Reklama

Reklama

Mroczny sekret Nowego Jorku. Panuje w tej kwestii zmowa milczenia

Nowy Jork jest miastem, które od początku swojego istnienia przyciąga odważnych, zdeterminowanych i nietuzinkowych ludzi. Ci, którzy mieli odwagę tu przyjechać i zacząć nowe życie, stworzyli miejsce absolutnie wyjątkowe, od wieków poruszające masową wyobraźnię. Magdalena Żelazowska, autorka książki "Nowy Jork. Opowieści o mieście", opisuje nowojorczyków, smaki prosto z ulic, uroki różnych pór roku, ale także to, co drażni oraz uwiera w mieście marzeń. Przeczytaj fragment o mrocznym sekrecie tego miasta.

W cieniu lśniących wieżowców Nowy Jork skrywa swój mroczny sekret. To tajemnica, o której milczą finansiści z Wall Street, seriale o przygodach nowojorskich elegantek i ogłoszenia sprzedaży luksusowych apartamentów. Ten niewygodny fakt pomijają nawet filmowe dreszczowce, pokazujące ciemną stronę miasta.

Panuje w tej kwestii zmowa milczenia, choć wszyscy wiedzą, że to prawda i nie da się jej wyprzeć. Prawda koszmarna, ale zbyt mało seksowna, by mogła pasować do nowojorskiego image’u.

Pierwszy raz zetknęłam się z nią, oglądając jedno z mieszkań na wynajem. Wstępnie spełniało większość moich niezbyt wygórowanych wymagań: było mnie na nie stać, miało okna w prawie każdym pomieszczeniu i znajdowało się przy jednej z ulic, które sobie upatrzyłam.

Reklama

Po wirtualnej wycieczce, obejrzeniu zdjęć budynku z zewnątrz i wewnątrz wizyta w środku była ostatnim krokiem na drodze do domowego szczęścia. Za drzwiami wszystko wyglądało zachęcająco.

Aż niespodziewanie na samym środku zgrabnego, ustawnego salonu powitał mnie on. Leżący do góry nogami karaluch wielkości kciuka. - To nie karaluch. To karaczan olbrzymi, tak zwany water bug - poprawiła mnie agentka nieruchomości. - Jest kilkakrotnie większy od zwykłego karalucha. Ale to dobra wiadomość. Water bugs nie żyją w mieszkaniach, tylko wpadają przypadkiem.

Kiedy ze wstrętem odwróciłam wzrok, agentka spokojnym tonem wyjaśniła mi różnice między oboma gatunkami oraz ich powszechność w okolicy. Zapewniła, że sama miewa takich gości. Obecność opancerzonych zwłok w mieszkaniu w żadnym razie nie wydała jej się dyskwalifikująca, podobnie jak mysie odchody w kuchennych szafkach.

W ten sposób zostałam wtajemniczona w sekret znany mieszkańcom Nowego Jorku i okolic. Pierzchające spod nóg karaluchy w rozmiarach tropikalnych, szybujące karaczany, myszy oraz szczury to stali bywalcy tutejszych mieszkań, nawet tych w najdroższych lokalizacjach. Odpychającej faunie sprzyja ciepły klimat oraz obecność milionów ludzkich żywicieli, których domy są jak stołówka.

Na temat nieprzyjemnych, ale powszechnych istot jakoś nie wspominają przewodniki o błyszczących okładkach. Hotel w Chelsea, w którym po raz pierwszy zatrzymałam się w Nowym Jorku, był jednym z najdroższych, w jakich spałam, mimo to na blacie powitała mnie kartka z informacją: "Radzimy szczelnie zamykać przekąski w celu uniknięcia wizyt nieproszonych gości".

Instrukcji posłuchałam, a gość i tak się pojawił, przemykając w mdłym świetle pośród ruchomych cieni rzucanych przez wirujący pod sufitem wentylator. W nocy nie mogłam spać, bojąc się, że coś na mnie wejdzie lub spadnie.

Kilka miesięcy później, w czasie gorącej majowej nocy, w dodatku podczas wizyty pierwszych gości z Polski, na środek naszej kuchni wybiegł okazały karaluch. Z zażenowaniem radziłam się miejscowych, jak najlepiej rozwiązać ten problem. W Polsce wszyscy patrzyliby na mnie z ukosa, zastanawiając się, jak mogłam zamieszkać w takiej norze.

Tu, w światowej metropolii, spotkałam się nie tyle ze zrozumieniem, co z obojętnym wzruszeniem ramion, jakbym wpadła w histerię z powodu pojawienia się muszki owocówki. Znajomi poradzili mi zakup odpowiednich specyfików i pogodzenie się z tym, że niechciane wizyty będą się powtarzać.

Przerażona poszukiwałam skutecznych sposobów na walkę z insektami. Przy okazji w Internecie natknęłam się na oryginalną pamiątkę z okolicy: koszulkę z napisem "Hoboken Exterminators" górującym nad truchłem włochatego karalucha.

W krótkim czasie zapoznałam się z szeroką ofertą remediów przeciw robakom i gryzoniom: spraye, trutki, przylepce do wsuwania pod meble, wtyczki do kontaktów emitujące sygnały ultradźwiękowe. Tak bogaty asortyment najwyraźniej był odpowiedzią na popyt.

Przetarłam oczy ze zdumienia na widok Roach Motel, czyli hotelu dla karaluchów - pułapki, do której wbiegają insekty i zostają w niej uwięzione. Producent zachwalał skuteczność, ale ja wyobrażałam sobie, jak do ustawionego w kuchni "pensjonatu" tłumnie ściągają goście z całej okolicy.

Na szczęście po wizycie pojedynczego intruza wprowadziła się do nas mysz, która nie wpuszczała na swój teren konkurencji. Słysząc jej nocne skrobanie, usiłowałam ocieplić jej wizerunek wspomnieniem Myszki Miki.

Owady i gryzonie to szare eminencje Nowego Jorku. Trzęsą każdą dzielnicą bez wyjątku, mając za nic światowy wizerunek Wielkiego Jabłka. Drażnią, niepokoją, budzą odrazę. I byłyby powodem do wielkiego wstydu, gdyby prawda o ich istnieniu wyszła na jaw.

Szkodniki są jak ludzkie alter ego, wstydliwie spychane do podświadomości. Robert Sullivan, autor świetnej książki o nowojorskich szczurach, porównuje je do człowieka. One też przybyły tu jako imigranci. Przypłynęły na angielskich statkach, na które trafiły ze Skandynawii, a wcześniej z Rosji i Azji.

Tak jak ludzcy osadnicy bezwzględnie zawłaszczają nowe terytorium, wykurzają potencjalnych rywali, mnożą się na potęgę, niszczą wszystko poza własnymi gniazdami i pożerają wszelkie dostępne zasoby. Znienawidzone i budzące odrazę, podążają za człowiekiem krok w krok, budując pod miastami ich lustrzane odbicia: sieć nor i korytarzy, w których toczy się równie intensywne życie, tyle że na nocną zmianę.

Sprawa szkodników dotyczy wszystkich. Nie umkną przed nimi ani bezdomni, ani milionerzy barykadujący się w wieżach ze szkła i stali. W całym mieście ten problem traktuje się jak kurz: jest tak powszechny, że przestał rzucać się w oczy. Szczurołapa wzywa się jak hydraulika. Z tym wyjątkiem, że w zamożniejszych dzielnicach robi się to dyskretniej.

Zarządcy eleganckich budynków o czynszach przyprawiających o zawrót głowy, zamawiając usługi eksterminatorów, żądają klauzuli poufności. O małych intruzach nikt nie może się dowiedzieć, a zwłaszcza lokatorzy i ich sąsiedzi, bo ujawnienie prawdy groziłoby skandalem i obniżeniem cen za stopę kwadratową.

Sullivan opisuje rozmowę z nowojorskim szczurołapem, który do pracy przyjeżdża w krawacie, z estetyczną walizeczką. W wytwornych apartamentowcach na Upper West Side nie wchodzi w grę rozsypanie trutki ani zastawienie pułapki.

Problem należy usunąć tak, aby nie pozostawić żadnych śladów ani przykrego zapachu. Fachowiec musi szczura schwytać, zabić i wynieść, za wszelką cenę unikając zwracania uwagi. Jednym ze sposobów jest przymocowanie do posmarowanej klejem płyty przekąsek, na które połasi się gryzoń.

Te najskuteczniejsze przypominają wystawne menu bogaczy: masło orzechowe, anchois, piwo, bekon i aromatyczne krewetki. Potem trzeba cierpliwie poczekać. Szczur, który wpadnie na tę królewską ucztę, już jej nie opuści - dokona żywota przylepiony do deski. Potem wystarczy całą konstrukcję ukryć w worku na śmieci i po kłopocie. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał.

Czasem jednak problem nie znika tak łatwo i przyjemnie. Moją znajomą, dyrektorkę międzynarodowej placówki w prestiżowym sąsiedztwie Central Parku, po wejściu do biura powitał nieprzyjemny zapach. Pod jej biurkiem w sierpniowym upale rozkładała się mysz, która najwyraźniej połknęła trutkę.

Słyszałam też historię właścicieli mieszkania, którzy musieli rozebrać ścianę, bo między płytami gipsowo-kartonowymi gnił szczur, którego odór uniemożliwiał oddychanie. (...)

Powszechność szczurów w Nowym Jorku sprawiła, że w XIX wieku popularną rozrywką było oglądanie szczurzych walk. W dokach portowych urządzano areny, na które wypuszczano dziesiątki szczurów i psa. Najsprawniejsze psy potrafiły zagryźć setkę szczurów w pięć minut.

W innym, ohydniejszym wariancie zamiast psa na arenę wychodził mężczyzna. Zadaniem zawodnika było odgryźć głowy jak największej liczbie gryzoni. Widowisko gromadziło tłumy gapiów i graczy obstawiających wyniki. Dziś szczury zamiata się pod elegancki nowojorski dywan.


Jednak Rat Rock, czyli Szczurza Skała w Central Parku, to dowód ich obecności nawet w najbardziej uczęszczanych punktach miasta. Po lekturze książki Sullivana zaczęłam patrzeć na tutejsze ulice bardziej świadomie, dostrzegając to, czego wcześniej nie zauważałam. Na zadbanych ogrodzonych trawnikach przed budynkami w najdroższych lokalizacjach na Manhattanie znajdują się niepozorne prostokątne pojemniki z czarnego plastiku.

Wcześniej nie zwracałam na nie uwagi, biorąc je za skrzynki na narzędzia dozorcy lub pudełka na akcesoria ogrodnicze. Nic podobnego. To pułapki. Z boku skrzyneczek znajdują się okrągłe otwory. Szczury mają przez nie wejść, by poczęstować się trutką.

Fragment książki Magdaleny Żelazowskiej "Nowy Jork. Opowieści o mieście" Wydawnictwa Luna. Premiera 26.01.

Zobacz także:

Olga Kuczyńska: Rola stewardesy nie ogranicza się do podawania napojów

Leśnik: Zawód zdominowany pasją


 

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje