Reklama

Reklama

Aleksandra Radomska: ​Jak przetrwać trudny czas na świeczniku?

- To, co dzieje się w internecie, musi się przetoczyć i już. Wiele publicznych osób boryka się z tym. Kiedy cierpisz, nie siedzisz i nie czytasz komentarzy. Teraz wiem, że muszę bardziej zadbać o prywatną przestrzeń - mówi w rozmowie ze Styl.pl Aleksandra Radomska, autorka książki "Mam wątpliwość".

Ewa Koza, Styl.pl: - Jak wszyscy, którzy cię obserwują, widziałam twoje zdjęcia z mężem i radość z bycia w tej relacji. A potem nastąpił wielki krach, właściwe kumulacja problemów. Był rozwód, depresja, przeprowadzka, a ostatnio pojawiło się podejrzenie choroby nowotworowej. Dość dużo jak na jeden rok. Jak to przeżyć, gdy nie możesz zejść ze świecznika?

Aleksandra Radomska: - To trzeba przeżyć, żeby stać się mądrzejszym. Gdy dzielisz się ze światem pięknymi chwilami, dodajesz zdjęcia z partnerem, to nie bierzesz pod uwagę, że kiedyś będziesz musiała się z tego tłumaczyć czy za to przepraszać. Dzielisz się po prostu dobrymi momentami. Ludzie tak robią. Nie ma tu żadnej złotej granicy. Zawsze ktoś cię skrytykuje, że pokazujesz za dużo, albo za mało.

Reklama

- Lubimy oceniać. Wiadomo, nie pokazywałam naszych złych chwil. Wydawało mi się, że to naturalne. Część obserwujących interpretowała to jako okłamywanie ich, ale wiem, że gdybym to robiła, pojawiłyby się zarzuty, że epatuję prywatnością i nie mam żadnych granic. Nie ma dobrego schematu działania. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.

- Teraz dbam, by nie dopuścić do sytuacji, w której nie mam żadnej swojej przestrzeni, takiego wentylu bezpieczeństwa. Miejsca, osoby, do której mogę uciec i tam nie być na tym świeczniku. Pomyśleć sobie, że tam toczy się moje prawdziwe życie. Tam jest przestrzeń na wszystkie emocje, których nikt nie ma prawa oceniać. Ani oceniać mnie. Każdy człowiek powinien mieć taką bazę. To, co dzieje się w internecie, musi się przetoczyć i już. Wiele osób publicznych się z tym boryka. Kiedy cierpisz, nie siedzisz i nie czytasz komentarzy. Żeby to przeżyć, trzeba chyba popełnić błąd, który zrobiłam. Teraz wiem, że muszę bardziej  zadbać o prywatną przestrzeń. 

Miałaś kogoś kto cię wspierał?

- Tak, przyjaciółkę. Ta prywatna przestrzeń tworzyła się symultanicznie. Nie miałam jej od zawsze. Bogu dzięki, że zaczęła się tworzyć, bo myślę, że nie przetrwałabym tego sama. W najtrudniejszych momentach była przy mnie Ola. Obciążające było dla mnie to, że część mojej pracy wymaga, bym wróciła do równowagi, niezależnie od tego, czy mam na to siłę, czy jeszcze nie. Takie mam obowiązki. Gdybym miała wyjść na scenę, to bym wyszła.

- Gdybym pracowała w sklepie to też bym do niego poszła i robiła swoje. Tyle, że w sklepie koncentrujesz się chyba na wykonywanych czynnościach i humor nie ma aż tak dużego znaczenia. W mojej pracy nastrój jest na pierwszym planie. Widać go, a ludzie czują się uprawnieni do tego, by go komentować. Pisać do mnie, co o nim myślą i co w związku z tym czują. Jak im z tym jest.

- Do tej pory się zdarza, że dodaje na przykład post, że wniosłam sama zakupy, a w reakcji pojawiają się pytania: "a gdzie mąż?" Ludzie są tak skonstruowani. Ja ich nie zmienię.

Gdyby kiedyś przytrafiła ci się inna trudna historia, to jak wolałabyś ją przeżyć ciągle będąc na tym świeczniku?

-  Na pewno bardziej to spersonalizować. Niech posty, które muszą zaistnieć w internecie, tam funkcjonują, ale obok tego niech będzie przestrzeń na moją prywatność. Żebym mogła sobie pozwolić, tak jak każdy inny człowiek, na umowne L4. Mimo, że mam pracę, którą uwielbiam, nie mam takiej możliwości. Było mi z tym bardzo źle, że nie mogłam zniknąć. Potrzebowałam ucichnąć na miesiąc, może dwa, ale nawet jeśli ludzie by mi to wybaczyli, to algorytmy już nie.

Nie zniknęłaś nawet na chwilę?

- Zrobiłam tylko kilkudniową przerwę. Nie byłam w stanie się uśmiechać, ale coś publikowałam. Moja głowa ciągle była w internecie. Nie odcięłam się. To jest temat do rozmowy z terapeutką, bo moja praca jest już chyba moim nałogiem. Presję robią też algorytmy. Takich kont, jak moje, jest mnóstwo. Wystarczy chwila, by stracić coś, na co pracowałam latami i co jest moim źródłem utrzymania. To nie jest tylko niewinne hobby.

- W przyszłości chciałabym mieć możliwość, żeby w trudnym momencie powiedzieć moim odbiorcom, że przechodzę przez coś skomplikowanego. Nie robić z tego reality show, tylko dać sobie czas na przeżycie wszystkich emocji i żałoby, której taka sytuacja wymaga, czyli nie tylko smutku, ale też złości i wkur...... Wydaje mi się, że to się trochę udało.

- Większość myśli, że to było eleganckie rozstanie, z klasą. A ja wiem, jak było. Działy się bardzo trudne rzeczy, takie, które pozostaną we mnie na zawsze i takie, z którymi walczę na terapii. Ludzie nie muszą o tym wiedzieć. Boli mnie czytanie, że od lajków poprzestawiało mi się w głowie, że zdradzałam męża czy wybrałam karierę.

Zawsze znajdą się tacy, którzy wiedzą lepiej niż ty sama.

- Tak, i wytłumaczą mi, jak było. Kiedy słyszysz na swój temat nieprawdę, to masz ochotę to wyjaśnić, ale już tego nie zrobię. Ludzie wiedzą lepiej, więc co ja im będę tłumaczyć. To bez sensu. Nie chodzi o to, że prawda ma się obronić. Wiem, że ludzie będą żyli tą historią przez chwilę. Za moment ucichnie. Pojawią się inne rewelacje. Ktoś inny się rozstanie, komuś urodzi się dziecko. Będzie czym żyć. To jest moment, który trzeba przeżyć. Ważne, by zrobić to po swojemu, bez dzielenia się ze wszystkimi, bo nie wszyscy dobrze ci życzą. To była bardzo cenna lekcja.

Czy ludzie potrzebują cię rozliczać z tego, że zdecydowałaś się na rozwód?

- Raczej nie. Ale wyraźnie zobaczyłam, że każdy widzi to, co chce zobaczyć. Dostaję bardzo dużo historii kobiet, które w ogóle nie są związane z moją. Piszą te, którym mąż powiedział, że odchodzi. Pytają jak ja to przeżyłam i jak one mają to zrobić. Wynika z tego, że pisząca do mnie kobieta jest przekonana, że to mąż zostawił mnie, a ja mam jej doradzić.

- Nie mogę zrobić nic innego, jak napisać to, co powiedziałabym każdemu w trudnej sytuacji. Żeby nie wstydzić się prosić o pomoc i dać sobie czas na przeżycie bólu i straty. To jest przecież naturalne, że jesteś w rozpaczy i chce ci się wyć z bólu. Przeżyłaś coś trudnego. Nawet jeśli nie dasz temu przestrzeni i tak cię dopadnie. Żałobę trzeba przeżyć. To jest jedyne, co w tej chwili wiem.

- Piszą też do mnie kobiety, które czują się zainspirowane, że wyszłam ze związku i żyje sobie po swojemu. One też rozważają taki krok. Tu mogłabym pójść w stronę robienia z siebie ekspertki, bohaterki, która zagrzewa do rzucania domowego kieratu. "Dziewczyny, uciekajcie z domów i róbcie swoje, bo nie jesteście własnością swoich rodzin!"

- Oczywiście nigdy tego nie zrobię, zbyt dużo ludzi by na tym ucierpiało, a przede wszystkim nie mam prawa tego mówić. To, co uszczęśliwia mnie niekoniecznie uszczęśliwi inną kobietę. One widzą w mojej historii odzyskiwanie siebie i to, że ja teraz podróżuje, żyję, a moja córka ma dwa spokojne domy.

- To nie tak, że dostaję tylko negatywne wiadomości, choć dostaje ich dużo. Ale mam to szczęście, że przez wiele lat udało mi się zbudować silną społeczność. Wiadomo, są przypadkowe komentarze z internetu, gdy na przykład dodam feministyczny filmik, choćby ten o czerpaniu ze swojej seksualności. Wpadli wtedy jacyś prawicowi panowie, żeby poczęstować mnie stekiem wulgaryzmów. Wiadomo, że to nie jest moja społeczność, bo najpewniej nawet nie wiedzieli, co komentują.

- Myślę, że jestem szczęściarą. Z dumą stwierdzam, że od swoich dziewczyn dostaję dużo ciepła i wiadomości w stylu: "Ola, nie wiem, co się wydarzyło i nie mam prawa pytać, rozumiem, że jest ciężko" albo "lubiłam was, jako parę, lubię was oddzielnie i życzę wam obojgu dobrze". Zobacz, jaki to jest poziom! Nie wiem czy jest w tym moja zasługa...

Jest!

- Są też takie: "cokolwiek się nie wydarzy, wiem, że sobie poradzisz". Pojawiają się  pudelkowe: "chciałabym się zakochać, najlepiej już!" albo ciekawskie dopytywanie czy mam już kogoś. Ta nasza ludzka ciekawość zagania nas przecież na portale plotkarskie. Ileś milionów ludzi to czyta.

- Najczęściej dostaję masę ciepła, życzliwości i taktu. Czuję, że dziewczyny pytają nie dlatego, że chcą wiedzieć, ale z troski. Czasem jest to taka wymiana myśli, jak z koleżanką, siostrą czy sąsiadką. Tak czuję moją społeczność. Na ulicy bywa różnie. Zdarza się, że ktoś na przykład robi mi zdjęcia z ukrycia, choćby na wakacjach, gdy w kąpielówkach odbieram frytki dla córki.

- Ale jest też miło. Dziewczyny czasem rzucają mi się na szyję, bo wiedzą, że mogą. Idę Piotrkowską (główna ulica w Łodzi - przyp. red.), a wcześniej pisałam, że mam trudny czas i każde przytulenie się liczy, więc się nie wahajcie, gdy mnie zobaczycie. Wiedzę, że laska je lunch ze znajomymi, nic im nie wyjaśniając, podnosi się, podchodzi i bez słowa mnie przytuliła. Obie zaczynamy się śmiać i każda wie, o co chodzi. O taki świat walczyłam i na nim będę się skupiać.

- Czasem wysłuchuję cudzych trudnych historii, na przykład kobiet, które czują, że to ich ostatni dzwonek, żeby mieć dziecko. Walczą, ale to nie przynosi efektu. Mam wtedy ochotę powiedzieć, że może to tarczyca, rzucić się z radami, ale wiem, że to nie moje życie, więc mówię tylko, że cokolwiek się wydarzy, będzie wystarczająco. Że może nie warto się aż tak rozpaczliwie chwytać się tego dziecka. Pół żartem, pół serio rzucam, że idealizujemy zwykle to, czego nie mamy.

Jak odnajdujesz się w świecie, a którym hejt jest na porządku dziennym?

- To duże uproszczenie, że świat taki jest, choć jest. Ale każdy z nas ma jakiś mechanizm, który pomaga bronić swojej strefy komfortu. Moją metodą jest poczucie humoru. Nabijanie się także ze swojej bezradności i z tego, że na przykład nie mam miesiąc auta, bo totalnie zawaliłam. Jestem kiepska w załatwianiu spraw formalnych. Myślałam, że zadzwonienie po lawetę jest równoznaczne ze zgłoszeniem szkody, a nie jest. Więc miesiąc czekałam na naprawę, tymczasem sprawa nie została jeszcze zgłoszona. Robię z tego bekę.

- Myślę, że ludzie są różni. Masz wybór, na czym się skupisz. Możesz mieć super samochód i frustrować się, że jak go rozbijesz, to na wakacje jedziesz pociągiem, albo wręcz zostajesz w domu. Albo w analogicznej sytuacji potraktować ten pociąg jako przygodę. Śmiać się z tego, z czym ludzie jedzą kanapki czy z cen w Warsie. Możesz też przeżyć przygodę życia korzystając z toalety w pociągu. To zawsze jest adrenalina. Pośmiać się, podsłuchując cudze rozmowy czy analizować, jakie gazety kto czyta.

- Mamy taką cudowną możliwość wybierania, na czym się skoncentrujemy. Ludzie oczywiście bywają beznadziejni, co nie znaczy, że nie są dobrzy. Jeśli mam możliwość - wybieram kim się otaczam, gdzie przebywam i na jakich emocjach skupiam. Wybieram dobre. Kończę dzień, oglądając lekki serial, bo wtedy czuję się ciut lepiej.

- Nabijam się z siebie i ze świata. Odcinam się. Nie oglądam żadnych wiadomości, nie czytam newsów. Tylko wyjątkowe, globalne. Inaczej musiałabym się już chyba skulić w kącie, bo świat się pali, kobiety są mordowane, lodowce się topią, ziemia umiera, a ja nie mogę z tym nic zrobić. Wszyscy jesteśmy na tym tonącym statku, ale jeszcze jesteśmy.

- Pytanie, czy mam ten czas na jego pokładzie przepłakać czy przeżyć. Oczywiście są takie dni, jak dziś, że sobie płaczę, ale wiem, że wrócę do codzienności. To ja dostarczam ludziom uśmiech, a oni decydują czy chcą swój czas spędzić ze mną. Świat jest bardzo złożony, a jedyne, co może nas ocalić, to dobre wybory. Wybieranie ludzi, którzy sprawiają, że rośniemy, rzeczy, które sprawiają nam radość. Innej metody chyba nie ma.

Jestem zmęczona ludźmi, którzy mają swój lepszy świat i lepszą wizję wszystkiego. U nich wszystko jest tylko piękne i białe, takie  zakłamywanie rzeczywistości.

- Myślę, że symboliczną metaforą tej bieli, o której mówisz, jest esencja Instagrama, którego koncepcja się teraz zmienia. To jest ten piękny świat idealnych ludzi, cudownych, szczupłych kobiet, uśmiechniętych bobasków, umięśnionych mężczyzn i fantastycznych relacji. W sumie to nie wiadomo skąd te rozwody, przecież wszyscy są tam tacy szczęśliwi! Dla mnie to jest kręcenie sobie bata na własne cztery litery.

- Takich prześmiewczych i sarkastycznych kont, jak moje, jest teraz więcej, ale kiedy startowałam, zaczynałam od obśmiewania tej bieli. Opluwałam biel, ale nie po to, żeby ją obrazić, tylko po to, żeby stawała się bardziej ludzka. Okazało się, że takie odpięcie przyciasnego paska w spodniach było ludziom bardzo potrzebne. Za tym stoi mój sukces. "Mam wątpliwość" na Facebooku i "Radomska" na Instagramie to były oddzielne byty. Te konta nie były połączone, to były dwie różne publiczności.

- Za moim sukcesem na Instagramie stało pokazywanie, że bywa szaro, ale szary to też jest kolor.

Które konto powstało wcześniej?

- "Mam wątpliwość" na Facebooku. Prowadzę je już dwunasty rok. Moje konto na Instagramie ma chyba dziewięć lat.

A co z tym hejtem z powodu rozwoju?

- Zdarza się. Są pojedyncze zdania, ale nie jest to jakiś uporczywy hejt. Przewija się między komentarzami, ale życzliwe mi osoby się udzielają i reagują na tę nienawiść. Znalazłam nawet forum na swój temat. Była tam analizowana moja sytuacja, to jak bardzo się zmieniłam, jak mi odbiło po publikacji książki, że mąż mnie zastawił, a właściwie to ja go zostawiłam, bo mi się popieprzyło w głowie od lajków.

- W sumie moje małżeństwo zostało wycenione na sto tysięcy lajków. Nie wiem czy to dużo, czy mało. Przeczytałam: "to był człowiek, z którym miałaś spędzić całe życie, a wybrałaś lajki!?"

- Raz weszłam na to form, popłakałam chwilę, a potem stwierdzałam, że to nie jest moje, to nie jest o mnie. To jest czas, który ktoś poświęca na to, żeby zgnoić drugiego człowieka.

Bo ma tak beznadziejne życie, że znajduje ulgę tylko w dowalaniu innym?

- Bo on by tak, siak czy owak zrobił. A to, o czym piszą, nie ma nic wspólnego z moją sytuacją. To ich wyobrażenie o mnie.

Słyszę, że to cię dotyka, boli, ale umiesz sobie z tym radzić.

- Po tylu latach już muszę.

Wydarzenia z twojego ostatniego roku mogą zmęczyć już wtedy, gdy się o nich czyta, albo słucha w twoich relacjach. Twoje życie jest takie intensywne. Czy ostatni czas był wyjątkowy?

- To był ekstremalnie trudny rok. Dlatego teraz pracuję nad tym, jak działać na wysokich obrotach z jednoczesnym szacunkiem do swoich słabości i ograniczonych zasobów. Od kilku lat działam bardzo intensywnie. Występuję na scenie, jestem na konferencjach, nagrywam, wymyślam i piszę. A potem daję sobie przestrzeń na reset.

- Po dwóch tygodniach wakacji z córką, na weekend zaszyłam się w domu, ale tak dosłownie. Nawet nie wyszłam po jedzenie. Siedziałam owinięta kocem, nie gadałam z nikim, nawet nie włączyłam muzyki. Odreagowywałam. Regenerowałam się w ciszy. Tak wygląda moje życie.

- Dbam, żeby pamiętać, że skoro daję z siebie 200 proc., to zaciągam kredyt, ale ten kredyt trzeba spłacić. Lepiej go spłacić na dogodnych dla siebie warunkach, niż odkryć, że znów musisz dać 200, a masz minus 500. Nad tym teraz intensywnie pracuję. Ten rok był straszny. Nawet nie miałam kiedy dać z siebie 200 proc., bo nie doszłam do tego poziomu, ale mam nadzieję, że wrócę do pełnej formy.

Jakie masz wnioski dla siebie, nie dla świata, po tym roku?

- Myślę, że za rok, może dwa, powiem sobie, że wszystko ma swój czas i trzeba sobie go dać. Teraz jeszcze pomstuję, że nie jestem w pełni sił, że nie ma kolejnej książki, kolejnego e-booka i wielu występów na scenie. Z tym się boksuję, chyba za mocno.

- Teraz wiem, że życie się może bardzo szybko spiep.... i to bez naszego udziału. Zawsze uważałam, że na dobre chwile trzeba zasłużyć. Że dopiero jak zrobię to, to będę mogła coś innego. Od pół roku uczę się wyszarpywać te dobre chwile. Sama je sobie organizuję. Gdzieś jadę, coś przeżywam. Jestem dużo bardziej spontaniczna. Musiałam być dorosła i dojrzała, podejmować tyle trudnych decyzji. Kiedyś byłam szalona, bo byłam młoda, a teraz jestem szalona z pełną premedytacją. Robię głupoty świadomie, bo sprawiają mi dziką radość.

Trafiłam na twój vlog o reklamacji do Disneya. Czytasz w nim fragment swojej książki. Gdybyś słała mu tę petycje, z przyjemnością się pod nią podpiszę. Wciskał nam niezły kit, obiecując, że przyjdzie ktoś, kto nas pokocha, mimo że my nie kochamy siebie. Od lat jesteśmy karmieni taką mityczną wersją świata, w której biały welon jest zwieńczeniem szczęścia.

- Ostatnio odkrywam w rozmowach z młodszymi ode mnie mężczyznami, że oni też mają to ciśnienie, by mieć jedną dziewczynę czy żonę, która zaspokoi ich potrzeby. Zdziwiło mnie, że tak zdecydowanie mówią, że oni też chcą mieć dzieci. Zawsze mi się wydawało, że to takie nasze, kobiece. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy tym Disneyem wykarmieni.

- Ludzie często mnie pytają, czy będę znów w związku. To, że teraz jestem w terapii i  pracuję nad sztamą ze sobą, jest najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić, nie tylko dla siebie, ale też dla kogoś, kto chciałby się w moim życiu pojawić. Jestem daleka od tego, że chciałabym znowu relacji, w której dzielę z kimś całe moje życie i każdego wieczora z nim zasypiam.

- Takie czekanie, że ktoś rozwiąże twój problem, utuli lęk, jest tak strasznie nie fair. W jakiej sytuacji stawia to potencjalną partnerkę czy partnera? Oczekuje motylków w brzuchu, a dostaje informację, że ma być czyimś wybawcą. Człowiekiem, który rozwiąże problemy, zaakceptuje kompleksy i udowodni, że życie może być piękne.

Ściema, w której jedna osoba w tej relacji ustawiona jest w pozycji dziecka, a druga opiekuna. Tu nie ma miejsca na partnerstwo.

- Partner może potrzebować wsparcia, ja też, ale nie może być tak, że czekam aż ktoś wszystko za mnie załatwi. Podniesie mnie z podłogi i poukłada mi życie. Nie jest tak, że muszę z kimś być, bo rozpaczliwie tego potrzebuję. Jeśli ktoś się pojawi, będzie super. Jeśli nie, to jestem absolutnie przekonana, że dam sobie świetnie radę. Życie ze sobą jest dobre, nie musi kręcić się tylko wokół związków.

- Znam zresztą bardzo mało takich, które mogłyby być referencją tego, co chciałabym osiągnąć. Krytycznie przyglądam się relacjom. Teraz, gdy wiele osób mi współczuje, bo rozpadło się moje małżeństwo, mam czasem ochotę zapytać: "serio, ty mi współczujesz?" Bo patrząc z boku, nie chciałabym życia, jakim żyje wielu ludzi. Tego, które wpisano w społeczne kanony szczęścia. Opartego na przyzwyczajeniach i żałosnej, a może naiwnej pewności, że ten ktoś, choćby nie wiem co się działo i tak zawsze przy mnie będzie. Musi, bo jest partnerem, mężem czy żoną. Więc w ogóle nie trzeba się starać i przeżywać niczego fajnego.

- Mam pracę, dzięki której jestem niezależna, miałam jakieś oszczędności. Nie każda kobieta ma szansę na wyjście z niedobrej dla siebie relacji. Jedyne co mogę robić, to mówić: "dziewczyno, nie zapominaj o sobie, swoich potrzebach i swojej pracy. Nie pozwól na to, by być zależną." Oczywiście wszyscy jesteśmy od siebie zależni, tylko, żeby się nie okazało, że jesteś z kimś, bo nie masz innego wyjścia.

Czym jest dla ciebie dojrzałość?

- Akceptowaniem tego, że nie wszystko jest takie, jak ja uważam, że być powinno. Respektowaniem granic innych ludzi. Coś może mi się nie podobać, ale to nie daje mi prawa do ingerowania w życie i wybory innych ludzi. Nie mogę im niczego nakazać, żądać czy wymagać. Jestem odpowiedzialna tylko za swój los. Dojrzałość jest też akceptacją wszystkich emocji.

****

Aleksandra Radomska - autorka książki "Mam wątpliwość", której sprzedaż przerosła najśmielsze oczekiwania wydawców. Barwny ptak mediów społecznościowych i komiczka codzienności.

***

Zobacz także:

Polacy uważają flirt za zdradę. Ale od niego nie stronią

Szef Tindera zdradza, jak pandemia wpłynęła na randki w sieci. Zaskakujące!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje