Reklama

Reklama

Trafiła do aresztu, bo… paliła papierosa. Władza chciała chronić jej moralność

Jest środek zimy. Kobieta spokojnie wyciąga paczkę, pociera zapałkę o mur pobliskiego budynku i zapala papierosa. Wtem pojawia się policjant i zgodnie z nowym prawem, wypisuje jej mandat. Kobieta odmawia przyjęcia kary i trafia do aresztu. Tak oto Katie Mulcachey stała się pierwszą ofiarą rozporządzenia Timothy’ego Sullivana wprowadzonego 21 stycznia 1908 r. w Nowym Jorku, które zabraniało kobietom palić papierosów w trosce o ich moralność.

Biznes tytoniowy w pełnym rozkwicie

Stany Zjednoczone u progu XX w. były krajem, w którym kwitł biznes tytoniowy. American Tobacco Company po raz pierwszy w historii produkowało papierosy na masową skalę, co sprawiło, że wyroby tytoniowe staniały. Palący Amerykanin na ulicy, w pracy, domu, restauracji czy hotelu był częstym widokiem. Natomiast palące kobiety właściciele restauracji i hoteli mieli obowiązek upominać, by nie paliły. Kobieta z papierosem w ustach budziła zgorszenie wśród konserwatystów. W tym czasie nikt nie myślał o szkodliwości palenia papierosów dla zdrowia, a jedynie o ich dewastującym wpływie na moralność.

Reklama

Aby bronić niewinne niewiasty przed upadkiem moralnym, radny miejski — Timothy Sullivan, przeforsował rozporządzenie zabraniające kobietom palić pod groźbą grzywny lub więzienia. Natomiast restauracje, bary i hotele miały obowiązek zakazywać klientom palenia — w razie, gdyby nie zastosowały się do rozporządzenia, byłoby to równoznaczne ze złamaniem prawa. Timothy Sullivan, który na co dzień był zwolennikiem równouprawnienia, w tej kwestii pozostawał nieugięty.

Zobacz również: Palenie jest szkodliwe dla zdrowia psychicznego

Jedyna ofiara rozporządzenia Sullivana

Prawo, którego w trosce o ochronę kobiet przed moralnym zepsuciem wprowadził Timothy Sullivan przetrwało jedynie dwa tygodnie. Ówczesny burmistrz Nowego Jorku, a później kongresmen George Brinton McClellan zdecydował o wycofaniu rozporządzenia Sullivana. W ciągu dwóch tygodni, podczas których kobiety obowiązywał zakaz palenia, ukarano tylko jedną osobę — Katie Mulcahey.

Zobacz również: Iran się buntuje. Płoną chusty Chomeiniego

Trafiła do aresztu, bo sprzeciwiła się męskiej władzy

23 listopada 1908 r. na łamach “The New York Times" opublikowano artykuł opisujący sprawę uwięzienia Katie Mulcahey, który odmówiła przyjęcia mandatu. Na ulicy Bowery kobieta spokojnie wyjęła paczkę papierosów i zapaliła jednego od zapałki, którą wcześniej potarła o ścianę budynku. Przechodzący nieopodal policjant dostrzegł łamiącą prawo kobietę i krzyknął do niej: “Madame, nie wolno pani! Co powiedziałby radny Sullivan?". Dwudziestodziewięciolatka nie wiedziała, że w Nowym Yorku wprowadzono nowy przepis. Stróż prawa ukarał ją za palenie w miejscu publicznym mandatem w wysokości 5 dolarów, co współcześnie w przeliczeniu na złotówki byłoby kwotą 778 złotych.

Kobieta potraktowała przepis i mandat jako przejaw męskiej dominacji i powiedziała:

Ponieważ Katie odmówiła przyjęcia mandatu, została aresztowana, ale nie odebrano jej paczki papierosów. W celi spędziła jeden dzień, po czym wypuszczono ją na wolność. Kobieta była jedną ofiarą rozporządzenia z 1908 r.

Palenie jako wyraz buntu i wyzwolenia 

Kobiety w Stanach Zjednoczonych na początku XX w. dalekie były od możliwości decydowania o własnym losie. Płeć piękna nie miała wówczas nie tylko prawa głosu, czy jakiegokolwiek majątku, po ślubie mężczyzna miał prawo traktować kobietę jak swoją własność. Ograniczenia względem płci pięknej były tak duże, że wręcz niedopuszczalne było, by kobieta samotnie wyszła na ulicę. Te z pań, które się na to decydowały, narażały się na podejrzenia o prostytucję.

Nie inaczej było z paleniem papierosów. Restauracje i kawiarnie, w których kobiety chciały zapalić papierosy, miały obowiązek zwracać im uwagę, że jest to zachowanie niegodne płci pięknej. Gdy w 1907 r. nowojorska restauracja Café Martin ogłosiła, że nie będzie dłużej upominać kobiet, wywołała tym zgorszenie konserwatywnej części społeczeństwa.

Kobiety palenie często traktowały jako przejaw buntu, jako jedną z nielicznych kwestii, o których mogą decydować same — świadczą o tym choćby słowa cytowanej przez “New York Times" Katie Mulcahey. Kobiety w Stanach Zjednoczonych uzyskały prawa wyborcze dopiero w 1920 r. (Polki dostały to prawo zaraz po odzyskaniu niepodległości w 1919 r.), choć sufrażystki walczyły o to od lat. A oficjalnie od 19 lipca 1848 r. - trzeba było ponad 60 lat, by kobiety mogły wrzucić swój głos do wyborczej urny. Prawa wyborcze nie zmieniły jednak nastawienia Amerykanek do palenia — przeciwnie papierosy uznawano za przejaw wolności, symbol wyzwolenia.

Zobacz również: Makabryczna prawda ukryta w “zwykłej” pocztówce

Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: historia | feminizm | USA | palenie tytoniu

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy