Reklama

Reklama

Alexandra Lamy: Nigdy nie miałam obsesji na punkcie mojego wizerunku

Mam tyle lat, ile mam i tego nie zmienię. Mało tego, zupełnie mi to nie przeszkadza - posiadam tyle nowych projektów, pasji i planów, że nie interesują mnie moje kolejne zmarszczki, chociaż nie wiem, czy z czasem się to się zmieni - przyznaje w rozmowie z Joanną Orzechowską aktorka Alexandra Lamy, ulubienica Francuzów, gwiazda filmów "Kręcisz mnie" i "Le sens de la famille".

Joanna Orzechowska-Bonis: Można powiedzieć, że jako aktorka miała pani różne życia. Pracowała pani w telewizji, aby porzucić ją dla kariery filmowej i teatralnej, przechodziła pani płynnie od popularnych komedii do dramatów. Jest pani aktorką - kameleonem..  

Alexandra Lama: To prawda - muszę być wciąż w ruchu. Inaczej się duszę. Już jako mała dziewczynka uwielbiałam wciąż zmieniać ubrania czy zabawy. Uwielbiam ewoluować i podejmować wyzwania, choćby te najmniejsze.

- Nie wydaje mi się jednak, abym dokonywała jakichś ekstrawaganckich wyborów: dramaty posiadają przecież w sobie zawsze zalążek komedii, a komedie często wiodą do dramatów. Uważam, że my, aktorzy, powinniśmy zawsze łamać ustalone kody i emploi, w którym mamy tendencję się zamykać - to nasza szansa na rozwój i uniknięcie rutyny.

Reklama

- Zawsze uważałam na to, żeby nie stać się karykaturą samej siebie, dlatego zawsze w pewnym momencie wszystko zostawiałam. Stąd moje oscylowanie między komedią i dramatem, filmem i teatrem.

Jak walczy pani o tę różnorodność? Wychodząc naprzeciw spotkaniom i propozycjom?

- Chciałabym się tego nauczyć, ponieważ niestety czekam raczej, aż ktoś się mną zainteresuje. Powtarzam sobie zawsze - jeśli będą chcieli ze mną pracować, wiedzą gdzie mnie znaleźć. Ale bardzo podoba mi się moja kariera, właśnie ze względu na jej nietypowy charakter: ponieważ nigdy niczego nie planowałam, akceptowałam bardzo odmienne od siebie projekty.

- Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że pozostaje mi wciąż wiele do odkrycia - tym lepiej. Nigdy nie będę zblazowana!

W życiu prywatnym również  rozpoczynała pani kilka razy od nowa - ostatnio dobrze po czterdziestce. Jak poradziła sobie pani z bardzo nagłośnionym rozstaniem z Jeanem Dujardinem (Jean Dujardin, zdobywca Oskara ze rolę w "Artyście"ożenił się następnie z dużo młodszą łyżwiarką - przyp. red.)? Opuściła pani Francję, uciekając przez mediami, po kilku latach powróciła pani jednak triumfalnie nad Sekwanę. Czy ta zdolność do odradzania się  jest w pani wypadku kwestią charakteru?

- Uważam, że każde przeżycie czy podjęta decyzja wiedzie nas ku kolejnym etapom naszego życia. Najgorszy jest bezruch, zastygnięcie w często toksycznym status quo. Nie twierdzę, że podejmowanie poważnych życiowych decyzji jest rzeczą łatwą, ale w każdej sytuacji powinniśmy pozostawać naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Opuściłam Francję, ponieważ rozpętana wokół nas medialna wrzawa zaczęła szkodzić mnie samej i mojej córce z pierwszego małżeństwa.

- Musiałam się ratować. Czułam potrzebę spokoju, anonimowości oraz zwykłej ludzkiej życzliwości, choćby ze strony przypadkowych osób. To wszystko znalazłam w Londynie. Pragnęłam dać sobie czas, aby się odnaleźć i znowu poczuć się dobrze sama ze sobą, odzyskać poczucie stabilności i przestać żałować, że stało się tak a nie inaczej.

- Nie było mi łatwo, ale jednocześnie byłam szczęśliwa - całe moje życie uległo radykalnej zmianie. Nigdy nie bałam się zaczynać od nowa, to rzeczywiście kwestia charakteru. 

- Nie sądzę też, żeby wiek odgrywał tu jakąś specjalną rolę: są kobiety, które rozwodzą się po siedemdziesiątce i budują wszystko na nowo. Trzeba wierzyć w siebie i nie bać się, że może nam się nie udać. Ponieważ taka ewentualność rzeczywiście istnieje.

Dużo mówi się ostatnio o rezyliencji - jest pani jej doskonałym przykładem

- Myślę, że nie do końca - moje dzieciństwo i młodość były bardzo szczęśliwe, mam cudowną córkę i zawód, który kocham. Owszem, w moim życiu osobistym istniały traumy i zakręty, ale z podobnymi problemami zmagają się miliony kobiet na całym świecie.

- W pewnym sensie prawie wszyscy odradzamy się, czyli przeżywamy rezyliencję, tyle że na różnych etapach naszego życia. Na to aby się podnieść potrzeba jednak sił - mnie dała je miłość najbliższych i zawodowa pasja. Życie aktorów jest zresztą dość skomplikowane: ten zawód pożera energię, uwagę i czas.

- Aktorzy potrzebują wolności, a wolność nie idzie w parze ze stabilnością. Z drugiej strony mamy jednak to szczęście, że grane przez nas postaci w pewnym stopniu nas kształtują -  pozwala to nam relatywizować wiele spraw.

Po rozwodzie w Jeanem Dujardinem nie tylko odbudowała pani swoje życie osobiste, ale również zbudowała nową karierę zawodową. Po latach spędzonych w jego cieniu stała się pani jedną z ulubionych aktorek Francuzów. To wszystko w wieku, kiedy pani koleżanki po fachu często bez powodzenia poszukują ról...

- Życie nie zatrzymuje się w chwili rozstania czy rozwodu - dopóki żyjemy musimy iść naszą własną drogą. To tylko kwestia kolejnych etapów: dzisiaj uświadamiam sobie, że to doświadczenie pozwoliło mi stanąć na własnych nogach, zaistnieć. Nasze społeczeństwo pozostaje wciąż społeczeństwem bardzo maczystowskim, liczy się w nim przede wszystkim kariera mężczyzny.

- Wciąż mówi się o tym, że ktoś jest czyjąś żoną, tak jakby była ona dodatkiem do tego czy innego znanego pana.  Dlatego uważam, że problemy osobiste pozwalają wielu kobietom ewoluować.

Czy nie przeszkadza pani to, że media wciąż analizują panią pod kątem 50-latki, która nie dała się losowi?

- Nie, ponieważ nie czuję się ofiarą. A wiek? Cóż, mam tyle lat, ile mam i tego nie zmienię. Mało tego, zupełnie mi to nie przeszkadza - posiadam tyle nowych projektów, pasji i planów, że nie interesują mnie moje kolejne zmarszczki, chociaż nie wiem, czy z czasem się to się zmieni.

- Pragnę wciąż pracować w moim zawodzie i być szczęśliwą - to moje priorytety. Nigdy nie miałam obsesji na punckie mojego wizerunku - po prostu kontynuuję moją życiową drogę, najlepiej jak potrafię.

- Cieszę się też z tego co posiadam - to życiowa mądrość, którą nabywa się z wiekiem. Nieważne, ile ma się lat, ważne, aby zachować w sobie życie, spontaniczność reakcji i wewnętrzną godność. Uważam jednak, żeby nie stać się kobietonem, tym bardziej że mam tendencję do kontrolowania dosłownie wszystkiego.

- Jeśli chce się żyć w parze, druga osoba musi mieć poczucie, że coś nam daje, inaczej czuje się bezużyteczna. Ale nie chcę już nigdy niczego udawać.

Zawód aktorki opiera się jednak na fizyczności, nie może więc pani zupełnie zapomnieć o swoim wyglądzie.

- Zawsze należy o siebie dbać. Wzorem pozostaje dla mnie moja mama, która przywiązywała ogromną wagę do swojego wyglądu. Zapewne również z tego powodu moi rodzice są w sobie wciąż zakochani. Po tylu latach małżeństwa wciąż się całują, trzymają się za rękę... Ja zaś pocieszam się, że publiczność ciągle rozpoznaje mnie na ekranie.

Pani kariera aktorska jest bardzo dynamiczna. Co panią napędza? Nowe wyzwania artystyczne? Ludzie? Marzenia?

- Jestem przekonana, że w życiu należy iść wciąż do przodu, rozwijać się, uczyć. Czuję się spełniona jako aktorka, ale obecnie przygotowuję się do nowego etapu: zamierzam zrealizować film dla telewizji. Pragnę opowiedzieć pewną historię, zamknąć ją w formie scenariusza i przenieść na ekran.

- Jako 50-latka posiadam jeszcze całe mnóstwo innych projektów: marzy mi się własna firma produkcyjna, seriale, projekty filmowe. Nie wiem, kiedy się zatrzymam!

O czym będzie mówił pani reżyserski debiut?

- Bardzo ważny jest dla mnie problem przemocy w rodzinie - mój film będzie opowiadał więc o kobietach, które padają jej ofiarą. Będę towarzyszyła moim bohaterkom w trakcie warsztatów, których celem jest odzyskanie integralności psychicznej i fizycznej.

- Powracamy tu znowu do problemu rezyliencji, niestety w dużo bardziej dramatycznym kontekście. To przerażające, że przemoc wobec słabszych jest wciąż obecna w naszym społeczeństwie.

- Nawiasem mówiąc, bardzo odpowiada mi forma telewizyjnego przekazu: telewizja dużo szybciej reaguje na problemy społeczne. Przyciąga też miliony widzów, a mnie zależy na tym, aby moje filmy były widziane i komentowane. Tylko wtedy można choć trochę zmienić świat.

Zagrała pani ostatnio główną rolę w komedii "Le sens de la famille". Ta farsa na temat dysfunkcyjnej rodziny przekształca się, paradoksalnie, w rodzaj hymnu na jej cześć. Zagrała w niej pani zbuntowaną matkę. Jeszcze jedna rola buntowniczki?

- To rodzina jakich wiele - wprawdzie wszyscy się w niej kochają, ale nikt nikogo nie słucha, nikt się nikim nie interesuje. Kiedy w wyniku interwencji magicznych sił członkowie klanu wymieniają się rolami, uświadamiają sobie, jakie są trudne i jak niesprawiedliwe bywają nasze oceny. Film obnaża liczne schematy ,również jeśli chodzi o sam wizerunek rodziny - na Instagramie wszystko wydaje się wspaniałe, ale kiedy zajrzymy za kulisy, włos jeży się na głowie! Przy odrobinie dobrej woli wiele więzi można jednak odbudować.

Pani sama pozostaje bardzo związana z własną rodziną i wierna przyjaźniom. Czy to pani kolejny sposób na szczęście?

- Z pewnością! Moja młodsza siostra Audrey (Audrey Lamy - również aktorka - przyp. red.) jest jednocześnie moją najlepszą przyjaciółką. Jesteśmy nierozłączne, mimo że dzieli nas 10 lat. Kiedy przyszła na świat, od razu stała się moją ulubioną, żywą lalką. Nigdy nie straciłyśmy ze sobą kontaktu. Za przyjaciółkę uważam również moją córkę, nigdy jednak nie pozwalam sobie na przekroczenie granic intymności - w każdej sytuacji pozostaję jej matką.

- Nasze stosunki są obecnie bardzo dobre, ale przeszłyśmy przez kryzys w epoce jej nastoletniego buntu. Mam też oczywiście innych bliskich przyjaciół - tych, którzy zdali egzamin czasu. I sukcesu: najlepszym sposobem przetestowania przyjaźni jest sprawdzenie, czy dana osoba cieszy się z naszych osiągnięć. W nieszczęściu zawsze znajdzie się jakaś przyjazna dusza, ale kiedy wszystko idzie świetnie, bywa gorzej. Moja siostra cieszy się na zapas, dlatego tak ją kocham.

Jak określiłaby pani obecnie Alexandrę Lamy - kobietę i aktorkę?

- Jako osobę pogodną, solidną i wiedzącą, czego pragnie. Jako kogoś, kto osiągnął wewnętrzną harmonię i potrafi korzystać z przyjemności życia. Zapewniam, że jest to możliwe, nawet jeśli przychodzi dość późno.

Zobacz także:


 

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje