Reklama

Reklama

Australijski sen Marka Tomalika. "9 ognisk" to książka inna od innych!

Marek Tomalik, autor książki "9 ognisk", która niedawno miała swoją premierę, opowiada nam o podróżach do Australii, Aborygenach i samej lekturze. Dlaczego dziennikarz zdecydował się napisać właśnie taką, a nie inną książkę i co pozwala mu przypuszczać, że to było przeznaczenie? Znany podróżnik zdradza te i inne sekrety w rozmowie z Interią.

Aleksandra Waleczek: W swoim życiu odwiedziłeś wiele pięknych miejsc, ale podobno to Australia jest tym ulubionym. Dlaczego właśnie to miejsce jest dla ciebie tak wyjątkowe? 

Marek Tomalik: 

- Moja teoria spiskowa mówi, że to Australia wybrała mnie, a nie ja ją i im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że to prawda. Wielokrotnie słyszałem, że to, że gdzieś nas niesie, nie jest kwestią przypadku. Ma to głęboki związek z tym, co się dzieje w naszym wszechświecie, a wszechświat obejmuje także pewne spectrum przodków, którzy mają na nas mocny wpływ.  To, że mamy słabość do jakiegoś miejsca geograficznego, może mówić o tym, że jesteśmy z nim w jakiś sposób spokrewnieni lub połączeni. 

Reklama

Pierwszą podróż do Australii odbyłeś w 1989 roku, dzięki znajomym spotkanym na wakacjach w Polsce. Kiedy znalazłeś się pierwszy raz w Australii,  była tzw. miłość od pierwszego wejrzenia? 

- Myślę, że nie ma w życiu przypadków. Spotkanie w Łebie, na polu kempingowym podczas wakacji, rzeczywiście było pewnym przełomem. Oni spali w sąsiednich namiotach, a ja słysząc, że ktoś obok mówi w innym języku, podszedłem do nich i nawiązałem kontakt. Potem poszliśmy na spacer. Opowiadałem im, że Australia siedzi w mojej głowie, a oni po latach, kiedy już niemal zapomniałem o tym spotkaniu, wysłali oficjalne zaproszenie do ich kraju przez polską ambasadę. To był dokument, który ułatwiał wtedy zdobycie wizy turystycznej, i to właśnie dzięki temu odbyła moja pierwsza podróż do Australii. 

 - Jednak czy  było to zauroczenie od pierwszego wejrzenia? Chyba rzeczywiście czułem pod skórą, że to ma być właśnie "ten" kraj, ale na samym początku  zacząłem od pracy. W tamtych czasach, czyli pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, żyliśmy w zupełnie innych realiach finansowych i ekonomicznych. Większość z nas szukała takich alternatyw jak wyjazd za granicę, choć mnie ciągnęło coś innego. Większość zarobionych wtedy pieniędzy wydałem na podróże po Australii. Ja się temu nie dziwiłem ale otaczający mnie ludzie - tak. - Znalazłem się  w tym obcym kraju i już po wyjściu z lotniska zobaczyłem, że tam jest zupełnie inaczej. Było słonecznie, ciepło, wiał wiatr, a wokół rosła bujna roślinność. Zaczęła się przygoda. Nie od razu, bo żeby pojechać do Australii pożyczyłem pieniądze, więc potem musiałem je odpracować. Zdecydowałem, że resztę wydam na podróżowanie po Australii.

Czy każda kolejna podróż do Australii to wciąż  nowe doznania? Które miejsca są dla ciebie szczególnie ważne? Domyślam się, że pewnie nie jesteś w stanie wybrać jednego. 

- To prawda, nie mam jednego miejsca i wciąż wspominam swoją pierwszą podróż. Poleciałem tam na przełomie 1989 i 1990 roku, spędziłem w Australii rok, z czego trzy miesiące intensywnie podróżowałem. - Wróciłem do Australii po 10 latach. Bardzo chciałem poznać to, czego nie poznałem wcześniej, czyli tzw. Outback. Tak mówi się na interior w Australii, czyli bezkresne pustynie. Można się tam dostać tylko dzięki samochodowi z napędem na cztery koła, którego ja w 2002 roku nie miałem. Miałem za to bardzo dużą determinację, by wjechać ostro w kontynent, i to się udało. A przy okazji poznałem wspaniałych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś. 

- Udało nam się przejechać jeden z najtrudniejszych szlaków na świecie - Canning Stock Route. Prawie dwa tysiące kilometrów od jednej niewielkiej miejscowości do drugiej, a po drodze nie było nic: ani jednej stacji benzynowej, sklepu czy osady. Jedzie się przez busz, przez pustkowia jakich nie znajdziemy w Europie. Dlatego uważam, że ta wyprawa była najmocniejsza, choć jedna z wielu - bo w Australii gościłem już 16 razy. 

Rdzenni Australijczycy mają swoje przyzwyczajenia i nawyki. Niektóre mogą być z naszej perspektywy dość kontrowersyjne. Wśród nich jest np. spożywanie kangurzego mięsa. 

- Nie jestem fanem mięsa, trafia do mojego żołądka sporadycznie, i coraz rzadziej. Tak, u nas się go nie je, ale jest to kontrowersyjny temat również w Australii, ponieważ kangur to zwierzę, które znajduje się w herbie tego kraju. Część Australijczyków będzie się wypierać, że kiedykolwiek jadło takie mięso, inni powiedzą, że próbowali, ale wolą wołowinę lub baraninę. - W mojej książce ten wątek pojawia się w konkretnej sytuacji. Jest to spotkanie z Lynette przy ognisku, na którym piekliśmy  kangurze ogony. Aborygeni, a Lynette jest Aborygenką, jedzą mięso z kangurów, które jest smaczne, pożywne, ogony smakują trochę jak polska golonka.

Aborygeni żyją zupełnie inaczej niż my, w zgodzie z naturą. Ich język wciąż jest kultywowany, ale niełatwo jest a go poznać, wniknąć w tamto środowisko? 

 - To nie jest jeden, a wiele różnych języków w obrębie kontynentu. Myślę, że jest ich kilkadziesiąt. To, z naszej perspektywy, bardzo trudne języki, ale na szczęście dla nas większość Aborygenów posługuje się językiem angielskim.  Choć wielu z nich używa bardzo podstawowych słów, bo starsze pokolenia niekoniecznie chcą się komunikować z potomkami Europejczyków. Tamci ludzie więcej milczą, niż mówią i to trzeba uszanować, nawet jak się tego nie rozumie. Żyją z naturą i ją doskonale rozumieją, wprost przeciwnie do nas. 

Potrzebują też pewnie zaufania i czasu. 

- Dokładnie. Aby porozmawiać z Aborygenem i się do niego zbliżyć, potrzebny jest czas, dużo czasu,  albo wprowadzenie kogoś, kto ma  z nimi dobry kontakt. Aborygeni są wyjątkowo inteligentni i potrafią nas łatwo przejrzeć.  Możemy wylewać potoki słów, ukrywać nasze prawdziwe zamiary, a oni i tak doskonale wiedzą, jaka jest prawda - czy my możemy im pomóc, czy też wręcz przeciwnie, zaszkodzić. Czytają nas poza słowami.

Czy odwiedzając  ważne dla nich  miejsca, czuje się pan trochę jak jeden z nich? 

- Trudne pytanie.  Mówiąc o tym  porozumieniu, poruszamy się w zupełnie innym świecie - wierzeń i znaczeń. Przez wiele lat próbowałem zrozumieć, dlaczego tak bardzo ciągnie mnie do Australii. To właśnie jedna z bohaterek "9 ognisk", Bilawara, która stanęła na ścieżce mojego życia, powiedziała, że to może być "moje" miejsce.  Być może w poprzednich wcieleniach byłem Aborygenem, skoro ta kultura tak bardzo mnie porwała i ciągle ją zgłębiam, piszę i opowiadam na ten temat. Tak, czuję wewnętrzne poruszenie odwiedzając ich święte miejsca. 

Książka jest inna od Twoich poprzednich.  Widać to we wszystkich jej warstwach. Niełatwo jednoznacznie sklasyfikować tutaj gatunek, poza tym poruszasz wiele różnych tematów, przechodząc płynnie z jednego w drugi. Mówisz o istocie życia, teorii względności, o świetle. Tak naprawdę każdy rozmówca to jest trochę inna historia. Skąd pomysł na to, jak właściwie ma ta książka wyglądać?  

- Tę książkę wiele lat nosiłem w sobie, robiłem takie skromne notatki w komputerze. Jeśli coś wpadło do głowy, to tam to umieszczałem. A dlaczego taka forma?  Bo wiedziałem, że taką książkę chcę napisać, czyli coś,  Co będzie dyskursem osiągnięć nauki z wiedzą i mądrością Aborygenów. 

- Forma skrystalizowała się w marcu zeszłego roku, kiedy po raz pierwszy rozluźniono restrykcje i można było wybrać się do lasu. W ciągu pół godziny wyświetliło mi się, że będą dwie okładki, koniec książki będzie w jej środku, na lewych stronach będą cytaty, a na prawych dialogi przy ognisku. Wiedziałem, że to wszystko będzie się ze sobą przeplatać i te cytaty będą mocnym impulsem, aby czytelnik sięgnął po więcej. 

A co oznacza podział na dwie części? 

- Tworząc tę książkę, byłem i wciąż jestem, pod silnym wpływem inspiracji sztuką aborygeńską, która jest wielowarstwowa. Jeśli popatrzymy na tę sztukę tylko z punktu widzenia estetycznego, to powiemy, że są to po prostu jakieś przypadkowe kropki, kwiatki, figury geometryczne, wszystko bardzo miłe dla oka. I na tym się kończy nasz odbiór percepcyjny. Jeśli jednak zapytać Aborygena, być może powie nam, że ta sztuka jest księgą. Aborygeni nie mieli języka pisanego, tylko święte obrazy, w których zakodowane zostało bardzo wiele treści. Obrazkowe Pismo Święte. Moja książka też trochę taka jest - wielowarstwowa. Jednym z powodów, dla których podzieliłem ją na części jest to, że do rozdziału szóstego jest to dyskurs z nauką i tam toczy się ta batalia naukowców, którzy już 100 lat wstecz w temacie mechaniki kwantowej doszli do ściany i moim zdaniem od tego czasu nie bardzo ruszyli się do przodu. Choć badania wciąż trwają i technologicznie zaawansowanie nauki jest dziś potężne, to jednak odbijają się od ściany. A z drugiej strony - książki - mamy wiedzę przodków, która jest bezcenna. I do dnia dzisiejszego to jest jak woda i oliwa w jednej szklance, zawsze osobno, nawet po intensywnym mieszaniu... 

Czy to są rozmowy z prostymi ludźmi? 

I tak, i nie. Są prości, bo nie zawracają sobie głowy nakładaniem masek, bycie kimś innym. Ale w tej prostocie jest potężna wiedza. Oni nie zastanawiają się, tylko pewne rzeczy czują. Stąd też rozróżnienie pomiędzy dwoma systemami porządku społecznego. My żyjemy w społeczeństwie, rządzonym patriarchatem, czyli z nadrzędnością władzy, wyścigiem szczurów, walką o coraz to wyższe pozycje i dlatego u mnie - to mężczyźni siedzą przy ogniskach w pierwszej części książki, od pierwszej okładki. Z drugiej strony, jak weźmiemy książkę i przewrócimy ją na drugą stronę, mamy zaledwie trzy rozdziały, ale to jest z kolei symbol matriarchatu, czyli wiedzy opartej na czuciu niż "eksperymencie naukowym". Bo to ono jest ważniejsze dla Aborygenów. Historycznie, a jest to najstarsza z ocalałych na Ziemi cywilizacji, nie współzawodniczą między sobą, nie ma tam wyścigu szczurów, ani hierarchizacji społeczeństwa, tylko współpraca. Tam były starszyzny plemienne, ale nikt nigdy nie był szefem i to istniało przez 80 tysięcy lat. W miejsce rywalizacji - współpraca. My poszliśmy ścieżką opartą na nadrzędności, którą widzimy w strukturach państwowych, kościelnych itd. Tam tego nie było. 

Współczesna książka to już nie jest tylko tekst. 

- Tak, ale ja nie się wzorowałem na żadnej literaturze. Forma płynęła mi z wnętrza. Troszkę bałem się o wydanie tej książki, bo zdawałem sobie sprawę, że jest bardzo  "inna". Nawet usłyszałem opinię od jednego wydawnictwa: "Panie Marku, to jest bardzo ciekawe, co pan napisał, ale ja panu tego nie wydam, dlatego że nie miałbym obok czego tego postawić" . 

- Ja to doskonale rozumiem, bo taka ta książka jest - bardzo trudna do klasyfikacji, ale to nie było moim celem nadrzędnym, żeby stworzyć coś maksymalnie oryginalnego. Po prostu pisałem pod wpływem impulsu, a potem korygowałem pewne rzeczy. Słowo jest dla mnie niezwykle ważne, więc starałem się, że było mało ozdobników, żeby zostawała sama esencja.  Ale jak sugerujesz w pytaniu - jest coś więcej niż tekst. Jest warstwa ilustracyjna przywołująca na myśl tradycje XVIII wieku ale i współczesne obserwacje oczami dziecka, mojej córki. Jest też muzyka - synergicznie wydana z książką płyta, która mocno wprowadza w klimat tego co piszę. I są podcasty, które ukazują się cyklicznie do miesiąc, 9-tego dnia miesiąca o 9-tej wieczorem - i są to rozmowy przy ognisku. Dostęp do muzyki i podcastów jest w książce poprzez umieszczony tam kod QR. 

Czyli z pana książki można dowiedzieć się czegoś nowego o swoim życiu? 

- Myślę, że to jest książka o życiu, o nas i dla nas, i zaproszenie do łamania pewnych barier, z których nie zdajemy sobie sprawy. Np. z tego,  jak bardzo jesteśmy skażeni  taką, a nie inną percepcją świata. A świat jest inny niż nas uczono, o czym mówi nam jednej strony fizyka kwantowa, a z drugiej - wiedza ludów rdzennych. To, że postrzegamy go tak, a nie inaczej jest kwestią przyzwyczajenia, pośpiechu i przebodźcowania, które nas więzi w schematach, i jest to dalekie od bardziej wnikliwej i uważnej percepcji świata. O tym jest chyba moja książka. Chyba, bo dedykowałem ją Pomieszaniu i Wątpliwości.      

Czytaj również:

Najpiękniejsza jaskinia świata to cud natury

Księżycowe krajobrazy w Chorwacji 

Co warto zjeść podczas wyjazdu Co warto zjeść podczas urlopu w Chorwacji?

Zobacz także:

Styl.pl
Dowiedz się więcej na temat: Australia | Marek Tomalik | dziewięć ognisk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje