Reklama

Reklama

Miłość pod kroplówką

Magda i Wojtek byli na skraju rozstania. On zdradził, bo czuł się samotny w małżeństwie. Ona, nie czując jego zainteresowania, uciekała w macierzyństwo. Po roku udawania, że nic się nie dzieje, postanowili zmierzyć się z kryzysem. Oto dziennik terapii, po której nauczyli się być razem od nowa. Uniknęli rozwodu, który w Polsce rocznie bierze 65 tysięcy par.

Być może statystyki nie byłyby tak smutne, gdyby małżonkowie trafiali na terapię dla par. Dwa lata temu Magda błagała, by Wojtek zakończył romans. On bagatelizował: "To tylko przyjaciółka". Dla Magdy rozwiązanie nie było oczywiste. Odejść? Zostać? Odpłacić tym samym? Robiła bilans, słuchając rozumu, a nie serca: "Jeśli zostanę sama, będzie mi ciężko pogodzić pracę w szkole i wychowanie chorowitego dziecka. Mamy dom, kredyty, poza tym Wojtek mówił, że jestem miłością jego życia. Przeczekam. Przymknę oko". Tak też radziła Magdzie jej matka, która przez lata tolerowała nielojalność męża.

Reklama

Ta strategia miała jednak opłakane skutki. Magdzie coraz trudniej było ignorować, że czuje się w związku samotna. Złość, frustracja, żal, strach - problemy nie dały się dłużej "zamiatać pod dywan". Magda krzyczała, płakała, szantażowała Wojtka, miała humory. Dziś wie, że krzywdziła w ten sposób siebie, synka i męża, choć wydawało się, że to wyłącznie on jest winien kryzysowi. Zrobiła bilans. Mimo strachu była gotowa na rozstanie. Zażądała rozwodu. On poprosił o szansę i spotkanie z terapeutą, którego ktoś kiedyś mu polecił. "Jeśli to nie pomoże, będziemy pewni, że zrobiliśmy wszystko, by uratować nasze małżeństwo", ustalili.

Magda postanowiła robić notatki w czasie terapii. Pisała dziennik, żeby móc z dystansem spojrzeć na to, co działo się w gabinecie. Dziś chce podzielić się doświadczeniami, które opisała w zeszycie. Myślała o blogu w sieci, który pomagałby innym parom. Zrobiła to w "Twoim Stylu". Na jej prośbę część faktów i imiona zostały zmienione.

14 kwietnia

Zadzwoniłam i zapytałam o poleconego terapeutę K. "Czy państwo są w ostrym kryzysie? Potrzebna jest natychmiastowa interwencja? Bo pan K. ma terminy za dwa tygodnie", informowała miła pani. Zatkało mnie. Co to znaczy ostry kryzys? Mąż się nie wyprowadza. Nie bije mnie. OK, nie śpimy ze sobą od dziewięciu miesięcy... Wiem o kochance. Szybkie spotkanie niczego nie zmieni. I tak od dawna jesteśmy sobie obcy. "Może być za dwa tygodnie", wymamrotałam. "Zapraszam na dziewiątą. Konsultacja trwa półtorej godziny. Koszt 150 zł". Wysłałam SMS do Wojtka: "Rezerwuj czas w piątek". Właściwie na co się zapisaliśmy? Zaczęłam w sieci czytać o terapii par. Jedno ze zdań: "Czy jesteś gotowa spojrzeć na nowo na siebie i swój wkład w związek?". Brednie! To on ma przyznać się do winy! Błagać o przebaczenie. Ja nie muszę się zmieniać. Głupia Wikipedia.

28 kwietnia. Sesja numer jeden

Wystroiłam się. Spocone z nerwów dłonie wytarłam o fotel w gabinecie. Terapeuta K. przedstawił się. Potem my. "Jestem Magda. Mam 36 lat. Czuję się na 50. Jestem nauczycielką w szkole średniej. Nasz syn Kuba ma cztery lata. Potem Wojtek: - Jestem specjalistą od telekomunikacji. Mam 37 lat". K. robił wywiad: - "Czy w domu jest przemoc? - Mąż nie podniósł na mnie ręki. - Ktoś nadużywa alkoholu? - Pijemy okazjonalnie. - Czy dochodzi do zdrady? - On twierdzi, że nie spotyka się już z tą kobietą. - Znakomicie, pytam, bo to są przeciwwskazania do terapii pary - usłyszałam. - Co w takim razie państwa sprowadza?" Gdy Wojtek milczał, zagotowałam się: - "Zdradził. Nie wiem, czy w ogóle jest co ratować. Czuję się, jakby mnie wyrzucił na śmietnik. Zajmuję się dzieckiem, wypruwam żyły, pracuję, a on się czepia, że chodzę w za małym staniku. I że świata nie widzę poza Kubą". 

A Wojtek? Powiedział tylko, że nawalił, ale ten romans jest niegroźny. Chce ratować nasze małżeństwo. K. mnie dobił: - "Jak pani sądzi: dlaczego mąż był niewierny? - Co?! Ja mam go jeszcze tłumaczyć?", chciałam wyjść. Wzięłam głęboki oddech: - "Nie sypiamy ze sobą, bo utyłam po dziecku siedem kilo i jestem brzydka". Myślałam, że K. stanie po mojej stronie, wygłosi kazanie. Wyznaczy Wojtkowi pokutę. Nic podobnego. - "Znamy już objawy - K. mówił jak na pogrzebie. - Pani Magda czuje się odrzucona, bo jest ta druga. Pan Wojtek zdradził. Ale też czuje się odrzucony, bo pani skupia się na dziecku. - I już? I co dalej?", popłakałam się. Poskarżyłam się jak dziecko, rozżalona, bezbronna, upokorzyłam się, mówiąc zazdrości, o tym, że nie czuję się kobietą. Wywaliłam flaki. Chciałam, żeby stał się cud. K. zamiast ukarać Wojtka, mówił z łagodnym uśmiechem, że to jest uleczalne. - "Grypę leczy się paracetamolem, na terapii pomogę państwu złagodzić objawy kryzysu, porozumieć się i sprawdzić, czy potraficie znowu być sobie bliscy. Już nie jesteście, jak kiedyś, beztroską parą kochanków. Teraz jesteście rodzicami, dziecko bywa chore, pan ma kłopoty w pracy i martwi się o kredyt... Na to się nie umawialiście, snując wizje związku.

- A więc jesteśmy podręcznikowym przypadkiem" - próbował żartować Wojtek. Nawet się uśmiechnęłam. K.: - "To jest kryzys do pokonania, bo razem tu przyszliście. A ja będę bezstronnym przyjacielem, podpowiem". Umówiliśmy się na kilka sesji. Wracaliśmy jednym autem, a ja udawałam, że piszę pilne SMS-y. Nie potrafiłam powiedzieć słowa, byłam rozczarowana, że nic się nie stało. Kiedy wysiadałam, Wojtek się odezwał: - "Cieszę się, że poszliśmy. - Cieszę się, że się cieszysz", ucięłam.

1 maja. Trzy dni po terapii

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Nie ma małżeńskiej rewolucji. Jest jakby hibernacja, oczekiwanie, że mamy "lekarza" i będzie lepiej. Przez dwa dni nie warczę. Wojtek po pracy nie siada do laptopa, próbuje spędzać czas z nami. Razem kąpiemy Kubę. Mały znowu ma gorączkę. W nocy podaję inhalator, a Wojtek nawet nie otwiera oczu. Rano proszę, żeby zaaplikował lek, on nie wie, gdzie jest. - "Nie wiesz, gdzie jest berotec, choć dziecko od trzech lat ma astmę?! - Może gdybyś dopuszczała mnie czasem do synka, a nie z mamusią wytykała mi błędy, mógłbym lepiej się nim opiekować. - Idź na skargę do swojej przyjaciółki. Ona uzna cię za supermana! - Potrafisz dokopać jak nikt inny", Wojtek trzasnął drzwiami. Jest 23.57. Nie ma go. I tak wiem, gdzie jest. Czy jest sens płacić za kolejną sesję?

6 maja. Sesja druga

- "Nie chciałam przychodzić - zaczęłam. - Mąż znowu był u niej". K. poprosił, żebym mówiąc, zwracała się do męża i patrzyła na niego. - "Znowu byłeś u niej! - Bzdura. Nie widujemy się. Sprawdź w klubie fitness. Tamtego wieczoru poszedłem na siłownię. Musiałem odreagować, bo znowu wrzeszcząc, zamieniłaś się w swoją matkę. - Biedaczek" - prowokowałam. K. interweniował: - "Mają państwo prawo do takich emocji. Pani Magdo, co sprawi, że zaufa pani mężowi? - Niech zadzwoni do niej przy mnie i zakończy romans. Pozwoli mi sprawdzać maile, SMS-y. Nie chcę, żeby wychodził wieczorami sam". Wojtek prychnął: - "Temat jest skończony, nie chcę już do niej dzwonić. Obiecałem ci i kropka. Wkurza mnie, że mi nie wierzysz. Musisz. - Nic nie muszę! - Cholerny egoisto, wolisz ratować siebie niż nas!". K. wtrącił się: - "Pani Magda chce mieć dowód, że jest pan fair. I żeby pokazał pan: to żona jest ważna. Może zgodzą się państwo na inną formę komunikatu wystosowaną do tamtej pani?". Wojtek zaproponował: - "Mail, który ci przeczytam i wyślemy go razem, będzie OK?".

Napisaliśmy tę cholerną wiadomość wieczorem. Że małżeństwo jest dla nas najważniejsze. Że Wojtek mnie kocha. Trochę mi ulżyło. Ale kiedy mąż zaczął całować mnie w nocy po włosach, napięłam się cała. Natychmiast przypomniały mi się jego SMS-y do tej panienki. Skuliłam się. On obrażony głośno westchnął: - "Jasne, najłatwiej wpędzić mnie w poczucie winy". Pomodliłam się nawet w myślach: "Boże, żebym zapomniała o tej kobiecie, żebym myślała, że to był zły sen. Przecież ludzie wybaczają sobie zdradę". A potem powtarzałam sobie: ufam mojemu mężowi. Ufam... Ufam... Zasnęłam nad ranem. 

7 maja

Rano jest mi lepiej. Albo się użalamy, albo jednak próbujemy coś naprawić, decyduję. Doceniam, że mąż spełnił moją prośbę. Widziałam dziś lawendową bieliznę, bardzo sexy. Pomyślałam, że spodobałabym się w niej Wojtkowi. Ale jeszcze za wcześnie. List do kochanki nie naprawił wszystkiego od razu.

14 maja

Cholera. Wczoraj czytając bajkę, zasnęłam z Kubą, choć Wojtek prosił, żebym wracała do niego do sypialni. Rano awantura. Odkąd chodzimy do K., mój mąż nauczył się mówić o swoich potrzebach! Wiem, że tak ma być, ale wkurza mnie. Zrobił śniadanie dla Kuby, ale gdy zapytałam o kawę dla mnie, wzruszył ramionami. - "Dlaczego mam myśleć o tobie? Czy ty choć zapytałaś, jak mi minął dzień - wypalił. - Albo dlaczego wracam struty z pracy? Kiedy nie rozpieszczasz Kuby, gadasz z mamą przez telefon. Gdzie jest miejsce dla mnie?" Jezu! Mój mąż się rozkleił. Miałam ochotę go przytulić. Nie potrafiłam. Wyszedł do pracy bez słowa.

16 maja

Wpadli znajomi z Francji. Nie praliśmy przy nich naszych brudów. Wojtek ugotował obiad, naprawdę ekstra, było wino. Najpierw ciut udawaliśmy, że jest normalnie. A potem po prostu stało się normalnie. W łóżku "obgadywaliśmy" gości, śmialiśmy się z ich snobizmów. Burza przeszła bokiem. Uff.

22 maja. Sesja trzecia

Spóźniliśmy się. Bolała mnie głowa, byłam rozdrażniona, a Wojtek się żalił: - "Nie mam prawa mieć gorszego dnia. Skarżyć się albo mieć inne zdanie. To ją złości. Gdy opowiadam o kłopotach w pracy, ma mnie za nieudacznika. Kiedy proszę, że chcę się więcej kochać, pada ze zmęczenia. Nie jestem dla niej atrakcyjny? Sam pan widzi, zdradziłem Magdę z bezsilności". K. według mnie wspierał Wojtka, choć miał być bezstronny: - "Dlaczego nie mówi pan żonie o swoich frustracjach? Czy w dzieciństwie rozmawiał pan z rodzicami? - Nikt mnie nigdy nie słuchał. Magda tak samo, przerywa, kończy za mnie zdanie, a ja chcę powiedzieć coś innego, czuję się lekceważony. Kiedy byliśmy zakochani, nie dostrzegałem, że mnie nie słucha".

K. podsumował: - "Być może znalazł pan taką kobietę jak mama? Pani Magdo, czy rozumie pani, że w mężu narasta złość? Chce być wysłuchany. - Ja też! - A dlaczego pani tak się irytuje? - Bo tylko wtedy mnie zauważa. - Gdy pani krzyczy? Dlaczego nie spróbuje pani być miła, powiedzieć: Kocham cię i przykro mi, że mnie nie zauważasz?". Zabolało, gdy Wojtek rzucił: - "Ona uważa, że mówienie »kocham« to upokorzenie! Woli warczeć. Wszyscy od niej uciekną". Zamknęłam się i obraziłam, kiedy K. próbował dowiedzieć się czegoś więcej: - "Boi się pani okazywać czułość ze strachu, że mąż panią odrzuci?". Nie odpowiedziałam, bo walczyłam, żeby się nie rozpłakać.

Czas sesji minął. K. dał nam do przeczytania tekst o... szakalu i żyrafie. Amerykański psycholog wymyślił teorię, jak na przykładzie tych dwóch zwierząt uczyć się ze sobą rozmawiać. O tym, że wiele krzywdy leży w słowach, i o komunikacji bez przemocy. Po sześciu latach mamy zacząć rozmawiać od nowa!

25 maja

Wojtek czytał o szakalu i żyrafie. Miło, że się stara. Zakreślił zdanie: "Szakale: atakują, żądają, krytykują, obwiniają partnera. Na przykład: Trzeba być półmózgiem, żeby cały wieczór gapić się w telewizor". To zabija jakąkolwiek chęć rozmowy. Potem był fragment o żyrafie: "Ma 13-kilogramowe serce, a trzeba właśnie myśleć sercem". Wtedy zamiast oceny najpierw mówi się o własnych uczuciach i potrzebach, nie naciska, nie żąda i słucha innych. W języku żyrafy komunikat o telewizorze brzmi: "Czuję się samotna, potrzebuję trochę porozmawiać, zanim włączysz telewizor". Na kolejnej kartce były ćwiczenia dla pary na zmianę sposobu komunikacji: "Napisz, jak się zwracasz, gdy jesteś zły". Wojtek zacytował, co mówi do mnie w złości: "Ty masz poważny problem! Jesteś oziębła seksualnie. Oczywiście, teraz liczy się tylko Kuba. Mnie masz gdzieś!". Obok miał spróbować przetłumaczyć to na język żyrafy: "Czuję się fatalnie jako facet, boję się, że cię nie pociągam. Chciałbym, żebyś w łóżku nie odwracała się plecami, żebyśmy choć się całowali". 

Dopisałam swoją wersję kłótni z sypialni i moje zarzuty. Zazwyczaj mówię: "Ty wciąż tylko o jednym. A ja haruję i zajmuję się dzieckiem. Nie mam co liczyć na twoją pomoc". Powinnam: "Czuję się zmęczona i brzydka. Brakuje mi twoich komplementów i opieki nade mną i Kubą". Byłam z siebie dumna i wcale nie czułam, że to upokarzające tak się "obnażać". Dopisałam jeszcze: "Wiem, że nie ułatwiam ci bliskości, skoro wciąż wrzeszczę". I tak bez rozmowy powiedzieliśmy sobie, co jest ważne.

Dzięki Ci, Wielki K.! Między kolejnymi sesjami "Dzień dobry" Wojtka jest jakby cieplejsze, choć nadal śpimy po dwóch stronach łóżka. Zaczęłam dietę Dukana. Muszę zrzucić kilka kilo, skoro Wojtek się stara: nie ma kochanki, zabiega o mnie. Ja też chcę zrobić coś dla niego. K. nazwał to ostatnio "kontraktem qui pro quo". Każde z nas obiecuje konkretne zmiany. Wojtek nie ma panienki. Ja mam przypomnieć sobie, co to kokieteria. Jeśli ktoś nie dotrzyma słowa, drugie jest zwolnione ze złożonej przysięgi. Wciąż wracam do lekcji o szakalu. Staram się zaczynać od siebie i swoich uczuć. Nie pokłóciliśmy się od kilku dni. Kupiłam lawendową bieliznę.

16 czerwca. Czwarta sesja

Teraz miało być już z górki. Nieźle idzie nam nauka rozmowy, ale tym razem K. zaczął pytać o naszego syna. O jego rolę w naszym związku i jak czujemy się jako rodzice. Wojtek skarżył się na mnie: - "Nawet nie pozwalasz mi podejść, panikując, że sobie nie poradzę. Uzależniłaś Kubę od siebie. Wydaje mu się, że jest jedyny. Marudzi, kiedy tylko zajmujesz się czymś poza nim!". Wściekłam się, gdy K. znowu wziął jego stronę! Przynajmniej tak mi się wydawało, bo zasugerował, że czasem w konflikcie małżeńskim dziecko to dla matki obiekt zastępczy.

Opowiadał o innych pacjentach: - "Matce wydawało się, że bardziej od męża kocha ich dziecko. A tak naprawdę uciekając od problemów z partnerem, zrobiła z synka pocieszyciela i przytulankę. A to jest małe dziecko". Wzięłam to do siebie: ja nie jestem dobrą matką?! K. pytał: - "Pani Magdo, dlaczego uważa pani, że musi tyle uwagi poświęcać synowi? - Bo jest dzieciakiem. Bo mnie potrzebuje. On chociaż docenia moje starania, przytula się, tęskni... - Czy jest pani pewna, że chce szukać w Kubie tego, czego nie daje pani mąż? Poddałam się: - Wiem, co pan powie: że to nie jest partner, który powinien troszczyć się o zaspokojenie moich potrzeb. Szybko uczę się tego psychologicznego żargonu!". Niechęć. Znużenie. Brak sensu. Poczułam, że terapia to bagno. Nie dość, że kiepska ze mnie żona, to jeszcze matka do bani. Zrobię sobie rumu z colą. Mam gdzieś tego K. Nie będę się starać. Nie jestem z żelaza. Ostentacyjnie położyłam się obok synka.

17 czerwca

Rano bojowy nastrój, gotowa na spięcie. A Wojtek przemiły: - "Znowu mi wczoraj uciekłaś. Dziś ja położę małego" - dotknął mojej ręki. Co? Co? Pogubiłam się, a potem pomyślałam, że stara się zachowywać inaczej niż zwykle. Rozbroił mnie, poczułam się głupio, że oczekiwałam awantury. Muszę się wyluzować, popracować nad sobą. Wieczorem gryzłam się w język, ilekroć chciałam ich kontrolować. Nie mówiłam: "Przeczytaj tę bajkę, umyj tym płynem, daj ten lek". Kuba zasnął bezboleśnie. Dawno już nie położyliśmy się razem z Wojtkiem. Trochę sztywno mnie objął. Przyznałam: - "Za bardzo zagarniam Kubę dla siebie. - Powoli to zmienimy" - obiecał Wojtek. Poprosił też, żeby moja mama nie przychodziła do nas co dzień. - "I chciałbym, żebyś wreszcie uznała, że nie jestem kiepskim tatą. Sam chcę w to uwierzyć!" 

2 lipca

Dawno nie pisałam. Wojtek uczy Kubę zasypiać samemu. Nie protestuję. Jest podejrzanie spokojnie. Schudłam półtora kilo, ale wciąż w lustrze widzę tę trzęsącą się oponę wokół brzucha. Nadal zero seksu. Wieczorem przytuliłam się mocno do jego pleców. Czułam, że jest podniecony... Próbowałam wciągać brzuch, ale i tak uciekałam przed pieszczotami. Dał spokój. Wiem, że Wojtek nie będzie w nieskończoność cierpliwy. A co, jeśli znów poszuka sobie pocieszycielki? Przypomniałam sobie erotyczne SMS-y Wojtka do niej, które czytałam, kiedy on był pod prysznicem. K. musi mi pomóc odzyskać wiarę w siebie.

9 lipca. Piąta sesja


Umalowałam mocniej usta, włożyłam obcasy - chciałam dodać sobie odwagi. Od razu dorwałam się do głosu: - "Nasz seks z mężem w skali od jeden do pięciu? Minus sto. Nie kochamy się od miesięcy. Ze strachu, że nie sprostam, bo wolał młodszą. W łóżku jest słabo, odkąd urodził się Kuba".K. czekał, aż skończę: - "Panie Wojtku, proszę spojrzeć na żonę. Zapytać, czy pan się jej podoba". Zapewniłam, że bardzo. Nie wiem, jak to się stało, ale nie szalejemy za sobą tak jak kiedyś. Pewnie dlatego, że już go nie pociągam. Sama patrzę na swoje rozstępy i brzuch z niesmakiem. Wojtek zaprzeczał: - "Madziu, może nie jest tak, jak przed ciążą, ale ja też utyłem! Boże, jak trudno jest mówić o tym, czego się wstydzę. Kiedyś seks był zmysłowy. Teraz wszystko jest nie tak. Kiedy ostatnio byliśmy na randce? Nie pamiętam". Wojtek szepnął: - "Ja potrzebuję bliskości. - Ty unikasz bliskości" - odparowałam.

Ustaliliśmy, że w ramach "pracy domowej" pójdę z Wojtkiem na randkę. Najlepiej do sypialni. Wyszliśmy, chichocząc: "Nadchodzi wiekopomna chwila", żartowałam. Wojtek próbował wziąć mnie za rękę. Poczułam, że tęsknię za tym. Ale nagość, bliskość fizyczna to znacznie więcej. Bałam się.

Wieczorem

Odstawiłam spektakl. Trzy razy zmieniałam bieliznę, kiedy Wojtek włączał Mariah Carey. Byłam spięta. Zgasiłam światło, żeby wsunąć się pod kołdrę. Wojtek zapalił światło i rozbroił mnie, mówiąc: - "Chodź tu, Bridget Jones, i pokaż swoje wielgaśne majtki!". Śmieliśmy się kiedyś z tej sceny w filmie. Stanęłam przed mężem: "Teraz albo nigdy", myślałam. Powtarzałam sobie słowa K.: "Nie oczekujcie zbyt wiele, nie napalajcie się, że będzie jak kiedyś". Wojtek był delikatny. Nie kochaliśmy się, ale przytulaliśmy, całowaliśmy. Opowiedziałam, jak wstydzę się swojego ciała. On mówił, że tęskni za każdym centymetrem. 

Rano

Wysłałam z pracy ciut sprośny SMS. Dostałam odpowiedź. Spąsowiałam. Do popołudnia rozkręciliśmy się. To była gra wstępna... Jechałam do domu naprawdę stęskniona, uśmiechając się do siebie. Nocą "uległam" i tylko raz pomyślałam o tamtej. Wojtek robił wszystko, żeby skupić się tylko na mnie. Nie było fajerwerków, ale dla mnie to wielki krok.

23 lipca 2011

Jesteśmy na Mazurach. Przeglądam dzienniczek. Czasem z Wojtkiem śmiejemy się z fragmentów. Nadal nie zawsze potrafimy poprawnie zacząć rozmowę. Wczoraj wydarłam się: "Wyłącz tę cholerną kosiarkę!". Przeprosiłam ze śmiechem, że nie powiedziałam: "Kosisz trawę jak superman, ale hałas, najdroższy, przeszkadza mi obejrzeć film". Dbamy o czułość. Gdy sobie czytamy, przytulamy się pod kocem, zamiast siedzieć daleko od siebie. Ja smaruję Wojtkowi plecy kremem, on masuje mi stopy. Wróciliśmy do sypialni, bo mój mąż naprawdę mnie pragnie. Daję mu szansę, żeby to udowodnił. Kiedyś unikałam bliskości. Idiotka. Choć sypiamy ze sobą, Wojtek czasem się dąsa, że znowu go nie chcę. Potem stara się żartować: "Daj się choć przytulić, Królowo Śniegu". Dbamy coraz częściej o swoje uczucia. Wzajemnie się rozbrajamy. K. byłby z nas dumny. 

Wrzesień 2011

Wciąż zapominamy z Wojtkiem zadzwonić do K. Już wiemy: przerywamy terapię, nie potrzebujemy adwokata, chcemy sami się naprawiać i dopingować. Ale wypadałoby się pokazać na "kontrolę".

Grudzień 2011

To chyba dobry znak, że tak długo obyliśmy się bez K. Umówiliśmy się na ostatnią sesję. K. zapytał: "Czy osiągnęliście to, po co tu przyszliście?". Byłam przygotowana do odpowiedzi, bo pamiętałam, że pytał o to na pierwszym spotkaniu. Westchnęłam: - "Myślałam, że zdrada była jedynym problemem. Ale to był objaw gorszej choroby. Braku bliskości, zaangażowania, intymności. Pięć miesięcy temu nie wiedzieliśmy, co te słowa dla nas znaczą". Terapia to nie rewolucja rodzinna. Raczej kuracja. Zrozumiałam, że nie muszę mieć obok siebie Jamesa Bonda. Ja nie muszę być jak Salma Hayek. Kuba chodzi spać sam albo prosi tatę, żeby poczytał mu na dobranoc. A ja coraz odważniej przypominam sobie, jaka byłam kiedyś w sypialni. Kłótnie wciąż się zdarzają. Wojtek nadal jest roztrzepany. Nie dokręca słoika z nutellą, kruszy. Za długo siedzi przy laptopie, zapomina mnie przytulić albo zwyczajnie jest marudny. Tłumaczę sobie: skoro marudzi, a mnie to martwi, to znak, że mi zależy. Cholernie.

Kontroluję złość. Zamiast oskarżać, dąsać się, próbuję mówić czasem do męża: "Żyrafa pyta, czy mógłbyś nie siadać do komputera tylko zjeść kolację". Rozśmieszamy się. Sprzeczamy się o wychowanie Kuby, bo mąż jest konsekwentny, a ja się tego dopiero uczę. Ale już nie czuję się samotną mamą. Tak, kusi mnie, żeby przetrzepać mu komórkę. Jednak obiecałam być lojalna i dotrzymać obietnicy. Tyle fajnego stało się między nami. K. był zadowolony, a ja na koniec wypaliłam: - "Kiedyś przeczytałam zdanie o terapii: Nie myśl o tym, by zmienić męża, tylko o tym, jak zmienić siebie, żeby można było z tobą wytrzymać". Wiem, że Wojtek miał kochankę, bo chciał mi wykrzyczeć: nie mogę żyć z tobą taką, jaka jesteś! A ja myślałam, że to wszystko jego wina. Po to była terapia.

Wysłuchała: Marta Bednarska

Twój STYL 6/2012

Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: rozwód | terapia | aprobata | małżeństwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy