Reklama

Szymon J. Wróbel: „Piotr cały czas ma nadzieję, że syn kiedyś stanie w drzwiach"

- Gdy nie miałem dziecka, nie potrafiłem do końca zrozumieć moich bohaterów. Kiedy Błażej się pojawił, zdałem sobie sprawę, że gdyby zaginął, byłbym w stanie oddać wszystko, by tylko go odnaleźć. Nie dziwię się, że ludzie potrafili zastawiać domy, robili rzeczy, które normalnie nie przyszłyby im do głowy. Nawet kupić samochód wróżce, która obiecuje, że odnajdzie nasze dziecko – mówi Szymon J. Wróbel, autor książki „Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają”.

Natalia Grygny, Interia: Czym jest dla ciebie stan zawieszenia?

Szymon J. Wróbel, dziennikarz, pisarz, autor książki "Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają": - Trudno mi go opisać. Nie tylko mnie - niech świadczy o tym fakt, że w książce chcieliśmy zawrzeć rozdział, w którym głos zabrałby psycholog lub specjalista mogący opisać, wytłumaczyć te emocje. Wyobraź sobie, że zrobiliśmy dwa podejścia i okazało się, że słowa nie są w stanie tego oddać. To najlepszy przykład na to, że jeśli sami tego stanu nie doświadczymy, to nie ma za bardzo jak go opisać. Dla mnie "zawieszenie" wykracza poza percepcję. Niedawno jeden z dziennikarzy powiedział mi, że przeżył coś takiego, gdy czekał na diagnozę - czy jest poważnie chory czy nie. Myślę, że tylko taką skalą można to próbować porównywać. W przypadku poszukiwań też trochę czeka się niczym na wyrok: czy nasze życie zmieni swój bieg, czy nie?, a jeśli tak to na jaki?". Chyba tylko do tego mógłbym to porównać.

Reklama

Rocznie w Polsce kilkanaście tysięcy osób otrzymuje status zaginionych, z czego jakieś 10 proc. nigdy się nie odnajduje. Ich rodziny, cytując fragment książki, "trwają zawieszeni między dwoma światami".

- Ten stan kompletnie zmienia życie bohaterów, bo nie da się zapomnieć o tym, że ktoś nagle przepadł jak kamień w wodę. Na przykład Vlad, którego historię opisałem w książce - kiedy pisałem do jego mamy wieczorem, myśląc że  odpisze mi rano, ona odpisywała od razu. Rodziny zaginionych mają świadomość, że każdy telefon, każdy sms...

... to "ta" wiadomość?

- Wiadomość, która może wpłynąć na rozwiązanie sprawy. Taki stan całkowicie zmienia życie. Tu nie ma pozytywnego zakończenia. Nawet jeśli przyjmiemy, że ktoś się odnajdzie, przez ten czas staje się innym człowiekiem. W tym czasie przecież wydarzyło się coś, co zmieniło zarówno osobę zaginioną, jak i jego bliskich czy przyjaciół. Niektóre rodziny nie wiedzą, czy mogą pytać te osoby o to, co się wydarzyło przez ten czas. Jeżeli kogoś poszukujemy, nasze życie jest podporządkowane wyłącznie poszukiwaniom. Gdy wyczerpują się możliwości, a całość trwa latami, rodziny, aby ukoić swoje nerwy, rodziny często koncentrują się na pisaniu pism. Przede wszystkim do różnych instytucji.

Zobacz też: "Byłaś tylko w dziewiątym tygodniu". O poronieniu, samotności i odzyskanym życiu

W książce jeden z bohaterów wspomina też o pismach do polityków.

- Oczywiście! Człowiek ma potrzebę ciągłego robienia czegoś, bo może ten konkretny ruch coś zmieni, pomoże. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy osoba na łożu śmierci nadal nie wie, co się stało z bliską osobą albo  w której życie dobiega końca i mamy, być może, parę godzin na to, by poznać prawdę. Jeśli jesteśmy wierzący, mamy nadzieję, że poznamy ją na drugim świecie. A jeżeli nie wierzymy w ten "lepszy świat", to przeraża nas to, że zostajemy z dodatkową pustką, dodatkowym bólem. Każde odejście jest bólem, ale tu uderza ze zdwojoną siłą. Takie sprawy również dokumentowałem. Zaginięcie kogoś bliskiego i stan zawieszenia to coś, co zmienia tych ludzi, powoduje, że ich plany i marzenia sypią się jak domek z kart. Bo my wszyscy, również bohaterowie książki, mają plany i marzenia związane ze swoim życiem i zaginionymi, a tutaj? Nagle wszystko przestawia się na tory o nazwie "poszukiwania". Nawet jeśli ktoś twierdzi, że upłynęło tyle lat i pogodził się ze stratą,  że już nie szuka, to i tak cały czas o tym myśli.

Brzmi jak "zatrzymany kalendarz" - tak pierwotnie miała się nazywać twoja książka.

- Tak jest. Bliscy zaginionych podkreślali, że ten czas się zatrzymał. A rocznice, święta, czy pamiętne momenty tylko potęgują emocje. Tkwiła we mnie potrzeba opisania tego procesu, bo zazwyczaj patrzymy na zaginionych pod kątem sensacyjnych tytułów albo  kolejnej informacji, która gdzieś się pojawia i tak samo szybko znika na naszych social mediach. Mało energii poświęca się temu, by pokazać ten, jakże niewyobrażalny, stan psychiczny. Co więcej, mało mówi się o tym, jak niewielu w Polsce jest specjalistów, którzy mogą takim rodzinom pomóc.

To ilu jest w Polsce takich specjalistów?

- W ostatnim czasie dużo mówi się o zaginięciu 17-letniego Krzysztofa Dymińskiego. Jego mama, Agnieszka Dymińska, opowiadała mi, że nie otrzymali z urzędu psychologa - policja przekazała numer do centrum interwencji kryzysowej i to by było na tyle. Wspominała, że tak naprawdę rodzina - zamiast psychologa, który z nimi usiądzie i ich posłucha, bo to może zrobić ktoś z rodziny i przyjaciół - potrzebowała psychotraumatologa. Specjalista powiedziałby im, jak w tej sytuacji mają żyć. A tego typu ekspertów jest w Polsce jak na lekarstwo. Dosłownie garstka. 

- Rozmawiamy w Żywcu. Niedaleko nas, bo w Bielsku-Białej, otwarto nowy oddział psychiatrycznego szpitala dziecięcego. Zapełnił się od razu. Teraz przyjmują tam tylko dzieciaki w najcięższym stanie, po próbach samobójczych. Bo nie ma miejsc. Wszyscy inni są odsyłani dalej. To poważny systemowy problem, nad którym trzeba w końcu się zastanowić. Bo te sytuacje są w jakimś stopniu powiązane z tematem zaginięć. Problemy psychiczne, pandemia... Moim zdaniem skupiliśmy się na uproszczonej dyskusji, czy szczepionki były dobre i złe. Nikt się nie zastanowił nad tym, jakie skutki psychiczne, zwłaszcza wśród młodzieży,  pandemia przyniosła ze sobą. Jest szereg problemów, z którymi te zaginięcia się wiążą. A nad którymi, mam poczucie, przez lata nikt się nie zastanawiał.

- W końcowym etapie pisania książki zadzwoniłem do Rafała Dillera, oficera pracującego w Archiwum X. Powiedziałem mu wprost: w tej książce policja nie jest przedstawiona najlepiej, bo rodziny zaginionych miały takie, a nie inne doświadczenia. Przyznał, że zdaje sobie z tego sprawę, ale zwrócił uwagę, że w Polsce brakuje policjantów i jest jakieś 15-16 tys. wolnych wakatów. Te problemy się piętrzą.

O brakach kadrowych w policji mówi się od dawna.

- Jeżeli jeden policjant odchodzi na emeryturę, to muszą minąć lata, by odpowiednio wyszkolić następcę. Tutaj są wielkie zaniedbania, o których trzeba w końcu zacząć mówić. Bo później to wszystko odbija się m.in. na rodzinach osób zaginionych.

Które próbują jednocześnie szukać, odnaleźć się w całej sytuacji i jakoś funkcjonować, bo czas nie stoi w miejscu.

- Oczywiście. W tym kontekście słowo "trudne" to bardzo delikatne słowo, bo gdy w rodzinie mamy nieduży kłopot, piętrzą się emocje, różnie reagujemy, również je odreagowujemy. Tutaj mamy permanentny wielki problem. Potem on generuję masę innych, nawet mniejszych konfliktów, które rzutują na nasze życie codzienne. Żyjemy w ciągłym stanie naładowania emocjonalnego, czy nam się to podoba czy nie. Taki stan po prostu wyniszcza. Więc rodziny np. często dzwonią pytać, czy wiadomo coś nowego w ich sprawie.

Pomimo tego, że gdyby nastąpił przełom w sprawie, policja na pewno by o tym poinformowała.

- "Dzwonisz na policję i czujesz się jak natręt" - powiedziała jedna z bohaterek mojej książki. Czuła się niczym intruz, ktoś niepotrzebny. To jest smutne. W rutynie pewnych obowiązków zapomina się o podstawowej empatii w stosunku do rodzin, u których wydarzyła się wielka tragedia, która ciągnie się latami.  Tutaj znowu wrócę do kwestii systemowych: jeśli na danym terenie jednostki policyjnej jest osoba, o której wiemy, że od lat kogoś poszukuje i zdajemy sobie sprawę, że pewnie będzie dzwonić, powinno być przeświadczenie, że jeśli dzwoni, to ktoś powinien empatycznie z tą osobą rozmawiać. Pamiętajmy, że to osoba w traumie, a nie ktoś z mało ważną sprawą, którego należy, mówiąc kolokwialnie, spławić.

- W 2015 roku, pięć lat po zaginięciu Iwony Wieczorek, pojawił się raport, przygotowany przez Najwyższą Izbę Kontroli, "Poszukiwani, nieodnalezieni". Ukazał błędy i zaniedbania w kwestii poszukiwań osób zaginionych. Kiedy przeczytamy książkę "Zawieszeni" i zerkniemy do treści raportu, to okaże się, że na przestrzeni lat niewiele się zmieniło, jedynie pewne nazewnictwo.

Zobacz też: "W kajdankach jechał do umierającej matki". Opowieści z polskich więzień

To gdzie zaczynają się pierwsze błędy, jeśli chodzi o rozpoczęcie poszukiwań? W zasadzie nie ma określonego czasu od zaginięcia, od którego można zgłosić zaginięcie. Słynne "24 -48 godzin" to mit? Tu liczy się czas.

- Absolutnie mit. Ostatnio w trakcie spotkania autorskiego jedna z pań opowiadała mi, jak bardzo była zaniepokojona brakiem wiedzy o miejscu pobytu bliskiej osoby. Zgłosiła sprawę na komisariat, ale, na szczęście, wspomniana osoba odnalazła się w tym samym czasie. Skończyło się na "śmichach-chichach", ale jak to mówię: niech tych śmichów-chichów będzie jak najwięcej, gdziekolwiek miałyby wybrzmieć. Bo jeśli tylko czujemy, że z bliską osobą może być coś nie tak, zgłaszajmy to od razu!

- Janek Wołoszyn z Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej z Kęt mówi w książce, że przecież zaginięcie może się wiązać z próbą samobójczą. Wtedy wręcz minuty decydują o tym, czy taka wyspecjalizowana ekipa dotrze w odpowiednim czasie do tej osoby, czy nie. Czy uda się ją uratować, czy nie. Poza tym jest jeszcze kwestia śladów. A im dłużej będziemy zwlekać, tym poszukiwania mogą przynieść mniejszy efekt. Z kolei Bogdan Lach, który również wypowiada się jako ekspert, daje taką radę: jeśli na komisariacie ktoś odmawia przyjęcia zgłoszenia zaginięcia i mówi, abyśmy odczekali te 24-48 godzin, należy na piśmie żądać odmowy przyjęcia zgłoszenia. Często minuty i godziny decydują o tym, że mamy wpływ na odnalezienie kogoś.

- Ostatnio usłyszałem opowieść przypominającą tę o zaginięciu Madeleine McCann. Pewien mężczyzna jeździł w latach 80., jako dziecko, z rodzicami do Bułgarii. Zaginął na plaży. Rodzina zrobiła wielki rumor, wszyscy się zerwali i zaczęli szukać. Odnaleziono go kilkadziesiąt minut później w jakimś samochodzie, przebranego już w inne ubranie. Jak widać, czas odgrywa tu kluczową rolę. Cieszę się, że mamy teraz system "Child-Alert", stosowany głównie w przypadku prowadzeń rodzicielskich.

Czy można mówić o czymś takim, jak najczęstsze powody zaginięć?

- Nie ma statystyk, które by o tym mówiły. Nie ma też "tabelki", która by to jakoś porządkowała. Każdy przypadek jest inny. Nigdy nie wiemy, co siedzi w głowie drugiej osoby i co na nią wpływa. Uważam, że gdybyśmy część historii i wątków z tej książki wrzucili do kryminałów, ktoś pomyślałby, że autor konfabuluje i poniosła go fantazja. Życie pisze takie scenariusze, że czasami przerasta to wyobraźnię.  Przykłady można mnożyć i, podobnie jak Bogdan Lach, jestem wrogiem statystyk i uogólniania. Owszem, można przyjmować pewne statystyczne zachowania, ale i tak do końca nigdy nie wiemy, co było powodem. Dlatego też tak ważni są dobrzy policjanci z tzw. "nosem policyjnym", którzy przy pierwszym kontakcie potrafią wyczuć, z jakiego rodzaju zaginięciem mamy do czynienia i od tego uzależnić działania.

Piszesz, że niektóre historie mogłyby się znaleźć w kryminałach, bo nikt by w nie uwierzył. Jednak zaginięcia trafiły do mainstreamu - w końcu wokół nich można stworzyć wciągającą fabułę. Dla nas to wciągająca fabuła, a dla rodzin tragedia. Oni nie znają scenariusza, nie wiedzą, jaki będzie finał.

- W przedmowie do "Zawieszonych" Dominik Jałowiczor, którego siostra zaginęła w latach 90., mówi, że ma poczucie, że to film, w którym ktoś źle dobrał role. Rodzina przez cały czas żyje jak w kiepskiej produkcji. Ania Jałowiczor to dziewczynka, która zaginęła dosłownie na 400 metrach drogi. A to miejscowość zamieszkiwana przez kilkaset osób, w której praktycznie wszyscy się znali! Brzmi nieprawdopodobnie? Cóż, jak widać, takie rzeczy się dzieją. Najpierw odnaleziono ciało jednej kobiety, potem doszło do zaginięcia Ani. Pytania do dziś piętrzą się i mnożą, bo do teraz nie znaleziono żadnego sensownego śladu w tej sprawie. Dominik robi co może, ale niestety nadal nic nie wiadomo. W tej miejscowości - jak podejrzewam - sąsiad o sąsiedzie wie wszystko. Sam pochodzę z małej miejscowości i wiem, jak to wygląda. A tutaj masz śmierć, zaginięcie, o którym nikt niczego nie wie. Dziewczynka wychodzi ze szkolnej zabawy i... tyle.

Zobacz też: "Decydują ułamki sekund". Straż Graniczna odsłania kulisy pracy na krakowskim lotnisku

Gdyby to był film, a niestety nie jest, pewnie jeden z bohaterów wiedziałby co się wydarzyło, ale milczy jak zaklęty.

- Tak, a tutaj każde pytanie zostaje bez odpowiedzi. Pytań jest wiele, a odpowiedzi jak na lekarstwo. Jeszcze do tego dochodzi szerokie grono naciągaczy. Zdałem sobie sprawę, jak wiele osób potrafi żerować na cudzym nieszczęściu i chce na tym zarabiać.

Niektórzy decydują się skorzystać z usług prywatnych detektywów, udają się też do jasnowidzów.

- W książce przestrzegam przed tego typu ruchami, natomiast też mam dziecko i wiem, że gdyby coś mu się stało, robiłbym wszystko, by je odnaleźć. Wiele osób jest w stanie zapłacić im duże pieniądze za jakieś wskazówki. Gdybym znalazł się po tej drugiej stronie, też łapałbym się każdej deski ratunku, by chociaż trochę żywić się nadzieją, że coś w tej sprawie ruszy do przodu. To takie trochę "handlowanie nadzieją".

Chyba też poczucie, że zrobiłeś wszystko co w twojej mocy.

- Aby później sobie nie móc niczego zarzucić.

Temat zaginięć poniekąd jest ci bliski. W książce wspominasz przyjaciela Pawła Bogdana. Jedna z sióstr nie mogła przeboleć tego, że w dniu zaginięcia była tak blisko miejsca, w którym po latach znaleziono ciało.

- Jeden błąd policji zadecydował o tym, że poszukiwania mocno się przedłużyły. Równocześnie to opowieść o wielkiej determinacji sióstr, które przypłaciły całą sytuację zdrowiem. To jedna z tych spraw, w której finalnie odnajduje się, niestety, ciało. Ojciec Pawła do swoich ostatnich dni z pozostał z pytaniem, co się stało z jego dzieckiem. Pisał pisma, szukał odpowiedzi. Z jednej strony udało się pochować tę osobę, pewien etap pozostał zamknięty. Wcale nie oznacza to jednak, że nie padają kolejne pytania. Na spotkaniach często ktoś mi mówi: "może coś optymistycznego"? Cóż, w tych historiach nie ma niczego optymistycznego... Jakkolwiek one się nie skończą, to ból, i wiele pytań bez odpowiedzi pozostaje. Zaginięcie zmienia życie o 180 stopni. Nie tylko rodziny, ale też przyjaciół i znajomych. Agnieszka Dymińska przyznała, że otoczenie nie wie, jak rozmawiać z rodziną w takiej sytuacji. Nie wiemy, czy podejść do tej rodziny, zaproponować pomoc.

Właśnie, jak twoim zdaniem wspierać osoby, którym zaginął ktoś bliski?

- Uważam, że powinniśmy otwarcie proponować pomoc i w miarę możliwości włączać się w akcje poszukiwawcze. Starajmy się przede wszystkim być. Jeśli ktoś nie będzie tego potrzebował, z pewnością nam o tym powie. Nie traktujmy tych ludzi jak trędowatych, bo to w tym wszystkim chyba najgorsze.

Zaginięcia to w jakimś stopniu temat tabu?

- Myślę, że raczej tym tabu jest stan silnego przeżycia, jakie się komuś przydarza. Nie wiemy, jak w takiej sytuacji z kimś rozmawiać, czy ktoś sobie tego w ogóle życzy.

Twoja książka to opowieść o nadziei. Ona umiera ostatnia?

- Ks. Józef Tischner powiedział kiedyś takie piękne zdanie: "Całe moje życie to było jedno wielkie dawanie nadziei". Chyba coś w tym jest. Moim zdaniem smutne jest to, że czyjeś działania powodują odbieranie tej nadziei. Bardzo bym chciał, aby wszyscy bohaterowie mojej książki się odnaleźli, aby rodziny znalazły jakąś formę ukojenia. Bohaterowie i bohaterki zazwyczaj odnoszą się do przykładów, które dają im tę nadzieję.

- W tym kontekście przywołam historię Japończyka, który postanowił zamieszkać w Indiach. Mężczyzna przez ok. 20-30 lat żył w zamkniętym klasztorze, a potem, jak gdyby nigdy nic, pojawił się w konsulacie i poprosił o wydanie paszportu, ponieważ chciał wrócić do swojego domu. To przykłady, o których rodziny słyszą i dają im nadzieję na to, że być może u nich będzie to samo.

Tutaj chciałam się odnieść do ogromnej determinacji taty Brunona Muschalika - chłopak w 2015 roku wybrał się w podróż życia do Indii. Pan Piotr robi wszystko, by poznać odpowiedź na pytanie: "co się stało z moim dzieckiem?". Poleciał do Indii, szukał Brunona na miejscu...

- W Europie mniej więcej ruchy prawne są do przewidzenia. A Indie? To zupełnie inna kultura. Pan Piotr otrzymał sygnał od samego prokuratora i wydawało mu się, że to bardzo ważna persona. Okazało się, że w Indiach jest również prokurator zajmujący się kradzieżą kur. Ktoś nie może mu czegoś powiedzieć, bo jest obecnie w niskiej kaście, a jak mu powie, to spadnie do jeszcze niższej. Na przykład urodzi się kurą w kolejnym życiu. I to z tego typu kwestiami tata Brunona musiał się mierzyć. Znany podróżnik, Justin Alexander, kiedy nie udało się go odnaleźć po roku, został symbolicznie pochowany, a sprawa została zamknięta. A Piotr przez cały czas poszukuje syna z nadzieją, że być może kiedyś pojawi się w drzwiach. Gdy otrzymał sygnał, że Brunon może przebywać w jakimś klasztorze, nie bacząc na nic, udał się w to miejsce. Okazało się, że był to Rosjanin, podobny z wyglądu, ale to nie on. Wyobraźmy sobie ten stan, że nasze dziecko może się znajdować te kilkanaście godzin drogi dalej, a ostatecznie okazuje się, że to ktoś zupełnie inny. Wachlarz skrajnych emocji.

Ten wachlarz emocji dotyczy również osób znanych. Marek Grechuta przez dwa lata szukał syna, który - jak się okazało - wędrował szlakiem św. Jakuba. Z kolei historyczka sztuki Anda Rottenberg na poznanie prawdy na temat zaginięcia syna czekała wiele lat.

- Ta tragedia może się przydarzyć każdemu z nas i to na różną skalę. Niebawem zaczynają się wakacje. Krótkotrwałe zniknięcie dziecka np. na plaży wzbudza ogrom emocji i przerażenia. Dlatego warto robić zdjęcia dzieciakom tuż przed wyjściem, bo pierwszym pytaniem, jakie otrzymamy, będzie: jak dziecko było ubrane? Nie wiemy też często , co dzieje się w głowach młodzieży, która sporo czasu spędza w social mediach, gdzie skala hejtu i inne takie czynniki na nią wpływają. Relacje Krzyśka Dymińskiego z jego mamą i tatą należały do dobrych, wręcz wzorcowych. Jednak wydarzyło się coś, co spowodowało, że Krzyśka do dzisiaj nie ma. Z relacji rodziców wynika, że przyczyną najprawdopodobniej był zawód miłosny. W krótkiej relacji coś się nie ułożyło tak, jak powinno i być może to był bodziec, który spowodował, że chłopak wyłączył lokalizację w telefonie. Wyszedł rano z domu i do dziś nie wiadomo co się z nim stało.

Chapeau bas za to, co robią grupy płetwonurków i grupy poszukiwawcze. 

- A wykonują wielką, tytaniczną pracę. W książce starałem się przedstawić całe spektrum tych działań. Zawsze wydawało mi się, że są wyłącznie psy tropiące, a okazuje się, że rodzajów tych psów jest sporo, zwłaszcza ciekawe są pasy do poszukiwania osób martwych. Nie zdawałem sobie sprawy, że zapach człowieka jest stały, a osoby martwej zmienia się wraz upływającym czasem. O wiele trudniej jest wytresować psa do poszukiwania osób martwych niż do żywych. W niektórych sprawach nie brakuje wątków kryminalnych, dlatego rozmawiałem ze wspomnianym już Bogdanem Lachem czy Jackiem Bieńkuńskim, który bada za pomocą wariografu, popularnie nazywanym "wykrywaczem kłamstw". 

- Taka formuła jest stosowana w przypadku zaginięć, w których istnieje podejrzenie wątku kryminalnego. To fachowcy, którzy pracowali przy najgłośniejszych sprawach w Polsce, m.in. przy sprawie "Skóry", sprawy zaginięcia Iwony Wieczorek czy Ewy Tylman. Cały szereg głośnych spraw, przy których moi bohaterowie pracowali. Cieszę się, że podzielili się ze mną tą wiedzą i dają też pewne wskazówki rodzinom, co w danym momencie zrobić. Zależało mi na tym, by ta książka była dla innych drogowskazem - z jednej strony pokazującym determinację rodzin i ile wysiłku wkładają w to, by poznać prawdę, a z drugiej ilu wspaniałych ludzi pracuje przy sprawach zaginięć. Ludzi, którzy chcą przynieść ulgę tym rodzinom.

Niegdyś takim drogowskazem był program "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", któremu również poświęciłeś sporo uwagi.

- 13 maja - przyp. red. pojawiła się informacja, że program z powrotem wskazuje na antenę TVP3 po półrocznej przerwie. To świetna informacja - przy okazji promocji książki apelowałem, gdzie tylko mogłem, by wrócił. Po pierwsze: uważam, że to misja Telewizji Polskiej, po drugie, redakcja składa się ze wspaniałych ludzi, którzy niosą pomoc tym rodzinom od samego początku.

A ta pomoc nie kończy się po emisji programu.

- Zdarza się nawet, że nie dochodzi do emisji określonego wątku, bo dziennikarze i eksperci już odnaleźli tę osobę. To ekipa świetnie przeszkolonych ludzi, która wie, jak działać. Robią kawał fantastycznej roboty! Program założył wybitny reportażysta Wojciech Tochman, który na stałe wpisał się w krajobraz misyjnych, wzorcowych programów.

W naszej rozmowie pojawił się temat twojego synka, Błażeja. Niedawno zostałeś tatą - jak bardzo zmieniło to perspektywę patrzenia na rzeczywistość? Świat jest ciekawy, owszem, ale różne rzeczy mogą się stać, i niekoniecznie zawsze będą to rzeczy dobre. Baczniej przyglądasz się pewnym sytuacjom?

- Moim zdaniem trzymanie dziecka pod kloszem nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. Budowanie jak najlepszych relacji ze swoim dzieckiem to klucz, który może w dużym stopniu uchronić przed nieszczęściem. Jednak, jak już w przywoływanym przykład Krzyśka Dymińskiego, nigdy nie ma stuprocentowej pewności. Chciałbym zbudować ze swoim synem taką relację, abyśmy w przyszłości mogli porozmawiać o wszystkim, nawet o najtrudniejszych problemach jak się pojawią i wspólnie się z nimi zmierzyć, a nie pokątnie skrywać je jeden przed drugim. Chciałbym być autorytetem dla swojego syna, a to niezwykle trudne w dzisiejszym przebodźcowanym świecie. Bez dwóch zdań.

- Jeśli pytasz o perspektywę... Zmieniła się absolutnie! Gdy nie miałem dziecka, nie potrafiłem do końca zrozumieć moich bohaterów. Kiedy Błażej się pojawił, zdałem sobie sprawę, że gdyby zaginął, byłbym w stanie oddać wszystko by tylko go odnaleźć. Nie dziwię się, że ludzie potrafili zastawiać domy, robili rzeczy, które normalnie nie przyszły by im do głowy. Nawet kupić samochód wróżce, która obiecuje, że odnajdzie nasze dziecko. Takie sytuacje miały miejsce i słyszałem o nich, gdy dokumentowałem dziesiątki spraw do tej książki. Dzisiaj pewnie miałbym podobne podejście, bo dziecko, żona to dla mnie najważniejsze osoby na świecie. Baczniej przyglądam się temu, co dzieje się dookoła, nie zostawiłbym dziecka na pięć minut samego teraz, gdy jest małe. Dokumentowałem przypadki, w których dziadkowie zostawiali wnuka czy wnuczkę na placu zabaw, a te przepadały bez śladu. Dziecko kompletnie przewartościowuje pewne rzeczy. Synkowi zadedykowałem tę książkę, bo całkowicie zmienił moje postrzeganie świata. Co więcej, pojawił się na świecie, gdy byłem w trakcie pisania "Zawieszonych".  Tutaj muszę dodać, że jestem wdzięczny mojej rodzinie, że wytrzymała i wytrzymuje dalej, przygodę z tą książką, ponieważ myśmy żyli i żyjemy nadal tymi historiami. Piszą reportaż nie da się kończyć pisania np. o godz. 16 i zapominać sprawach.

Nadal masz kontakt z bohaterami i bohaterkami książki?

- Tak, do dzisiaj. Gdy prowadziłem dokumentację, najczęściej tymi historiami dzieliłem się z żoną. Radziłem się jej, w co wejść, co lepiej zostawić.. Pewne rzeczy, które powinny być ważne, czyli np. zrobienie czegoś w domu, było zostawiane na potem, bo myślami odlatujesz gdzieś indziej. A ktoś musi starać się to zrozumieć. Jestem wdzięczny mojej żonie za to, że mogłem tę książkę dokończyć, że wytrzymała ze mną i mogę nadal jeździć na spotkania i poruszać temat zaginięć.

- Każda z tych rodzin zaufała mi i wierzy, że publikacja komuś pomoże. Bohaterowie podzielili się ze mną bardzo intymnymi historiami. Myślałem, że wiele z tych rzeczy nie przejdzie autoryzacji, bo uważałem, że te osoby dają mi dużo więcej, niż ja chcę od nich usłyszeć. Zawsze mam taką granicę, ale te osoby miały ogromną potrzebę szczerze do bólu opowiedzenia o tym, co się im przytrafiło. Nadal mają nadzieję, że zamieszanie medialne komuś wejdzie w sumienie, że da informację, która pomoże rozwiązać tę czy inną sprawę. Jeśli ktoś, kto ma coś na sumieniu, uważa, że sprawa jest zamieciona pod dywan, to się myli - ta książka ją ożywia. Historie znowu gdzieś krążą, mówi się o nich. Chciałbym, aby po przeczytaniu ktoś nie wytrzymał i w końcu ujawnił prawdę, która doprowadzi do rozwiązania sprawy. Nie wykluczam, że tak może się stać.

- Tu przywołam jeszcze sprawę zaginięcia Doroty Gałuszki. Jej mama przyznaje, że cała rodzina przez lata żyła w traumie, nie wiedząc, co się wydarzyło. Gdy rozmawialiśmy, dookoła nas były zdjęcia, paliły się świeczki, znicze symbolizujące to co się wydarzyło.

- Z kolei sprawa Joanny Felczak zamknęła się dwa lata temu. Szczątki zostały odnalezione, a ja zakończyłem rozdział suchą informacją o odnalezieniu zaginionej. Przed wydaniem książki zadzwoniłem do Felczak i zapytałem, czy chce, aby jej historia znalazła się w książce. Odpisała, że dla niej był to wielki ból przeczytać ponownie ten tekst. Chociaż sprawa się w jakimś stopniu wyjaśniła, Asia spoczywa na cmentarzu już dwa lata, jej siostra chciała pokazać, przez co przechodzą rodziny. Dla niej warstwa edukacyjna była bardzo ważna. Monika Bogdan, siostra Pawła, napisała mi kiedyś, że gdyby ta książka ukazała się, wcześniej być może jej brata udałoby się odnaleźć, być może żył.

Historie "Zawieszonych" były po prostu potrzebne. Przez tyle lat chcieli nam powiedzieć coś ważnego. Planujesz kontynuację?

- Ten projekt był najtrudniejszym, z jakim przyszło mi się zmierzyć. Niekiedy tygodniami śniły mi się koszmary, byłem w jakimś miejscu, a myślałem o zupełnie innych sprawach. Obok tych tragedii nie dało i nie da się przejść obojętnie. Dziesiątki nieprzespanych nocy, podczas których różne wątki wracały, zastanawiałem się, czy coś ma wejść, coś ma nie wejść. Pracy nad tą książką nie da się absolutnie porównać z tym, co robiłem do tej pory. Były momenty, w których myślałem, że ten temat mnie przerośnie. Na szczęście wszystko udało się doprowadzić do końca. Książka jest autentyczna, nie ma w niej żadnej ściemy. Wielkie, dramatyczne historie, a w ich środku ja, starający się nie oceniać poszczególnych ruchów rodzin, policji czy innych instytucji. Oddałem głos wszystkim - z ich problemami, dramatami. Ci ludzie będą się mierzyli z tym wszystkim do końca życia. Zawsze starałem się być fair do końca, nie przekraczałem granic stawianych przez bohaterów.

- Uważam, że w szkole powinna być chociaż jedna lekcja wychowawcza poświęcona temu, jak zachować się w przypadku zaginięcia bliskiej osoby. W programie mamy często sporo niepotrzebnych rzeczy, a brakuje rzeczy ważnych. Chciałbym, aby ktoś w końcu się nad tym pochylił - fundacja ITAKA ma gotowe programy, konspekty. Wystarczy tylko dobra wola i zdanie sobie w końcu sprawy z tego, że zaginięcie to naprawdę realny problem. I że z taką sytuacją możemy się spotkać również my.

- Jeśli tylko nas coś niepokoi nie ma na co czekać: trzeba jak najszybciej udać się na policję i opowiedzieć wszystko. Mamy skłonność do idealizowania bliskich, ale mówmy nawet to, co niewygodne. Bo nawet negatywna informacja może być przydatna! Jak najczęściej rozmawiajmy z dziećmi, o czym często zapominamy w tym zagonionym, przebodźcowanym świecie.

- Apeluję też do polityków i policjantów. Mundurowym - chociaż zdaję sobie sprawę z natłoku zadań, jakie mają, życzę empatii i odpowiedniego podejścia do rodzin zaginionych. By jak najlepiej współdziałały z rodzinami dotkniętymi tragediom i robili wszystko, by im pomóc. A jeśli chodzi o polityków... Może któryś z nich w końcu się nad tym tematem pochyli, sprawdzi, jak wyglądają poszukiwania, czy aby na pewno przebiegają tak, jak powinny. Może przeczyta choćby rozdział z ekspertami, gdzie pada wiele konkretnych pomysłów na rozwiązanie problemów związanych z zaginięciami. W "Zawieszonych" nie bez powodu mam spore grono ekspertów,  którzy odwołują się do konkretnych, nieraz przerażających przykładów. Pozostaje mi tylko zaapelować o przeczytanie książki i wyciągnięcie wniosków.

***

Szymon J. Wróbel- dziennikarz, pisarz, reżyser filmów dokumentalnych. Współpracował m.in. z krakowskim "Dziennikiem Polskim", "Lounge Magazynem", "Miesięcznikiem Znak", TVN Style, TVP Kraków czy Miastem Muzyki RMF. Obecnie można go posłuchać na antenie Radia Bielsko, gdzie prowadzi swój program "Pozycja Wróbla" o literaturze. Reżyser i scenarzysta filmów dokumentalnych "Jego Oczami", "Z domu...", "Ojciec, czyli o Pieronku", "Pamiętajcie!", czy "Jukace. Magiczna historia". Jako autor debiutował książką "Jego oczami". Następnie ukazała się biografia "Ojciec, czyli o Pieronku", a w 2021 roku książka pt. "Humorem i (u)Śmiechem". Od 2015 roku moderator Dyskusyjnego Klubu Książki w Gminnej Bibliotece Publicznej w Lipowej k. Żywca. W 2017 roku otrzymał tytuł "Osobowość roku 2017 Dziennika Zachodniego" w kategorii "Kultura" w powiecie żywieckim (nominowany w tej kategorii za różne projekty blisko 10 lat z rzędu). W 2018 roku otrzymał medal pamiątkowy 750-lecia Miasta Żywca, "Za promowanie Żywca i Żywiecczyzny". W 2022 roku wyróżniony odznaką i tytułem "Zasłużony dla województwa śląskiego". W 2024 roku ukazała się jego książka "Zawieszenie", która na miesiąc przed premierą trafiła na listę bestsellerów Empiku w kategorii "reportaż".

INTERIA
Dowiedz się więcej na temat: zaginięcie
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy