumaczył mu, że wróci po niego i zataczając koła, starał się znaleźć to miejsce. Udało mu się — odnalazł sztandar. 

Czy poszukiwanie skarbów jest niebezpieczne?

- Oczywiście wśród poszukiwaczy skarbów krąży wiele opowieści o niemieckich strażnikach skarbów, którzy gdzieś tam po wojnie zostali, a potem tę rolę przejęły ich dzieci. Zresztą bohater mojej książki jest rzekomo takim strażnikiem. Ci ludzie czyhają na poszukiwaczy, gotowi bronić powierzonych im skarbów. 

- Myślę jednak, że niebezpieczeństwo, czai się w innym miejscu. Jeżeli chodzi o skarby niemieckie, przynajmniej tu na Dolnym Śląsku, one często były znajdowane przez polskich osadników, ale gdy dowiadywali się o nich inni ludzie — kradli je. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa kradli, członkowie komisji likwidacyjnych kradli, ginęło mnóstwo rzeczy. I to jest bardzo dobry powód, żeby ludzie milczeli. Bywały takie sytuacje, kiedy ktoś coś ukrył, a potem był mordowany za parę groszy albo za ukryte dolary, albo milicja, czyli wtedy Urząd Bezpieczeństwa, wchodziła do mieszkań i zabierała ludziom cenne rzeczy.

- Jedna taka sytuacja wydarzyła się w ślicznej wsi na Dolnym Śląsku, która nazywa się Bożków. Stoi tam przepiękny pałac. Ostatnia hrabina, kiedy wyjeżdżała ze swoich włości, kazała ukryć wszystkie wartościowe rzeczy pod pałacowym basenem i zostawiła na straży tylko kamerdynera. Kacper (z dokumentów wiemy, jak miał na imię) zamiast udawać, że pod basenem nic nie ma, codziennie chodził tam i walił jakimś drągiem, więc nikt się nie mógł się nie domyślić, że coś tam jest... Pewnego dnia, chłopcy ze wsi, już Polacy, przyszli, rozwalili ten basen i otworzyli skrzynie. Magnisowie - arystokratyczna rodzina, do której należał pałac - była bajecznie bogata. Nie minął tydzień a u jednego sąsiada kury jedzą ze srebrnej patery, u drugiego pije się bimber z pozłacanych kielichów, pani ślusarzowa je złotymi widelcami. Dowiaduje się o tym Urząd Bezpieczeństwa. Oni do wsi wchodzą, rekwirują i... koniec. Nie zostaje ani jeden ślad po tych wszystkich skrzyniach, więc jak to nazwać inaczej? Tylko kradzieżą, zwykłą kradzieżą w imieniu państwa, a właściwie służb. Z tego względu pewne rzeczy mogą wydawać się niebezpieczne, choć dziś już minęło zbyt dużo czasu, by było to realne zagrożenie.

Zobacz również: Jak szukać skarbów? Ta mapa ci pomoże

Czy to nie jest trochę tak, że poszukiwacze to są ludzie, którzy wierzą w legendy?

- Nie, ale wiara w legendy bardzo pomaga, czego przykładem jest odkrycie Troi. Znalazł ją amator, Heinrich Schliemann, który uwierzył w opowieść Homera. Dlaczego mielibyśmy wierzyć Homerowi, który opowiadał o bogach, mitach, i tak dalej? Myślę też, że gdyby nasi archeolodzy chcieli być takimi poszukiwaczami, a coraz więcej takich jest, to wtedy ten świat by zupełnie inaczej wyglądał. Potrzebujemy chyba w życiu trochę tego kolorytu, a jeżeli ten koloryt zachęci nas do głębokich, prawdziwych badań, to naprawdę spełnia on swoją funkcję. Uważam, że to jest moje zadanie: zachęcanie, rozniecanie tego ognia, który sprawia, że ludzie potem zaczynają szukać.

- Ostatnio napisała do mnie pani, Żydówka mieszkająca we Wrocławiu, żeby opowiedzieć mi taką historię: kamienica we Wrocławiu na obrzeżach miasta, w czasie wojny do 1945 roku należąca do jakiegoś oficera SS. Po wojnie dwu czy trzykrotnie przyjeżdża jakaś niemiecka rodzina i proszą, żeby wpuścić ich na strych tego domu. Oni nie szukają niczego na tym strychu, cały czas gapią się przez okno w różnych porach roku i nikt nie wie dlaczego. Za czwartym razem, w latach 80, znów przyjeżdżają i gapią się przez to okno, aż po paru dniach w okolicy powstaje wielki wykop, ktoś coś wyciąga i wyjeżdża.

- Oczywiście możemy na skarby spojrzeć tak bardzo badawczo, zamknąć je w statystyce, ale myślę, że niezwykłości tym historiom dodają opowieści o ludziach z nimi związanych, bo tu nie chodzi o sztabkę złota. Sztabka złota — można sobie za nią coś kupić i to jest koniec historii — ale ktoś ją musiał odlać, ktoś ją tam ukrył. Dlaczego? Jakie to złoto? Dlaczego akurat w tym miejscu? To są dla mnie ciekawe, istotne opowieści. One tworzą historię i czy chcemy tego, czy nie, ona zawsze będzie sensacyjna, no bo inaczej się nie da.

Kim są na co dzień poszukiwacze skarbów, bo nie utrzymują się chyba ze znalezionych artefaktów?

- Są takie grupy, które w nielegalny sposób pozyskują zabytki i po prostu je wywożą albo sprzedają, ale takie grupy niczym nie różnią się od złodziei.

- Właściwie dzisiaj się już nie używa słowa "poszukiwacze skarbów" wszyscy wolą "eksploratorzy" -  w Polsce jest około stu tysięcy eksploratorów. Dane te są podawane na podstawie liczby wykrywaczy metali, które pracują w kraju. Niemniej jednak, wykrywacze metali ma też policja, wojsko, i archeolodzy.

- Jakie to są grupy społeczne? Pełen przekrój: od dyrektorów szpitali, po ludzi pracujących fizycznie, lekarze, archeolodzy, stomatolodzy, mamy kolegę, który pracuje w reklamie, czyli robi reklamówki w fabryce, mamy właścicieli firm budowlanych, ochroniarzy, nawet kolegę, który śpiewa disco polo — wszyscy zakręceni na punkcie historii. Tutaj absolutnie nie ma żadnej reguły. 

A czy zdarzają się rodziny poszukiwaczy?

- Są takie rodziny, znam kilka takich cudownych rodzin, gdzie żona w tych zielonych spodniach moro pomyka za mężem. Bardzo jest wiele dzieci, takich malutkich poszukiwaczy. Natomiast są też takie rodziny, w których żona pyta, dlaczego nie jedziemy na wczasy do Egiptu, a mąż mówi: bo muszę kupić nowy wykrywacz, więc takie sytuacje też się oczywiście zdarzają. Myślę, że każdy człowiek bez pasji jest trochę pusty. Kobieta z pasją rozumie męża z pasją i na odwrót. Mnie mój mąż rozumie, aczkolwiek łatwo to mu nie jest. 

Czy jest jeszcze coś, co może zaskoczyć osobę żyjącą w świecie pełnym tajemnic? 

- Zawsze, kiedy wydaje mi się, że będę miała spokojny dzień, dzwoni jakiś znajomy, dyrektor muzeum, archeolog, historyk i "sprzedaje" mi jakąś ciekawostkę, opowiada, czego właśnie szuka. Uwielbiam również pisać o właścicielach zamków i pałaców. To są dopiero poszukiwacze. Ciągle na tropie mebli i innych zabytków, które do 1945 roku stały w obiekcie, który kupili już współcześnie. Co oni znajdują i gdzie! To dopiero są historie.  Normalność potrzebuje trochę szaleństwa, bo sacrum i profanum ciągle tańczą swój szalony taniec. 

Kanwą książki jest opowieść o poszukiwaniu tajemniczego autora listów zdradzających, gdzie ukryto hitlerowskie skarby. Znalazła pani prawdziwego Leonarda von Schrecka?

- Moim zdaniem tak, chociaż uważni czytelnicy mojej książki mówią, że zostawiłam duży znak zapytania. W końcu niemieckie słowo Schreck oznacza  "strach".

Zobacz również: Makabryczna prawda ukryta w “zwykłej” pocztówce

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy