Reklama

Reklama

Mamo dorośnij!

Matka. Jest wzorem kobiecości. Daje poczucie bezpieczeństwa. Dziewczynki marzą, by przyszła do szkoły ładnie ubrana, żeby piekła najlepsze ciasto. Ale są matki, którym źle w tej roli. Ekscentryczki, artystyczne dusze, czują się wolne jak motyl i córkom też nie stawiają granic. Co to znaczy dla dziecka? W relacji z taką mamą więcej jest miłości i zaufania czy pretensji?

Znów się wygłupiasz!

Anita jest prawniczką. Lubi sprowadzać świat do zasad i paragrafów. Ewa, jej matka, woli luz, rocka i "spontan". Inspiruje córkę polotem i martwi życiową nonszalancją.

Anita powinna była go uprzedzić. Nie pomyślała. Ech, przepadło. Teraz Patryk stoi w przedpokoju jej mamy Ewy i pewnie kombinuje, jak najszybciej zwiać.

Mamo, przycisz muzykę" - Anita próbuje przekrzyczeć Ozzy’ego Osbourne’a. Patryk, kolega z firmy, wpadł, żeby pomóc Anicie przydźwigać lustro dla mamy. Otarł się trochę o ścianę, włoska marynarka ma na plecach ślad wapna. Ewa zaraz zorganizuje szmatkę. Mówi "zorganizuje", ale Anita woli już to niż "spoko" albo "luzik".

Reklama

Mama prosi do pokoju, zgania z foteli kudłate psy - Pompon i Czako to znajdy. Tym razem ucierpią spodnie Patryka, bo psy gubią sierść. Ale gość jest dzielny. Rozgląda się po pokoju, od podłogi do sufitu książki. Kierkegaard, Strindberg, Pyza na polskich dróżkach, Ewa Wachowicz gotuje. Wszystko, ale z przewagą filozofów.

- Inne dzieci pamiętają mamy piekące ciasto, moje wspomnienie to ruda kobieta nad książką - uśmiecha się Anita. Wysoka blondynka, pracownica korporacji.

Jej matka, niosąca teraz kubki z kawą, wciąż jest ruda. Krótkie włosy farbuje prawie na czerwono. Ma na sobie dżinsy i T-shirt z podobizną Che Guevary. Czyści marynarkę Patryka, od razu mówi mu na "ty". "Masz fajny akcent, jesteś ze Śląska?", pyta i siada po turecku na kanapie. Patryk już trochę wyluzowany, odpowiada, że tak.

"Kobiety na Śląsku są świetne. Mam przyjaciółkę z Rybnika. Pogoniła męża alkoholika. Zupełnie jak ja dwadzieścia lat temu". Mamo, uważaj - chce jęknąć Anita, ale jest już za późno. Jej wina, mogła powiedzieć Ewie, że mama Patryka chodzi na spotkania AA. Natychmiast musi coś zrobić. "Mamo, był człowiek od internetu?", pyta Ewę, choć sieć działa bez zarzutu. I matka już wie: chlapnęła. Taki mają kod.

- Zawsze jestem czujna, kontroluję sytuację. Mama nie ma złych intencji, tylko czasem szybciej mówi, niż myśli - tłumaczy Anita.

Jest singielką, ale chciałaby założyć rodzinę. Ma 27 lat, dyplom prawnika i dobrą pracę w firmie konsultingowej. Chce się ustabilizować. Patryk jest właściwym kandydatem. Ambitny, odpowiedzialny, z zasadami. Zasady są dla Anity ważne. Może dlatego, że kiedyś ich jej zabrakło.

- Rodzice rozwiedli się, gdy byłam w zerówce. Ojciec wyjechał do Niemiec, a mama wyciągnęła z szafy podkoszulki, płyty i powiedziała: teraz będę żyć po swojemu. Miała 28 lat i była wykończona. Tato przepijał i wydawał na hazard dwie pensje - własną i mamy, która pracowała na uczelni. On był wojskowym, kazał jej gotować i nosić buty na obcasie. Sześć lat starszy, władczy, nie spodziewał się, że mama go spakuje i odprawi. Ale to zrobiła. A potem w naszym domu zaczęli bywać ludzie, którzy dyskutowali i pili kalifornijskie wino, bo pojawiło się w sklepach. Poczułam luz, może za duży. Gdy umarł Grzegorz Ciechowski, mama pozwoliła mi nie iść do szkoły - opowiada Anita.

Tęskni za uporządkowanym życiem, a chyba takie planuje Patryk. Nie przestraszył się mamy? Najwyraźniej nie. Wypił kawę, opowiedział o projekcie, który rozpoczyna. Uff, nie najgorzej to wypadło.

Kłopotliwa inspiracja

"Pani Anito, ktoś czeka na panią", głos recepcjonistki brzmi dwuznacznie. W holu pod palmą Ewa z bukietem żonkili. Jezu, musiała zabrać Pompona? Kundel węszy, recepcjonistka tłumaczy przepraszająco: TA pani się uparła, żeby wejść z psem. "Jutro przyjdę z dwoma", uśmiecha się Ewa lekko złośliwie, a Anita stara się ignorować, że Pompon ma przypięty przy obroży balonik z napisem "Happy birthday".

- "Kocham cię i jestem z ciebie dumna. Sto lat!" - mama wciska jej kwiaty, nie chce wchodzić, idzie na spotkanie z prezesem X. Ewa ma małą firmę, sprzedaje oprogramowanie. Chociaż jest humanistką.

- Skończyła historię, po rozwodzie jeszcze kilka lat pracowała na uczelni. Specjalizuje się w Polsce piastowskiej - opowiada Anita. Pamięta mamę nad notatkami, co rok zmieniającą okulary na mocniejsze. Soczewki zaczęła nosić, gdy stwierdziła, że okulary mogą się zbić, kiedy ona skacze podczas koncertów. Skakała, krzyczała, do domu wracała ze zdartym gardłem. Anita podawała jej mleko z miodem i masłem, rano smażyła omlet.

Choć sama nie mogła patrzeć na jedzenie. Jadła coraz mniej, uważała, że jest za gruba. Chłopcy woleli jej smukłe koleżanki, które nosiły spódniczki kupione w Smyku. Miała 16 lat, kiedy z powodu niejedzenia zatrzymała się jej miesiączka. Nogi stały się patykami, T-shirt wisiał jak worek. Czy to możliwe, że Ewa tego nie widziała?

Z jednej strony Anita była zadowolona, bo mogła odchudzać się dalej. Z drugiej przerażał ją fakt, że mama jest aż tak odklejona od życia. No i ma masę spraw.

- Była zajęta zarabianiem, prowadziła dom, życie towarzyskie. Miała swój świat, ale myliłam się, sądząc, że ten świat mi ją zabierze - wspomina Anita. Ewa w końcu zauważyła, co dzieje się z córką. "Skąd te smutne oczy?", zapytała. Dziewczyna nie miała siły kłamać, mama zadzwoniła do psychologa. Umówiła najpierw wizytę dla siebie. Po powrocie powiedziała: "Zmieniam pracę, będę przy tobie w dzień, przypilnuję, żebyś zaczęła jeść i się uśmiechać". 

- Żartuje? Blefuje? Trzeba mieć wyobraźnię i odwagę, żeby zmienić pracę z dnia na dzień. Ale ona rzeczywiście rano poszła na rozmowę z dziekanem - mówi Anita. Wzięła półroczny urlop na uczelni. Jak nie pracować w dzień i dobrze zarabiać? Ewa myślała miesiąc. A potem kupiła sukienkę, baleriny z klamerkami i nauczyła się obsługiwać mikroport.

- Dogadała się z koleżanką didżejką rozpoczęła karierę jako wodzirej. Serio - uśmiecha się Anita. Jej matka naukowiec została wodzirejką na weselach. Praca w nocy, w dzień Ewa wyciągała córkę z anoreksji.

- Nigdy jej tego nie zapomnę. Przed maturą wyglądałam już jak okaz zdrowia. A mama powiedziała: "Skoro mogłam raz zmienić zawód, zrobię to drugi raz. Na którymś z wesel poznała człowieka, który handlował oprogramowaniem dla aptek. Szukał pracowników i obiecywał dobre pieniądze. Może mama jest trochę szalona, ale odwagi życiowej jej nie brakuje. Mając mózg humanisty, stała się fachowcem w branży IT - opowiada Anita. - W jakimś sensie ona jest moją inspiracją. Chociaż czasem mam ochotę ją zamordować, na przykład za lekkomyślność.

Czarny PR

- "Mamo, pamiętasz o jutrzejszych zakupach? - Anita cieszy się na weekendowy wypad do galerii handlowej. - Nic z tego, kochanie. Nie mam kasy, przelałam wczoraj 300 złotych na jerzyki". Na co? Córka jest rozczarowana. Ewa tłumaczy: "Przyszedł wolontariusz, powiedział: Kto tym ptakom pomoże, jak nie my? No, słowem trzeba było wesprzeć sprawę".

Ewa bierze udział w liczeniu gatunków organizowanym przez towarzystwo ochrony ptaków, więc uważa, że wybudowanie budki jest jej obowiązkiem. Anita zła: jak można?! Beztroska Ewy wyprowadza ją z równowagi.

- Kiedyś mama zaprosiła do domu żebraka spod kościoła. Dała mu pierogów, a on jeszcze grymasił, że z truskawkami, to dorobiła z mięsem. Bywa nieobliczalna, przecież ten facet mógłby ją okraść albo zamordować - przekonuje Anita. Sama nie robi takich rzeczy. Jest rozsądna, poukładana.

- A mama czasem jest jak dziecko, które trzeba prosić i tłumaczyć, że czegoś nie wypada, ktoś się obrazi albo nie zrozumie - tłumaczy Anita. - Niedawno na weselu kuzynki mama zagadnęła starą ciotkę o wolne związki. Kulturalna wymiana zdań. Czuwałam nad tym. Ale mama wypaliła: "A co ciocia myśli o swingersach?". Ponieważ ciocia nie wiedziała, o kim mowa, mama wyjaśniła i podsumowała: "Z cioci to byłaby niezła swingerka!" - kręci głową Anita.

Wie, że mama prowokuje tylko dla sportu, że myśli o życiu poważniej, niż niektórym się wydaje. Ale martwi się, że Ewa robi złe wrażenie na jej znajomych. Opowiada o drugim zetknięciu Ewy z Patrykiem:

- Spotkaliśmy ją na ulicy przebraną za nietoperza. Wracała z zajęć dla maluchów, które prowadzi przy kościele. Wystawiali teatrzyk, a że ma dwa kroki do domu, nie chciało jej się zdejmować kostiumu. Przestraszyłam się: ona przesadza, robi mi czarny PR. Patryk potraktował sprawę z humorem, chyba polubił mamę - wzdycha Anita. Niedawno on zaproponował:

- "A może zabierzemy Ewę nad morze? Anita była zdziwiona: - Mamę? Dlaczego? - Miałem wrażenie, że jest zmęczona" - powiedział. Dziewczynie spodobało się, że Patryk pomyślał o jej matce. Ona tego nie zrobiła.

- Rzadko uświadamiam sobie, że może być zmęczona, zła. Sama jest temu winna, bo nauczyła mnie myśleć o sobie jak o kolorowym motylu, który zawsze ma dobry dzień - opowiada Anita.

Rozepnij się

Nad morze nie pojechali. Za dużo roboty. Anita jest odpowiedzialna, pracowała w sobotę, a raczej usiłowała. Tak chciała pobyć na plaży, boso przejść się po brzegu.

- "Powinnaś wziąć wolne, następnym razem porwę cię siłą, a jak będziesz się opierać, zadzwonię do Ewy" - zażartował Patryk. O tak, w tej sprawie na mamę może liczyć na pewno.

- Potrafi spakować się w godzinę i wyjechać, raz tak zrobiła. Przyjaciele zadzwonili, że zwolniło im się miejsce w samochodzie i pojechała z nimi do Chorwacji. A w ubiegłym roku poleciała do Wiednia i mieszkała u obcych ludzi jako couchsurferka - mówi Anita. Ona przygotowuje wyjazd na urlop miesiącami, sprawdza biuro podróży, czyta opinie. Nie zatrzymuje się w nieznanych hotelach. Nie lubi być zaskakiwana, nie przepada za niespodziankami. A mama - tak. Zamówiła bujany fotel z wikliny, dostała rattanowy - nie szkodzi, nawet ładniejszy.

Pomidorki koktajlowe zasadzone w skrzynkach dorosły i okazały się wielkimi kulami - świetnie, plasterek dokładnie pasuje na kromkę bagietki.

- Jej optymizm i spontaniczność bywają denerwujące, ale czasem żałuję, że ich nie odziedziczyłam - wyznaje Anita. Bo ona się spina, a mama chodzi rozpięta. Dosłownie i w przenośni - poły prochowca od wiosny powiewają na wietrze. Ewa lubi wiatr we włosach. Czasem jadą gdzieś razem i ona prosi, żeby Anita zatrzymała auto. Wychodzi na łąkę, staje z rozpostartymi ramionami. Anicie głupio, bo ludzie widzą. I tylko Bóg jeden wie, jak bardzo chciałaby dołączyć do matki.

- Nie umiem tak. Liczę się z tym, jak wypadam, jak mnie oceniają. Myślę, że dzięki temu osiągam sukcesy - mówi. Przyznaje: jest poważna, może nawet sztywna.

- Zauważyłam, że przez to mam kłopot w sytuacjach wymagających miękkości, empatii. Niedawno synek kuzynki podbiegł i objął mnie z piskiem. Nie wiedziałam, jak zareagować, a przecież powinnam go przytulić. Moja mama obsypałaby go pocałunkami, a ja stałam. Głupia jestem - kwituje Anita.

Kiedy razem z Patrykiem była ostatnio u Ewy, mama pogłaskała chłopaka po policzku: "Jesteś blady, kup preparat witaminowy. Kupisz?". Patryk ukrył wzruszenie, zwierzył się Anicie: sam nie wie, co rozkleiło go bardziej - delikatny dotyk dłoni Ewy czy troska, która na pewno była szczera. Jego mama nigdy nie mówiła takim ciepłym głosem. I nigdy nie przebrała się za nietoperza.

Jaki masz plan?

Agnieszka jest lekarzem, traktuje świat racjonalnie. Przyczyna-skutek, diagnoza-leczenie. Jej matka Olga działa zrywami, czasem traci głowę. Dla niej idea, szalony pomysł jest atrakcyjniejsza niż zdrowy rozsądek.

Zgadnij, co robi teraz twoja matka? - Wiktor, mąż Agnieszki, nerwowo rozpina kurtkę w przedpokoju.

- Przed chwilą spotkałem ją w windzie. Jeździ i namawia ludzi, żeby zorganizować piknik sąsiedzki czy coś takiego".

- Niestety, nie miałam powodów, żeby w to nie wierzyć - mówi Agnieszka. Ma 29 lat, podobnie jak jej mąż jest lekarzem. Z rodzicami Agnieszki mieszkają w tym samym domu na warszawskim osiedlu. Sześć pięter, sporo sąsiadów. Ciekawe, jak długo mama tak kursuje.

- "Idę z nią pogadać. Mam nadzieję, że nie narobiła nam obciachu" - wzdycha Agnieszka.

- Mama jest typem działaczki. Była harcerką i robiła rewolucję w ZHP, zakładając drużynę niezależną od "czerwonych". W trakcie studiów na uniwersytecie strajkowała, o mało nie skreślili jej z listy studentów. Co rok chodzi z puszką Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - wylicza Agnieszka.

Jej matka ma 52 lata, jest dziennikarką i tłumaczką. Związana z wydawnictwem, ale pracuje w domu. Kiedy córka była mała, przekazywała jej prawdy w stylu: trzeba czytać książki, szanować starszych, jeść dużo owoców, ale także - musisz bronić swoich poglądów, sprawiedliwości.

- W liceum miałam koleżankę, której mama przyjaźniła się z moją. Na lekcji biologii ta koleżanka, bardzo wierząca, wdała się w spór, czy da się pogodzić teorię Darwina z biblijną historią o pierwszych rodzicach. "Adam i Ewa? Przecież to bajki dla kołtunerii", prychnęła nauczycielka, a koleżanka się popłakała. Jej mama nie chciała interweniować, jest zbyt nieśmiała. Następnego dnia to moja wtargnęła do pokoju nauczycielskiego i wykrzyczała biologicy, że powinna już zacząć szukać pracy. Problem polegał na tym, że dyrektorka i tak ukręciła łeb sprawie, a ja zdawałam na maturze ustną biologię przed komisją, w której była ta nauczycielka. Zdałam, ale miałam żal, że mama nie wzięła pod uwagę ewentualnych konsekwencji - opowiada Agnieszka.

- Oczywiście warto mieć swoje zdanie, ale ona nie zna granicy. Pamiętam, jak kiedyś przyczepiła się do sąsiada. "Bardzo ładny sweter, drogi, bo ma ten znaczek", pokazała znane logo. I ciągnęła: "Pewnie z 600 złotych? Byłoby kilkanaście plecaków z wyposażeniem dla biednych dzieci, pan słyszał o akcji w naszym kościele?". Byłam wtedy z nią, chciałam się zapaść pod ziemię - mówi Agnieszka.

W tym kontekście było jasne, że zaalarmowana przez Wiktora, powinna sprawdzić, co matka robi w windzie. "Integracja sąsiadów ma sens, nie irytuj się. Idź do centrum i pogadaj z Marcinem, on ci wyjaśni" - Olga była nieprzejednana.

- I jeszcze ten cały Marcin! - Agnieszka podnosi oczy do nieba. Młody socjolog z pobliskiego centrum integracji lokalnej. Olga poznała go, kiedy brała udział w sadzeniu drzewek wokół parkingu. Od jakiegoś czasu umawiała się z nim na kawę, żeby pogadać o kwestiach społecznych. "Pani mama bywa widywana z młodym mężczyzną... - szepnęła konspiracyjnie właścicielka piekarni. Agnieszka wzruszyła ramionami - Ale pani doktor, to chyba... kochanek mamy".

- Nie wytrzymałam. Co też ona opowiada?! Potem zapytałam mamę, o co chodzi. Wyjaśniła: rzeczywiście powiedziała tej wścibskiej babie, że to przygoda na boku. Po co dopytuje, nie jej sprawa. A najśmieszniejsze, że chyba uwierzyła - mamę to bawiło. I jak tu traktować ją poważnie? - pyta Agnieszka.

Zaufać takiej matce?

Blok, w którym mieszkają, powstał pięć lat temu. Agnieszka była wtedy w ciąży i myśleli z Wiktorem, jak zorganizować życie, żeby mogła wrócić do pracy. Po studiach oboje dostali dobre propozycje.

- Martwiło nas tylko, kto zajmie się synkiem. Zaplanowaliśmy prywatny żłobek, ale na góra cztery godziny. Co z resztą czasu? - wspomina. Mama Wiktora mieszka w Jeleniej Górze. To Olga zaproponowała, że pomoże.

- Zdziwiła nas deklaracją, bo przecież była zajęta swoją pracą. Ale doceniliśmy propozycję. Kupowaliśmy właśnie mieszkanie, a rodzice od dawna mówili o zamianie swojego na mniejsze. A gdybyśmy tak zamieszkali w jednym domu? Sprawy potoczyły się szybko, było mało czasu na wątpliwości - mówi.

Jakie wątpliwości ma na myśli? Agnieszka odtwarza opowieść ciotki, siostry matki: Koniec lat 80., Olga rodzi córeczkę. Niecały miesiąc potem wychodzi z domu i nie wraca na noc. Rodzina zaczyna szukać, nazajutrz zawiadamia milicję. Znajdują Olgę po trzech dniach w pensjonacie pod Ustrzykami. "To nieodpowiedzialne!" - krzyczy ojciec, kiedy mama tłumaczy, że potrzebowała chwili dla siebie. "Depresja poporodowa, minie", zapewnia ciotka, psycholog.

- Mama nigdy mi tego nie opowiadała. Czy to rzeczywiście była depresja? A może niedojrzałość? Pracowała wtedy w radiu, wciągnęła ją sprawa wolnych wyborów, związków zawodowych. A tu nagle dziecko. Potem wszystko się uspokoiło, ale ilekroć wracam myślą do tej historii, mam ciarki na plecach - opowiada Agnieszka.

Nie powiedziała Wiktorowi o tamtym wydarzeniu. Kiedy mama zaproponowała pomoc przy Jasiu, postanowiła dać jej kredyt zaufania. Rok po urodzeniu synka Wiktor wrócił do domu i zadzwonił do żony, która miała dyżur: "Nie wiesz, gdzie jest mama? Mieszkanie puste, nie ma wózka".

Agnieszka uspokoiła: "Pewnie poszli na spacer". Po godzinie następny telefon od męża: "Wciąż ich nie ma, a komórka mamy milczy". O dziewiątej wieczorem, kiedy Agnieszka wróciła, Wiktor był roztrzęsiony.

- Wsiadł do samochodu, ruszył na poszukiwania. Znalazł ich nad Wisłą obok kawiarni. Jaś spał, mama była pochłonięta rozmową. Potem tłumaczyła, że spotkała koleżankę ze studiów. Komórka się rozładowała, Jaś nie marudził, po co awantura?

- Przestraszyłam się, że mama może wykręcić nam więcej takich numerów - mówi Agnieszka. Nie myliła się. Kiedy mały miał trzy lata, przed Wielkanocą zapakowała go do swojej hondy i pojechała na Kurpie, żeby pokazać wnukowi najwyższe palmy na świecie.

- Zadzwoniła z drogi: Jedziemy z Jaśkiem do Łysego, wrócimy późno. Byłam zła: Mamo, a wzięłaś coś do jedzenia, ciepłe ubranie, coś na komary?". Nie, kupi po drodze, zdecydowali się spontanicznie. Okłamałam Wiktora, że sama ich wyprawiłam - wspomina Agnieszka. Czasem jej ciężko, czasem jest poirytowana albo zaskoczona zachowaniem Olgi.

Na całość

- Zazdrościłam koleżankom, że na swoich matkach mogą polegać. Jeśli jest wywiadówka, przedstawienie w szkole, szykowanie przekąsek na studniówkę, one się stawią. Moja mama zapominała albo w ostatniej chwili wyskakiwało jej coś ważniejszego - opowiada Agnieszka. Przed maturą wychowawca zrobił zebranie w sprawie dopuszczeń. Agnieszka miała świetne stopnie z wyjątkiem niemieckiego. Mama obiecała się pojawić.

- Nie przyszła. Wymyśliłam usprawiedliwienie, że miała stłuczkę. Nie mogłam przecież powiedzieć, że w ostatnim momencie komuś zwolnił się drugi bilet na mecz Legii. Mama jest kibicem, mecz był ważny, o mistrzostwo. Poszła do nauczyciela indywidualnie, ale i tak miałam wrażenie, że moje sprawy traktuje drugorzędnie - mówi Agnieszka. Ma pretensję?

- Nie. Bo w gruncie rzeczy jest dobrą matką. Ale musi być kontrolowana, ubezpieczana. Trochę jak dziecko. Kiedy trzeba tak traktować dorosłą kobietę, to nienaturalne, prawda? - pyta.

Kilka miesięcy temu Olga podzieliła się z córką informacją: z mieszkania tuż nad nią słyszy odgłosy awantury i płacz dzieci. Przypuszcza, że są bite.

- Powiedziałam, że po prostu powiadomimy policję - mówi Agnieszka. A matka się uparła: przeprowadzi własne śledztwo. Awantury się powtarzały, więc któregoś dnia podłożyła tym ludziom pod drzwi dyktafon. Nagrała pół godziny krzyków i wyzwisk.

- "A gdyby ktoś cię złapał? podsłuchiwanie jest karalne". Zezłościłam się - opowiada Agnieszka. Zabroniła matce dalszego nagrywania. Olga do skrzynki sąsiadów wrzuciła więc kartkę: "Powiadomimy odpowiednie służby, jeśli przemoc w państwa domu się nie skończy". A potem poszła na konsultację do lokalnej opieki społecznej i zapisała się na konferencję na temat przemocy domowej.

- W końcu zdobyła się na rozmowę z sąsiadką. Nie sądzę, że wiele pomogła, ale przynajmniej coś zrobiła. Mama lubi mieć misję. Z jednej strony to szlachetne, ale jeśli cierpi na tym ktoś trzeci, to już niefajnie - twierdzi Agnieszka. Ma na myśli ojca. Wycofany, spokojny mąż Olgi nie ma w sobie nic z nadaktywności żony. Agnieszka widzi, że tato czasami ma dość.

- W naszym domu nie było grafiku obowiązków, obiadów o stałej porze, pewności, że odbędą się święta. Mama potrafiła powiedzieć: "Na Boże Narodzenie jadę z przyjaciółką nad morze. Ona się rozwodzi, musi się wypłakać". Ojciec nigdy nie powiedział: "nie". Ale ile można mieć cierpliwości? - pyta Agnieszka.

Teraz kiedy data pikniku sąsiedzkiego jest ustalona, tata został wciągnięty w przygotowania. Ma odpowiadać za "stolik szachowy".

- Mama wymaga, żeby rozumieć jej pomysły, styl życia. W takim zachowaniu jest sporo egocentryzmu. Ale znajduję coś jeszcze: rodzaj wolności, życiowy rozmach, którego zazdroszczę.

Zwariować można

Kilka tygodni temu mama zagadnęła Agnieszkę: "Będzie ciekawy eksperyment naukowy, być może wezmę w nim udział".

- Zaintrygowała mnie: co to takiego? Oniemiałam, kiedy usłyszałam, że to kilkuletni eksperyment polegający na paleniu marihuany. Żeby ocenić długofalowe skutki, zaobserwować ewentualne pozytywy. Organizuje to instytut badawczy z Trójmiasta.

- Byłam przerażona - mówi Agnieszka. - Przecież opiekuje się naszym dzieckiem, pomysł jest absurdalny! Olga spojrzała na nią poważnie, powiedziała: "Dziwi mnie, że masz takie ograniczone podejście. Przeczytaj naukowe wyjaśnienie, zmienisz zdanie".

- Nie wiedziałam, czy mówi poważnie, czy mnie wkręca. Przez sekundę jej uwierzyłam. Bo wiem, że byłaby do tego zdolna - mówi Agnieszka.

Olga roześmiała się: "Oczywiście, żartuję. W sumie poświęcenie się dla nauki: czemu nie?". Czasem mówię: "Mamuś, żyjesz na wariackich papierach, jesteś nieprzewidywalna, jak ja mam z tym funkcjonować?".

A ona się śmieje: "Dziewczyno, więcej luzu, więcej radości życia!". Chciałaby myśleć rzeczowo o wspólnej przyszłości z rodzicami. Jaś pójdzie do szkoły, mama na emeryturę. Agnieszka i Wiktor będą mogli robić specjalizacje, wieczorem wracać do spokojnego domu.

- Nigdy nie wiem, co mnie z jej strony czeka. Właśnie oświadczyła, że zamierza zapisać się na kurs szybowcowy. A jak się zabije? - pyta Agnieszka.

Gdy słyszy takie rzeczy, stara się oddychać głęboko, powtarza sobie: "Więcej luzu, dziewczyno". A potem żali się Wiktorowi: mama zwariowała. Mąż marszczy czoło, mówi: "Szybowce? Sam bym spróbował". I Agnieszkę zaczyna boleć głowa. Naprawdę można oszaleć.

AGNIESZKA LITOROWICZ-SIEGERT

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy