Reklama

Reklama

Powtórka z namiętności

Kiedyś go kochałaś, potem zapomniałaś. Ale on znów pojawia się w twoim życiu. Tylko że już nic nie jest tak samo: masz męża, dzieci, dużo do stracenia. Co możesz zyskać? Czas nagle się cofnie. Będziesz adorowana, poczujesz się na powrót młoda, atrakcyjna. Trzy kobiety opowiadają, jak to jest drugi raz stanąć nad brzegiem tej samej rzeki. I czy warto do niej wejść.

Tak, ale po co?

Ada jest zmęczona. Nie lubi galerii handlowych, ale musiała kupić spodnie i buty dla Ani, młodszej córki. Zamawia cappuccino w kawiarni naprzeciw sklepu ze ścianą telewizorów w witrynie. Na wszystkich ekranach Kate Middleton i książę William biorą ślub. Cały świat tym żyje. Ada niespecjalnie, ma na głowie egzamin gimnazjalny starszej córki i awarię drzwi garażowych. Mąż wyjechał na kilka dni, ona musi się tym zająć.

Sygnał SMS-a pojawia się akurat w chwili, gdy William wypowiada słowa przysięgi. Ada rzuca okiem na wyświetlacz. I robi jej się gorąco. "Adi, czy to twój numer? M.". Zamyka oczy, mocno zaciska powieki. To nie może być nikt inny. Tylko on tak się do niej zwracał. Mąż mówi: Adusia, mama: Adelko. Tylko Mateusz...

Reklama

Ada jeszcze raz zerka na ekran. Czy to możliwe? Przecież zniknął z jej świata 18 lat temu. Pochowała go w myślach, podarła zdjęcia... Ada w tym roku kończy 40 lat. Dobrze zarabia, prowadzi własną firmę. Córki uczą się w szkołach społecznych. Marek, mąż, jest lekarzem. Mieszkają w dużym mieście na południu Polski. Spłacili kredyt, jeżdżą na wakacje nad morze, prowadzą spokojne życie. Nie ma w nim miejsca na nagłe zwroty akcji.

Kac i hiacynty

Ada wsiada do samochodu, jedzie za miasto. Kwiecień jest wyjątkowo duszny. Kładzie się na trawie, patrzy w niebo. Zdejmuje buty. Przystanek "Mateusz". - Pamiętałam jego zapach i białe, nonszalancko rozpięte koszule. Fakturę jego czarnej skórzanej kurtki. Śmieszne słówka, np. mówił "przylepka" na piętkę od chleba - opowiada.

- Gdy go poznałam, miałam 18 lat, on 21. Pochodził z rodziny opozycjonistów, interesował się historią, studiował na politechnice w Krakowie. Ja zdawałam na medycynę, oblałam. Mateusz rozwiewał smutki. Był silny, odpowiedzialny. Znał na pamięć Stachurę, słuchał mocnego rocka, jeździł motocyklem. Ale pewnego dnia przyniósł wiadomość: ojciec ma propozycję wyjazdu do Stanów, kontrakt na wielkiej budowie.

Czy mogłam wymagać, żeby został? Dziś myślę, że nie, jednak wtedy nie potrafiłam mu wybaczyć. Nie odpisywałam na listy. Wszystko się skończyło. Nie wiem, czy mnie szukał, co robił, czy się ożenił. Z czasem miało to coraz mniejsze znaczenie. Za mąż wyszłam z miłości - mówi Ada.

W nocy po SMS-ie Mateusza nie może spać. - Wracały do mnie obrazy: my razem objęci, całujący się. Pierwszy wyjazd na wakacje, pierwszy seks - to było w Juracie, mieszkaliśmy w namiocie, padał deszcz. Gdy w końcu zasnęłam, śniła mi się dyskoteka... Pijemy wino przemycone w butelce po coli, tańczymy do ckliwej piosenki Wham! Pamięta się tylko to, co dobre.

Rano Ada decyduje: nie odpowie na SMS, to niebezpieczne. Jedzie do pracy z mocnym postanowieniem: żadnych myśli o Mateuszu. W recepcji czeka na nią stos korespondencji i bukiet liliowych hiacyntów. - Nawet nie musiałam czytać bileciku. Hiacynty, kokosanki, kakao z bitą śmietaną. Mateusz znał kody, tym zawsze mógł mnie przekupić albo przeprosić. Ktoś by powiedział - cukierkowa telenowela. Ja byłam pod wrażeniem.

Co jest fair?

Mateusz nalega delikatnie. - Dwa esemesy, w końcu zadzwonił. Słuchając go, czułam, kiedy się uśmiecha, umiałam sobie wyobrazić jego miny. Trochę opowiedział o sobie - wrócił z zagranicy, mieszka w Krakowie, rozwiódł się, nie ma dzieci. Prosił, żebym opowiedziała o córkach... - wylicza Ada. Mówi o dzieciach, o Marku nie. - Miałam nawet przygotowane zdanie w stylu: "Jestem bardzo szczęśliwa", to miał być czytelny komunikat. Ale gdy rozmawiałam z Mateuszem, uznałam, że to zabrzmiałoby jak manifest - wyznaje.

Wieczorem przez uchylone drzwi łazienki obserwuje Marka pod prysznicem. - Wciąż jest atrakcyjnym facetem. Superojcem. Chodzi na zebrania do szkół córek, interesuje się moją pracą, czuję się z nim bezpiecznie. Jego drobne wady są... drobne. W sumie jestem szczęściarą. Po co burzyć święty spokój? - pyta samą siebie.

Pod drzwiami łazienki czuje, że powinna powiedzieć mężowi o telefonie Mateusza, o kwiatach. Tak byłoby fair. - A z drugiej strony myślałam: może mam prawo do osobnego kawałka życia? Tylko że to oznaczało ukrywanie czegoś przed Markiem. Dyskomfort był coraz większy. Postanowiłam zapytać o radę przyjaciółkę. Iwona jest mądra.

Zabraniam ci

Iwona ciągnie Adę do komputera. Wbija w Google jej nazwisko. Mówi: - Zobacz, co najmniej kilkanaście informacji - dostajesz nagrodę za innowacyjność i dla najlepszego przedsiębiorcy w naszym regionie, twój artykuł w ważnym piśmie - łatwo cię odszukać. Powiedz sama, czy nie miał pretekstu, żeby odezwać się wcześniej, pogratulować? Teraz pewnie sam ma problem i potrzebuje terapii. A ty rozwalisz sobie życie...

Ada słucha. I nie słucha. A jeśli Iwona przesadza? - Zastanawiałam się: skoro nie potrzebuję innego mężczyzny, dlaczego tak ciągnie mnie do Mateusza? Może mam w życiu zbyt nudno? Czy przechodzę kobiecy kryzys wieku średniego? - Ada opowiada o rosnących wątpliwościach. I napięciu: - Stałam się nerwowa. Irytowało, że córki za mało się uczą, a Marek za głośno je. W końcu zaczęłam na siłę szukać w nim wad.

Czy Mateusz dałby mi teraz coś, czego nie dostaję od męża? A może to rzeczywiście zły człowiek, który chce zniszczyć mi życie dla sportu, dla zabawy. Iwona jest zła, że Ada zwleka z decyzją. "Zabraniam ci iść na spotkanie z nim, rozumiesz?!" - mówi w końcu. Chce, żeby przyjaciółka skasowała numer Mateusza. Tu, teraz, przy niej. Ada kładzie komórkę na stole. "Przecież on i tak odezwie się pierwszy..." - mówi cicho. "Nie szkodzi, potraktuj to jak pożegnanie, kasuj! A teraz pójdziemy kupić tymczasową kartę z nowym numerem, stara na miesiąc zostaje u mnie w depozycie. Miesiąc powinien wystarczyć" - zarządza Iwona.

- To dziecinne, ale dałam się zaprowadzić do salonu, kompletnie się nie zastanawiając, jak wytłumaczę bliskim zmianę numeru, tym miała się zająć moja "terapeutka" - wspomina Ada.

Z wymuszonych zakupów wraca do domu piechotą. Daleko na światłach widzi znajomy samochód. Marek? Powinien być teraz w gabinecie. Ada zdejmuje przeciwsłoneczne okulary. Obok kierowcy siedzi kobieta o długich włosach. Czy to na pewno jej mąż?

Toyota odjeżdża szybko, nie widać rejestracji. Po południu Ada schodzi do garażu. To by było takie banalne, na przykład znaleźć długi jasny włos na przednim siedzeniu. Nie znajduje niczego. Jedno ją zastanawia. Zapach. Perfumy J’adore Diora rozpozna wszędzie. Nie znosi ich.

Chwila prawdy?

Następnego dnia budzi się pełna wątpliwości. A jeśli Marek mnie zdradza? Chce być lojalna, a on ma kochankę? Co powinna zrobić? Późnym wieczorem otwiera butelkę wina. Nalewa kieliszek dla siebie i drugi dla męża. Zagląda do pokoju, w którym on pracuje przy komputerze. Siada obok, patrzy na niego długo. "Co jest?" - pyta on zdziwiony i zaintrygowany.

- Pomyślałam, że gdyby coś ukrywał, nie byłby taki pewny siebie. Powiedziałam mu o Mateuszu. I co? Sądziłam, że zachowa pokerową twarz, wyobrażałam sobie, że tak reagują mężczyźni w podobnej sytuacji. Ale nie, Marek był zmieszany, nawet smutny, próbował żartować, ale mu nie wychodziło. Przytuliłam się do niego, powiedziałam, że nie mam zamiaru spotykać się z Mateuszem. Objął mnie mocno, milczał. Wiedziałam, że to jedna z najlepszych decyzji w życiu - Ada się uśmiecha.

- Zadzwoniłam potem do Iwony. Powiedziała fajną rzecz: "Jeśli koniecznie potrzebujesz zmiany, zmień fryzurę, a nie faceta". Oddała mi telefon. Minął ponad rok, Mateusz już się nie odezwał. A Dior w samochodzie? Po jakimś czasie poznałam panią Marylę, pacjentkę Marka, którą tamtego dnia odwoził do domu po wizycie. Sympatyczna, mąż wyleczył jej zatoki. Przywiozła nam sernik na Wielkanoc. Pachniała J’adore.

Trzymaj się miłości

"Możesz być jutro godzinę wcześniej? Mamy zebranie. Będzie dwóch nowych ludzi, dyrektorzy oddziałów na Litwie i w Estonii" - prosi szef Martę. Ona niezadowolona, rano chciała jechać po donice na balkon, musi zmienić plany. Darek, jej mąż, będzie marudził, że znowu w weekend nie przesadzą kwiatów. Ale ok.

Nazajutrz na zebraniu jest pierwsza. Przegląda notatki w laptopie, podnosi głowę, gdy do sali wchodzi szef z dwoma mężczyznami. "To główna księgowa" - Marta rozumie, że to o niej, ale nie może wykrztusić słowa. Mobilizuje się, podaje rękę najpierw niewysokiemu szatynowi, potem mężczyźnie o zielonych oczach, który uśmiecha się i mówi: "My się znamy".

Marta pracuje w firmie logistycznej, mieszka w Poznaniu. Jej mąż Darek ma szkołę nauki jazdy, syn za rok kończy podstawówkę. Nowy dyrektor w firmie Marty to Artur. Ostatni raz widzieli się dwanaście lat temu. Powiedział jej wtedy: "Będę miał dziecko z X. Nie możemy być razem". Cierpiała kilka lat. Nawet gdy była już żoną i matką. Ale zapomniała.

Po zebraniu Artur prosi ją o chwilę rozmowy podczas lunchu. Marta myśli: "Nigdy w życiu". Mówi: "Dobrze". 

Ja ci pokażę

- W takiej sytuacji powinno się dostać od siły wyższej nakaz natychmiastowego pójścia pod zimny prysznic. Ja posłuchałam głosu serca, które zwariowało. Lepszy już chyba byłby zawał. A ja byłam podekscytowana jak młoda dziewczyna - opowiada Marta. Dodaje, że była to irracjonalna reakcja, bo wcześniej czuła do Artura zupełnie coś innego.

- Nienawiść. Zranił mnie, upokorzył. Nie chciałam go znać, życzyłam mu, żeby jego małżeństwo się nie udało. Po latach moja gorycz przerodziła się w poczucie zwycięstwa: mam świetnego męża, syna, który wygrał olimpiadę matematyczną, pracę, w której awansuję. Można powiedzieć, że przebiłam się przez szklany sufit. Nigdy nie utyłam, nie miałam operacji plastycznej, trenuję zumbę, wyglądam młodo. To się nazywa sukces - uśmiecha się Marta.

Przyznaje, czasem myślała: "A gdyby się teraz Artur pojawił, jaką kobietę by zastał?". - Mogłam być z siebie dumna. Może dlatego umówiłam się na ten obiad, żeby mu pokazać, kim teraz jestem, kogo stracił - wyznaje.

Przy stoliku w modnej restauracji siada swobodna i pewna siebie. Żartuje z kelnerem, zamawia danie, sama wybiera wino. Oczy Artura mówiły wszystko. Miłe uczucie satysfakcji. Ale trudno było zacząć rozmowę. Coś o firmie, że on pracował trochę na Wschodzie, zna rynek, za dwa dni leci do Wilna, czy mogą zjeść dziś razem kolację?

- Sama nie wiem, kiedy się zgodziłam. Wszystko działo się za szybko. Skłamałam Darkowi, że mam spotkanie biznesowe - opowiada Marta.

Żakiet zamienia na obcisłą sukienkę w samochodzie na parkingu. Spotyka się z Arturem w hotelowej restauracji. - Od początku wiedziałam, co to znaczy. Dlaczego nie w mieście? Całowaliśmy się już w windzie, jadąc do jego pokoju. Tam natychmiast zdarł ze mnie ubranie. Nie było odwrotu. Nigdy nie zdradziłam swojego męża. Po prostu oszalałam. Odebrało mi rozum.

Ukradzione godziny

"Źle się czuję. Nie pójdę dziś do pracy" - mówi Darek. Marta przestaje kroić rzodkiewki, patrzy uważnie na męża. - Coś czułam. On rzadko chorował, a o zostawieniu firmy na cały dzień w ogóle nie mogło być mowy. Od jakiegoś czasu męża bolała głowa, mniej jadł, z przeziębienia wpadał w przeziębienie. Postanowiłam tego dnia wrócić wcześniej z biura - opowiada.

Od pół roku co dwa, trzy tygodnie spotyka się z Arturem. Na kilka godzin. - Tylko seks, nic więcej. Odrealniony, potajemny. Czy to było mi potrzebne? Nie. Ale było jak turbodoładowanie. Taki układ podobał się Arturowi - nic od niego nie chcę, nie zamierzam na nowo układać sobie życia, a więc jestem wygodna. Symbioza. On był w trakcie rozwodu, potrzebował bratniej duszy. Nie dogadywał się z synem, nie dostał kontraktu we Włoszech, który podebrał mu fałszywy przyjaciel. Wszystko nie tak. Przy mnie się dowartościowywał - mówi Marta.

Tamtego dnia wraca z pracy przed 14. Darek wymiotuje. - Natychmiast zabrałam go do szpitala. Zrobili mu badania. Lekarz spojrzał poważnie, powiedział: "Niepokoi mnie niski poziom białych krwinek. Zrobimy dodatkowe analizy, mąż musi zostać na oddziale na dwa dni" - opowiada.

Wychodzi ze szpitala zszokowana: "Jak to?! Może mu grozić coś poważnego?". - Wróciłam do pustego domu, syn był akurat na szkolnej wycieczce. Położyłam się w naszym wielkim łóżku, przytuliłam piżamę Darka. Czułam się jak ostatnia świnia.

Nie tak szybko, laleczko

Wyplątać się? - Niełatwe. Nie dlatego, że uzależniłam się od seksu z Arturem, od jego komplementów, energii. Nie z tym chciałam skończyć. To naprawdę można załatwić jednym cięciem. Gorzej z własną głową - jej nie odetniesz. Nie wytniesz skóry, która wciąż pachnie ci zdradą. To okropne uczucie: nagle zrozumiałam, że nic nie dał mi powrót Artura. Zabawiłam się i tyle. Szkoda. Mógł zostać pięknym wspomnieniem. Stał się wyrzutem sumienia - tłumaczy się Marta.

Gdy odmawia "następnego razu", Artur jest zdziwiony. - Pomyślałam, że jeśli teraz opowiem mu, co czuję, jeszcze bardziej się ubrudzę. To nie były jego sprawy. Lepiej więc było nie tłumaczyć niczego. Po prostu odejść - mówi.

Przestaje odpowiadać na telefony Artura, odpisuje tylko na służbowe maile. Któregoś dnia, wracając z pracy, wstępuje do kościoła. Stary ksiądz pyta, czy Marta przyszła się wyspowiadać. - Zaprzeczyłam, chciałam zwiewać. On odszedł, ja jednak zostałam. Już nie umiałam się modlić. Tylko płakałam. Coraz mocniej, miałam wrażenie, że gapią się na mnie wszyscy święci z nieba. Było mi wstyd, czułam się jak bezbronne dziecko. Nie miałam z kim porozmawiać, Artur przecież nie był moim przyjacielem. Był facetem do łóżka - opowiada.

W domu otwiera laptopa, pocztę, kolejny mail od Artura: "Musisz spotkać się ze mną jutro. Musisz". - Rozkazywał mi? Byłam wściekła. Odpisałam, żeby dał mi spokój. Odpowiedział: "Nie dam ci już spokoju, laleczko". Zmroziło mnie. Przestraszyłam się. Bardzo. Kto mógł mi pomóc?

Zły gen

Dwie kobiety nad parującą kawą. Podobne do siebie. Jedna płacze. "Mamo, co się stało?" - Marta podaje matce chusteczkę. Tamta bierze głęboki oddech. "Skończ to jak najszybciej. Jeżeli będzie ci groził, wynajmij detektywa. Za nic nie daj się omotać, szantażować. Zniszczysz sobie życie...".

- Nie rozumiałam, dlaczego tak mówi. A ona z minuty na minutę otwierała się, stawała nie mamą, ale kobietą, która drugiej kobiecie chce opowiedzieć swoją historię - Marta zawiesza głos. Wtedy powoli zaczyna rozumieć: "Dlatego odszedł tata? Stąd ten rozwód? Ten mężczyzna, który przychodził kilka razy do ich domu, a potem zniknął?". Mama patrzyła mi w twarz i potakiwała. Dotarło do mnie: powtórzyłam jej błąd. Zrobiłam to samo - rzuciłam się w ramiona kochanka sprzed lat.

Kręciłam głową z niedowierzaniem: jak to możliwe? A mama powiedziała: "Trzymaj się Darka, trzymaj się prawdziwej miłości. Ja do dziś żałuję...".

- Odwiozłam mamę do domu, w drodze powrotnej kupiłam cztery zielone donice. Chciałam ciemne, ale Darek lubi zielony. W weekend przesadzimy kwiaty. Chociaż w tym roku pewnie nie zakwitną. Nie szkodzi. Powiedziałabym: nie ma złej pory na naprawienie błędów. Ale to tak pretensjonalnie brzmi, więc cicho sza! Artur odpuścił, podobno związał się z kimś w Wilnie. Nikt się nie dowie. Zmień dane w tym tekście. Niech będzie, że mam na imię Marta...

Chodź, pomaluj mój świat

"Już to widzę. Zbliżenie twojej twarzy pochylonej nad laptopem, siedzisz w kafejce, piszesz, odgarniasz włosy. Ładna okolica, zieleń, musi być ładna oprawa. Nic innego do ciebie nie pasuje. Kamera się zatrzymuje, patrzysz w obiektyw. Twoje fiołkowe oczy blisko, blisko..." - Karolina uwielbia te e-maile. Czyta je nocą, zapisuje w osobnym, zakamuflowanym pliku.

Kiedy wszyscy w domu śpią, pisze do Maćka: "Dziś gorzej niż źle. W pracy awantura o spóźnione tłumaczenie, w domu piekło, bo zapomniałam zawieźć psa na szczepienie". Odpowiedź przychodzi w pięć minut: "Nie rozumiem, jak można się na ciebie złościć, tylko idiota nie docenia, z jaką kobietą żyje. Odetchnij, zrób sobie kąpiel".

- Maciek nie zapowiadał się na reżysera. Studiowaliśmy razem kulturoznawstwo na uniwersytecie. On równolegle robił jakieś interesy, był początek lat 90., pieniądze zarabiało się łatwo, trzeba było tylko mieć pomysł. Maciek otworzył budkę z fast foodem, sprowadzał T-shirty ze Wschodu, zawalał egzamin po egzaminie, ale się nie przejmował - opowiada Karolina. Była wtedy jego dziewczyną.

- Ja ze wsi, on z Torunia. Imponował mi. Ale ja byłam ambitniejsza, miałam pierwszą lokatę na roku, on ledwo zdawał na następny. W końcu uznałam, że do siebie nie pasujemy. Wróżyłam mu, że wpadnie w złe towarzystwo. A ja chciałam być krytykiem teatralnym, w najgorszym razie szefową nowoczesnego ośrodka kultury - przypomina sobie.

Dziś ma 42 lata, jest tłumaczką. Tomek, jej mąż, pracuje w dużej firmie telekomunikacyjnej. Mają ładne mieszkanie na toruńskim Rubinkowie, psa i mały domek na Podlasiu. Nie mają dzieci, wciąż nie wiadomo, czyja to wina. Rzadko o tym rozmawiają. Pierwszy mail od Maćka przyszedł dwa lata temu. - Znalazł mnie na Facebooku. Serce zabiło mocno. Myślałam, że ma do mnie żal, bo to ja zdecydowałam o naszym rozstaniu. Ale wyglądało na to, że nie. Opisał, co robi - reżyseruje filmy reklamowe, ma dwóch synów.

Podasz wymiary?

"Nigdy nie odkładaj noża w ten sposób. Trzonkiem w tę stronę, no, przyjrzyj się, tak trudno to zrozumieć?" - Tomek się złości. Karolina przeprasza, już będzie uważała. Kilka tygodni później on podnosi głos, kiedy są razem w kuchni: "Jesteś głupia czy roztrzepana? O mało ręki sobie nie zraniłem, prosiłem sto razy" - podsuwa jej pod nos dłoń bez śladu zadrapania. Ma wściekłe oczy.

- Stawał się agresywny. Zdarzało mu się szturchnąć mnie, bo zasłaniałam lodówkę, telewizor, dostęp do szafy... - wspomina Karolina. Znosiła to, bo rozumiała: Tomek jest zestresowany. Ona nie chce in vitro, on nie chce poddać się drobiazgowym badaniom. Wszyscy mężczyźni w jego rodzinie mogą mieć dzieci, więc dlaczego on miałby mieć defekt. - Pierwszy raz dostał szału właśnie wtedy, gdy odezwał się Maciek. Nie uderzył mnie. Walił garnkami o ziemię, syczał przez zęby.

- Pretekst: rozbite jajko na podłodze. Ale to jemu się zdarzyło. Uciekłam do pokoju. Kiedy otworzyłam Facebook, wszystko mi przeszło, uspokoiłam się - opowiada Karolina.

- "Jacy są twoi chłopcy? Czym się interesują? Mieszkają w jednym pokoju czy każdy ma swój?" - pierwsze listy do Maćka pisałam podekscytowana jak dwudziestolatka. Nie nazywam tego "postami", tylko właśnie listami - tak było ładniej. O żonę nie pytałam. A Maciek wolał pisać o swojej firmie producenckiej, o kontaktach z "nadawcami", o tym, jak widzi mnie w swoim następnym filmie. Pytał o moje wymiary, żeby sobie lepiej wyobrazić. Nie chciałam posyłać mu fotografii w bikini, choć o to poprosił. Swoich zdjęć też nie przysłał, powiedział, że żadne mu się nie podoba. Pytał, czy pamiętam, jak wyglądał przed laty. Odpisałam, że tak. Z detalami.

- A był naprawdę przystojny, wysoki, szczupły, chodził lekko kołyszącym się krokiem, świetnie tańczył. Te wspomnienia zaczynały we mnie wibrować. Wracały w najmniej spodziewanych chwilach - na ulicy, w sklepie, w sypialni, gdy Tomek kładł mi rękę na biodrze i przysuwał się bliżej. Maciej lubił inaczej zaczynać seks - moje długie włosy okręcał wokół swojej dłoni, unosił, całował szyję... Coraz więcej czasu spędzałam przy komputerze.

Zaproś mnie na spacer

- Do czego mu byłam potrzebna? - pyta dziś Karolina. - Nie wiem, mężczyźni są naprawdę z Marsa. Z czasem uzależniłam się od kontaktów z Maćkiem. Źle działo się w domu, pokłóciłam się z Tomkiem albo zwyczajnie potrzebowałam miłego słowa, komplementu - pisałam mail. Nigdy nie dzwoniłam. Ważne, że był po drugiej stronie, słuchał, akceptował. Zastanawiam się, chyba równie dobrze mogłaby to być zawodowa internetowa terapeutka, przyjaciółka z forum... - opowiada Karolina.

Czy wykorzystywała Maćka? - Skąd! Przecież nie chciałam go uwieść. Zresztą rewanżowałam się, chwaliłam jego pomysły, doceniałam sukcesy, to że startuje w triatlonie, wyremontował garaż, zaistniał na jakimś festiwalu, zrzucił siedem kilogramów. A on mówił, że jestem jego najważniejszą recenzentką. Rozumiem go lepiej niż żona, z którą nie dogadują się od dawna. Myślę, że byliśmy sobie potrzebni - mówi Karolina.

Pewnego dnia pod listem jak zwykle znajduje kilka linków - uśmiecha się, Maciek odsyła ją na YouTube, "czekają" tam "ich" dawne piosenki - Maanam, Peter Gabriel, Lombard. - Tym razem jeden link był inny - krótki film erotyczny. Pomyślałam: przypadek. I postanowiłam nie reagować, poczekać - wyznaje Karolina.

Po kilku dniach sytuacja się powtarza. - Nie wiedziałam, o co chodzi. Ale podświadomie czułam, że Maciek chce mnie wciągnąć w jakąś grę, w coś, co mi się nie podobało. Stałam się czujna.

- Nasz kontakt trwał prawie rok. Może już pora na spotkanie twarzą w twarz? Bardzo potrzebowałam, żeby jakiś superfacet zaprosił mnie na kawę, adorował, zabrał na spacer tak po prostu. Tomek wracał z pracy coraz później. I pił coraz więcej wina. A Maciek nie pił wcale. Tak deklarował. Wierzyłam, że człowiek ze środowiska show-biznesu nie pije alkoholu! Czyżbym się w nim zakochała? Poprosiłam o spotkanie i poszłam do kosmetyczki. Wieczorem odebrałam odpowiedź: "Nie mogę się spotkać, przepraszam". Jakiś głupi powód. Ale się uparłam.

Gdzie jest Maciek?

Małe miasto tuż pod Toruniem, piękny stary kościół. Obok park i spory plac, z którego widać wejście do kościoła. Karolina parkuje na skraju, nie wychodzi z samochodu. Jeżeli Maciej nie kłamał, za pół godziny odbędzie się tu ślub jego przyjaciela. A on będzie świadkiem.

- Traktowałam to jak doskonałą zabawę. Pomyślałam nawet, że może wmieszam się między gości w kościele i sprawdzę, czy Maciek mnie pozna. Byłam strasznie ciekawa, jak wygląda - opowiada.

Tego dnia ma dobry humor. Ostatnio irytowało ją, że on tak unika spotkania. Teraz przeżywa przygodę. - To było niepoważne, wiem. Ale ta historia musiała mieć finał - uśmiecha się Karolina. Jaki scenariusz miała wtedy w głowie? - Chyba romantyczną scenę spotkania się wzrokiem, potem może dwa słowa w ustronnym miejscu, szeptem, on elegancki, ja w kolorowej sukience i kapeluszu... - opowiada.

Zsamochodu obserwuje nadjeżdżających gości. To na pewno państwo młodzi, to... - obok eleganckiej pary pojawia się tęgi ostrzyżony na jeża starszy pan: "Nie ten ślub, coś pomyliłam!" - myśli.

- Do "jeża" podeszła puszysta blondynka w obcisłym kostiumie, ładna, uśmiechnięta. Przytuliła się do niego, on objął ją ramieniem. Śliczny obrazek, ale nie mój. Gdzie jest Maciek? - wspomina Karolina. I uśmiecha się smutno.

- Znasz finał? Tak, to był on. Ani odchudzony, ani skłócony z żoną. Poznałam go z wielkim trudem - opowiada. - Nie przyznałam się, że go szpiegowałam. Po co? Ile nakłamał? Nie wiem. Czego chciał? Nie wiem. Czego się po nim spodziewałam? Nie wiem. Na chwilę rozjaśnił mi świat. Ale trzeba było uciekać. Do Tomka? No tak...

Dziś Karolina śmieje się z tamtej historii. - Dobrze, że zupełnie nie straciłam głowy. Podkolorowaliśmy sobie z Maćkiem życie - i tyle. Mówi się, że stara miłość nie rdzewieje. Pewnie prawda. Ale czasem lepiej zostawić ją w spokoju. Żeby za mocno nie zazgrzytało.

Agnieszka Litorowicz-Siegert


Twój Styl 9/2012


Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: romans | kochanek | związek | uczucia | para | kochankowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy