Reklama

Reklama

Anita Sokołowska: Codzienne rytuały się u mnie nie sprawdzają

- Nie należę do osób, które mają w sobie zakodowaną regularność. Więc codzienne rytuały się u mnie nie sprawdzają, bliżej mi do chaosu. Nie należę też do kobiet, które się na sobie skupiają. Nie mówię, że to jest dobre… Z przyjemnością wstałabym wcześnie, zrobiła masaż twarzy i napiła się zrobionego wieczorem naparu, ale jak ma się małe dziecko i dużo pracuje, to rzeczywistość wygląda inaczej - mówi Anita Sokołowska, aktorka znana, m.in., z serialu "Przyjaciółki".

Lidia Ostólska, Interia.pl: - Co ostatnio zrobiła pani po raz pierwszy?

Anita Sokołowska: - Mój pierwszy raz? Ferraty, czyli chodzenie w uprzęży po szlakach turystycznych przystosowanych do wspinaczki. Chodzenie po grani na różnych wysokościach jest bardzo przyjemne, podobnie, jak wiszenie nad przepaścią. W Słowenii i we Włoszech nie brakuje takich tras.

Góry to ucieczka przed problemami, czy pomysł na naładowanie akumulatorów?

- Wyjeżdżam, żeby spędzić czas z rodziną, żeby zrobić coś nieszablonowego, zrobić coś dla siebie. Chcę zresetować głowę i odpocząć od codzienności. To dobry sposób na pokonywanie własnych słabości i przesuwanie granic. Potrzebuję tych spacerów na wysokościach!

Reklama

Praca przed kamerą i na scenie też testuje szczyty aktorskich możliwości. Czy środowisko aktorskie jest podzielone po pandemii? Pani pracuje na planie i w teatrze. Inni musieli się przekwalifikować i zając czymś zupełnie nowym np. rozwożeniem pizzy.

- Śledziłam historie osób, które zmieniły swoje życie w trakcie pandemii. Myślę, że przed pojawieniem się  COVID-19, w naszym zawodzie też pojawiały się problemy. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem szczęściarą, bo pracuję nieustannie od dwudziestu lat. Nauczyłam się też jednej rzeczy... Nie będę  przepraszała innych za to, że jestem w tym, a nie innym miejscu. Choć przyznaję, że byłam ogromnie zasmucona sytuacją artystów w czasie pandemii. W wielu przypadkach pomoc do sektora kulturalnego przyszła bardzo późno. Upokarzające było to, że moi znajomi dostali zapomogę od państwa w wysokości dwóch tysięcy i to im miało wystarczyć. Na co?

Aktorstwo to wolny zawód. Wiele osób ma marne emerytury lub nie ma ich wcale. Myśli pani o swojej przyszłości?

- Mam absolutnie tę świadomość, że jak teraz gram to nie oznacza, że będę grała za pół roku. Inwestuję, odkładam, mam nadzieję, że nie będę musiała za chwilę żyć za 500 złotych.

Spokojna o swoją przyszłość może być Zuza, którą gra pani w serialu "Przyjaciółki". Schodząc z planu żal zmywać makijaż silnej bohaterki? Czy marzy pani o ściągnięciu maski?

- Kiedy jestem na planie "Przyjaciółek" i w charakteryzacji przemieniam się w panią prezes,  przez kilka minut muszę patrzeć na siebie i oswajać się z tą postacią kolejny raz. Po dziewięciu latach jest to trudne do nazwania. Czasem łapię się na tym, że mówię jak Zuza i widzę, że te dwa światy się przenikają. Wymyśliłam ją, nasączam cechami charakteru, obdarzyłam tembrem głosu i nie tylko. Wiem, czego nie lubię w Zuzie.

- To pracoholizm, perfekcjonizm i egoizm. Myślę, że z człowiekiem aż tak skupionym na sobie jest bardzo trudno wytrzymać. Stylizacja, makijaż wymuskane włosy - perfekcja w każdym calu. W życiu prywatnym bliżej mi do naturalności. Dlatego z prawdziwą radością zmywam makijaż po zdjęciach, bo nie jestem przyzwyczajona do retuszowania siebie.

To jakie są codzienne rytuały Anity Sokołowskiej?

- Jest mi to totalnie obce z prostej przyczyny. Nie należę do osób, które mają w sobie zakodowaną regularność. Więc codzienne rytuały się u mnie nie sprawdzają, bliżej mi do chaosu. Nie należę też do kobiet, które się na sobie skupiają. Nie mówię, że to jest dobre... Z przyjemnością wstałabym wcześnie, zrobiła masaż twarzy i napiła się zrobionego wieczorem naparu, ale jak ma się małe dziecko i dużo pracuje, to rzeczywistość wygląda inaczej.

Dziewięć lat w "Przyjaciółkach" i przerwa na macierzyństwo. Czy ta decyzja niosła za sobą wątpliwości? Pojawiały się w głowie myśli, że nie wróci pani na plan, że czas się skończy?

- Zaszłam w ciążę, kiedy miałam 36 lat. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to było późno, bo odkładałam tę decyzję. Powtarzałam sobie "jeszcze to, jeszcze tamto". Brakowało mi później tej pewności, że ma się do czego wrócić. Jest takie powiedzenie, że "Aktor jest tyle wart, co jego ostatnia rola", a ról dla dojrzałych aktorek wcale nie jest tak dużo i aktorki boleśniej mierzą się z tym na co dzień niż mężczyźni w tym zawodzie. Jeżeli nie jesteś na etacie w teatrze, to decyzja o zajściu w ciążę jest bardzo trudna. Czas, jaki należy poświęcić na wychowanie dziecka w pierwszych latach, sprawia, że można wziąć udział w nielicznych projektach, a o gwarancji stałego zatrudnienia można pomarzyć.

Pani się udało! Wychowanie syna to wyzwanie...

- Kiedy moja koleżanka dowiedziała się, że jestem w ciąży i spodziewam się syna, powiedziała tak: "No nareszcie jakiś dobrze wychowany mężczyzna będzie". Staram się wychować go tak, żeby wiedział, czym jest praca, jak należy się zachowywać i żeby zdawał sobie sprawę z tego, że w domu należy pomagać i działać wspólnie. Moim zdaniem tradycyjny podział ról przestał już obowiązywać.

To czasy silnych kobiet i przenikliwych kobiet. Przedstawienie "Victoria Woomen True Shov" wystawiane w Garnizonie Sztuki jest tego najlepszym przykładem. Gdzie popełniamy błąd?

 - Faktycznie postać Evy, którą gram, ma silną osobowość, a spektakl jest gorzką analizą  kobiecości. Okazuje się, że wciąż dajemy się wtłaczać w tradycyjne modele związków, a wyrwanie się z ustalonej przez lata konwencji wcale nie jest proste. Bierzemy na siebie obowiązki i się podporządkowujemy. Nie wiem, gdzie jest klucz do rozwiązania problemu. Trudno zachować balans pomiędzy byciem kobietą, matką, aktorka, partnerką i podmiotową osobowością. Uważam, też, że współczesna kobieta to wyzwanie dla mężczyzn. Oni też powinni znaleźć swój model życia, kiedy przy boku mają silną i świadomą kobietę. To wcale nie jest łatwe!

Czy udany związek pomaga w samoakceptacji?

- Oczywiście, że tak. Jednak ważną rolę odgrywają także przyjaciele i znajomi. To nie jest tylko kwestia partnera lub partnerki, ale tego, w jakim środowisku żyjesz, jakimi osobami się otaczasz.

Oswoiła pani proces starzenia?

- Nie mam lęku przed śmiercią, ten temat mnie nie paraliżuje, ale zdaję sobie sprawę, że się zmieniam, że moje ciało się zmienia, a akceptacja tego procesu prosta nie jest. Czasem jak siedzę w charakteryzatorni i myślę, że zaraz będę panią pod pięćdziesiątkę i nagle pojawia się pytanie "Jak to się stało?". Okazuje się, że człowiek ma siebie w pamięci jako dwudziestolatkę, trzydziestolatkę, a tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej.

- Akceptacja zmiany jest czymś kluczowym. Widzisz ją w ciele, na twarzy, oswajasz to. Tłumaczysz, że z tymi zmarszczkami też mam coś do powiedzenia, szczególnie w dzisiejszym świecie. Głośno o tym mówię, rozmawiam o tym ze znajomymi. Przyznaję się do swojego wieku, siwych włosów, zmarszczek, których nie będę wypełniała. Jest też temat menopauzy, która mam poczucie w Polsce jest ciągle tematem tabu, wstydzimy się jej. Kiedyś moja postać na planie mierzyła się z tym tematem i reżyser zapytał, czy nie jest dla mnie kłopotliwe, grać kobietę, która przechodzi menopauzę, czy nie mam z tym problemu?

- To wynika z tego, ze silniejsza jest presja bycia powabnym i sexy. Dlatego wiele kobiet nie radzi sobie z przekwitaniem... Wstydzimy się seksualności, rozmów o seksie, nie mówimy otwarcie o starzeniu. Moje pokolenie jest wychowane wśród zakazów "nie wypada", "nie można".  To jest lekcja do odrobienia dla kolejnych pokoleń.

Zobacz także:

Katarzyna Dowbor jeszcze nigdy nie była tak szczera!

Agnieszka Maciąg dzieli się swoim doświadczeniem. Co należy zmienić w życiu, aby być szczęśliwym?

Dlaczego mężczyźni boja się silnych kobiet?

***


Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: Anita Sokołowska | "Przyjaciółki" | Polsat | serial | Lidia Ostólska | INTERIA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy