Reklama

Reklama

Mysia twierdza

Brutalizm określa się czasem mianem „najbardziej nierozumianego stylu XX wieku”. Jest w tej etykietce trochę prawdy: najpierw go kochaliśmy, później odrzuciliśmy, a teraz znów zaczynany z nim flirtować. Historia tzw. mysiego bunkra - berlińskiego laboratorium o którego ocalenie walczą tysiące osób, jest tego idealnym dowodem.

Cięcie, zszywanie, znieczulanie, pobudzanie. Aplikowanie, wstrzykiwanie, wsmarowywanie. Znieczulanie, wybudzanie, usypianie. Ratowanie. Umieranie? Może tak, a może nie. Trudno powiedzieć, jakie dokładnie czynności na zwierzętach wykonywano w mysim bunkrze. Stojący w berlińskiej dzielnicy Steglitz obiekt został zbudowany jako Centralne Laboratorium Zwierząt Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego (Zentrale Tierlaboratorien der Freien Universität Berlin), a szczegółowe opisy wykonywanych w nim prac niełatwo znaleźć. Prosta internetowa kwerenda przynosi tylko proste odpowiedzi: "testy na zwierzętach", "chów zwierząt laboratoryjnych", "miejsce dla 88 tys. zwierząt", "badania nad przyszłością medycyny".

Reklama

Szczegółowe obrazy tego, co działo się w betonowym budynku w dawnym Berlinie zachodnim, może więc podsuwać tylko wyobraźnia. Wygląd obiektu sprawia jednak, że pracuje ona na najwyższych obrotach.

Betonowy statek

"Pamiętam, jak przechodziłam obok z mężem o dziećmi. Co to na Boga jest? Pytaliśmy siebie nawzajem".

"Jest jak stacja badawcza, która z powodzeniem mogłaby znaleźć się na księżycu, albo na pustyni".

"Jedyny na świecie, absolutnie wyjątkowy".

 "Wcielony w życie koszmar architekta".

Tak o mysim bunkrze mówią berlińczycy, których wypowiedzi zarejestrowano w filmie dokumentalnym "Battleship Berlin" (reż. Nathan Eddy). Kto chciałby wyrobić sobie własną opinię, powinien udać się na spacer niewielką ulicą Krahmerstrasse, a idąc patrzeć uważnie. Bunkier, choć monumentalny, skrywa się za szpalerem budynków i gęstych drzew. Na uważnych spacerowiczów czeka jednak nagroda - gdy skręcą we właściwą przecznicę, ich oczom ukazuje się niezwykły widok...

Budynek Centralnego Laboratorium Zwierząt (dziś noszący nazwę Ośrodka Badawczego Medycyny Doświadczalnej) raczej nie budzi skojarzeń z instytutem naukowym. Przywodzi za to na myśl wiele innych rzeczy. Piramida o ściętym wierzchołku, statek kosmiczny, dekoracja z futurystycznego filmu, pancerna łódź podwodna - to tylko kilka skojarzeń przywoływanych przez berlińczyków.

To ostatnie wydaje się być szczególnie trafne. Budynek o prostokątnej podstawie, trapezoidalnym kształcie i tarasowym układzie kondygnacji, rzeczywiście wygląda jak pancernik, który w przedziwny sposób wynurzył się w centrum stolicy Niemiec. Jego "pancerny" charakter wzmacnia niewielka liczba przeszkleń - ciąg okien znajduje się tylko w górnej partii budynku, w jego pozostałych częściach zastosowano zaś świetliki oraz otwory wentylacyjne w formie ostro ściętych rur. Te, wystając poza obrys budynku, przypominają szykujące się do ataku lufy karabinów.

Równie ważny (jeśli nie ważniejszy) niż forma, jest materiał. Ściany mysiego bunkra wzniesiono z czystego betonu, którego nie zakryto ani farbą, ani okładziną. Wręcz przeciwnie - w zamyśle twórców materiał, z którego stworzono nie tylko ściany, ale również kolumny, wsporniki, dźwigary i detale, miał stanowić zarazem budulec, jak i największą ozdobę. Istota konstrukcji została wydobyta na światło dzienne. To ona miała przyciągać i onieśmielać zarazem. Budzić w przechodniach podziw, ale i respekt, wysyłając czytelny komunikat: to, co dzieje się w środku, nie jest przeznaczone na widok publiczny.

W środku zaś ciągnęły się setki metrów wykafelkowanych korytarzy, których rytm wyznaczały grube, metalowe, srebrne drzwi. Za nimi zaś kryły się biurka, stoły laboratoryjne, klatki, boksy dla zwierząt, wszystko to, było potrzebne do badań nad medycyną przyszłości.

Architektura dla nauki

Autorami tego spektakularnego budynku było małżeństwo - Magdalena i Gerd Hänska. Prace nad projektem rozpoczęli w połowie lat 60., budynek oddano do użytku w 1981 roku. Stanowił on cześć kampusu uniwersyteckiego, tworząc ciekawy zespół z Instytutem Higieny i Medycyny Środowiskowej (Institut für Hygiene und Umweltmedizin, proj. Hermann Fehling i Daniel Gogel). Co ciekawe, jak podkreślają historycy architektury, ten drugi budynek, pomyślany jako miejsce spotkań, konferencji i kwerend archiwalnych, choć zbudowany w tym samym okresie, ma zupełnie inny, o wiele lżejszy charakter. Ten kontrast między estetyką "dla ludzi" i "dla zwierząt" z perspektywy czasu wydaje się dość symboliczny.

Laboratorium przy Krahmerstrasse nie jest jedyną dedykowaną nauce budowlą, zaprojektowaną przez Garda Hänskę. W swoim portfolio ma on m.in. Instytut Fritza Habera Towarzystwa Maxa Plancka oraz budek mieszczący akcelerator cząstek synchrotronowych BESSY. Jednak to mysi bunkier jest wskazywany jako jego najciekawszy projekt. Nic dziwnego - prosta, monumentalna forma i śmiałe eksponowanie materiału oraz konstrukcji czynią z berlińskiego laboratorium modelowy przykład brutalizmu.

Od miłości do niechęci

Brutalizm narodził się w latach 40., jako nurt późnego modernizmu, ale prawdziwy rozkwit przeżywał trzy dekady później. Jego podstawowe cechy, wskazane przez teoretyka architektury, Reynera Banhama, to czytelność rzutu, klarowne przedstawienie konstrukcji i ekspozycja materiałów, z których budynek został wykonany. Do tej trójki można by dodać jeszcze brak dekoracji i monochromatyczną paletę. Na poziomie ideowym zaś, prawdę i czytelność: budynek miał być nie symbolem, estetycznym cackiem czy wizytówką swego właściciela, ale użyteczną formą. Niczym mniej i niczym więcej

Choć dziś budynki wzniesione w tym nurcie mogą wydawać się zbyt ciężkie, masywne, może nawet przygnębiające, w 2. poł XX wieku budowano w tej estetyce dużo i z entuzjazmem. Brutalizm okazał się bowiem zaskakująco uniwersalny: wykorzystywano go z powodzeniem nie tylko do wznoszenia budynków użyteczności publicznej i jednostek naukowych, ale i osiedli socjalnych. Okazał się też być estetyką ponad podziałami: wybitne brutalistyczne realizacje znajdziemy po obu stronach żelaznej kurtyny. By sięgnąć tylko po te najbardziej cenione przykłady: Habitat 67 w Montrealu, Trellick Tower w Londynie, Biblioteka Uniwersytecka w San Diego, Bank of London and South America w Buenos Aires, Centrum Robotyki w Petersburgu czy Wschodnia Brama w Belgradzie. Sporo ciekawych realizacji powstało też w Polsce np. Galeria BWA w Krakowie (Bunkier Sztuki), dworzec PKP w Katowicach, czy bloki na tzw. wrocławskim Manhattanie, projektu Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak.

Jednak po kilku tłustych dekadach popularności, dla brutalizmu nastały lata chude. Obiekty, przed którymi w latach 70. z dumą przecinano wstęgi, zaczęły starzeć się szybko i źle. Na ich korzyść nie działała estetyka - tak odmienna zarówno od postmodernistycznej swobody lat 90.,jak i szklanego ascetyzmu naszych czasów. Nie działała też technologia - wiele budynków, ocieplanych azbestem, zaczęło po prostu stanowić zagrożenie dla zdrowia.

Ci, którzy mijali brutalistyczne obiekty podczas codziennych spacerów, zaczęli określać je jako zimne, nieludzkie, kojarzące się z totalitaryzmem albo stanowiące świadectwo komunistycznego dziedzictwa. Krytycy sięgali po określenia w rodzaju "ślepego zaułka architektury" czy "estetyczna i intelektualna deformacja". Osobliwą krytykę pod adresem jednej z ikon brutalizmu - Królewskiego Teatru Narodowego w Londynie, wygłosił kiedyś książę Karol, stwierdzając, że "że budowa tego teatru była sprytnym sposobem na budowę betonowego silosa elektrowni atomowej w centrum miasta, bez wzbudzania podejrzeń".

Brutalizm mysiego bunkra okazał się być modelowy nie tylko w wyglądzie, ale i w problemach, jakie mu towarzyszą. Podobnie jak nad wieloma innymi, utrzymanymi w tym stylu obiektami, tak i nad nim zawisła groźba rozbiórki.

Powód, czy raczej zestaw powodów, jest wręcz modelowy dla tego rodzaju historii. Budynek od ponad dekady stoi nieużywany, a obecny właściciel obiektu - szpital kliniczny Charité, nie ma pomysłu na jego nową funkcję. Zresztą, nawet gdyby miał, rewitalizacja wymagałaby gigantycznych nakładów finansowych. Więcej od budynku zdaje się być warty grunt, na którym stoi - działka w obrębie uniwersyteckiego kampusu to atrakcyjna lokalizacja, na której można by wznieść nowy, bardziej przydatny z punktu widzenia właściciela obiekt. 

Plany rozbiórki, którym objęty został również Instytut Higieny, stały się szerzej znane w 2019 roku. I w tym miejscu historia obiektu z typowej, zaczyna robić się nietypowa. Bo budynek, choć brutalistyczny, okazał się być bardzo drogi sercom berlińczyków.

Bitwa o bunkier

"Grozi nam utrata dwóch ikon berlińskiej architektury naraz! Wyjątkowy zespół dwóch instytutów wchodzących w skład Charité Campus Benjamin Franklin w Berlinie Steglitz jest poważnie zagrożony rozbiórką. Oba budynki są wyjątkowymi przykładami obiektów z okresu powojennego modernizmu, który jest obecnie na nowo odkrywany w kraju i za granicą jako ważna część naszego zbiorowego dziedzictwa architektonicznego" - tak zaczyna się petycja opublikowana na stronie mausebunker.de, pod którą w ciągu kilku miesięcy podpisało się prawie 10 tys. osób.

Sygnatariusze pisma, skierowanego do burmistrza, szefa Berlińskiego Urzędu ds. Zabytków dr. Christopha Rauhuta, a także do zarządu i rady nadzorczej Charité, domagali się dwóch rzeczy: wpisania obiektów na listę zabytków oraz natychmiastowego i całkowitego odstąpienia od planów ich wyburzenia.

Na razie idzie im całkiem nieźle. Sprawa trafiła do wszystkich lokalnych gazet, wielu ogólnokrajowych tygodników i na zagraniczne portale, poświęcone architekturze. Mysi bunkier doczekał się też filmu dokumentalnego i miejsca na tegorocznym biennale architektury w Wenecji. Coraz śmielej nazywa się go "najciekawszym brutalistycznym budynkiem Niemiec". Zrobienie sobie pod nim zdjęcia to obowiązkowy punkt hipsterskiej wycieczki po Berlinie.

Zainteresowanie społeczeństwa przełożyło się na konkretne decyzje: w grudniu 2020 r. Charité i Państwowy Urząd Zabytków uzgodniły zawieszenie planów rozbiórki. Instytut Higieny został zaś wpisany na listę zabytków. Jak czytamy na stronie mausebunker.de wydaje się, że plany zburzenia budynku w tej chwili nie wchodzą w grę. Rozważana jest za to zmiana jego funkcji.

Jeśli plany rewitalizacji się powiodą, mysi bunkier będzie szczęściarzem.

Najpierw gruzy, potem płacz

W 2014 na łamach "The Economist" ukazał się artykuł prezentujący następujący wniosek: gdy społeczność dzielnicy danego miasta domaga się wyburzenia jakiegoś budynku, najczęściej chodzi o budynek brutalistyczny. Na żądaniach często się nie kończy, a brutalistyczne budowle, rzeczywiście zbyt często (biorąc pod uwagę ich historyczną i artystyczną wartość) zostają zrównane z ziemią. Można również odnieść wrażenie, że zbyt często dzieje się to pochopnie. Najgłośniejszym przykładem w polskiego podwórka jest dworzec w Katowicach, który, mimo protestów historyków, krytyków i miłośników architektury, 10 lat temu został rozebrany. Zdania na temat tej decyzji do dziś pozostają podzielone.

Coś jednak, w dyskusji o brutalizmie zaczyna się zmieniać....

W 2015 roku rozpoczęto internetową akcję #SOSBrutalism. Dziś hashtagiem tym na Instagramie oznaczone jest ponad 36 tys. zdjęć, a na stronie sosbrutalism.org powstała lista ok. dwóch tysięcy zagrożonych wyburzeniem budynków z całego świata, od parkingów, przez hotele, dworce, instytucje kultury, osiedla mieszkaniowe po kościoły.

Jeszcze kilka lat temu można by powiedzieć, że to "czarna lista". Teraz jednak rozsądniej byłoby złagodzić defetyzm. Społeczna energia, towarzysząca walce o zachowanie mysiego bunkra, wpisuje się bowiem w szerszą tendencję, którą niektórzy nazywają "brutalistycznym renesansem". Przodują w niej przede wszystkim millenialsi. Wychowana w latach 90. generacja, z jednej strony wolna od zimnowojennych skojarzeń, z drugiej rozkochana w nieoczywistej estetyce, doceniła te surowe budynki. Efektem tej fascynacji są wyrastające jak grzyby po deszczu instagramowe i facebookowe profile, poświęcone betonowej architekturze, albumy, wystawy i gadżety, spośród których chyba najciekawszym są chyba brutalistyczne perfumy, zamknięte w - jakżeby inaczej - betonowym flakonie. To wszystko jednak tylko wizualny dodatek do protestów i petycji mających na celu ocalenie betonowych budowli.

Ocalić i co dalej?

Jednak samo ocalenie budynku jest dopiero połową sukcesu. Dla brutalistycznych obiektów często trzeba wymyślić również nową funkcję. "Architekci mysiego bunkra wcielili w życie swoją radykalną wizję, nie zastanawiając się nad tym, jak budynek mógłby funkcjonować w przyszłości. Piętra techniczne o wysokości 2,1 metra, kondygnacje całkowicie pozbawione naturalnego światła czy wentylacji tego nie da się ponownie wykorzystać" - mówi w dokumencie "Battleship Berlin" prof. Axel Radlach Preis, dziekan Charite.

Projektanci zdają się jednak wykazywać więcej optymizmu - historia architektury zna przypadki, w których brutalistyczne kościoły zmieniały się w galerie (Berlin), a biurowce w butikowe hotele (New Heaven w USA). Zresztą, możliwe scenariusze rewitalizacji mysiego bunkra już się piszą. Grupa studentek architektury z berlińskiej politechniki stworzyła projekt, zakładający przekształcenie laboratorium w strefę rekreacji dla studentów.

Centralne Laboratorium Zwierząt zostało zamknięte ponad dekadę temu. Jednak, jak widać, nigdy nie przestało być przestrzenią eksperymentów. To co dziś dzieje się wokół niego można przecież postrzegać jako wielkie estetyczno-społeczne doświadczenie. Na jego finał przyjdzie jeszcze pewnie trochę poczekać, ale jeden z wniosków już można sformułować: architektura to nie tylko użyteczność i estetyka, ale i emocje. I to one często odgrywają znaczącą rolę w kształtowaniu przestrzeni. 

Zobacz również:

Hoia Baciu: Wewnątrz najbardziej nawiedzonego lasu na świecie

Skarb Talleyrandów. W Polsce ukryte są niezwykłe kosztowności?

Albania. Najbardziej bałkański z krajów?

Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: brutalizm | Berlin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy