Reklama

Reklama

Tu nawet szkoła była twierdzą. Architektura w Powstaniu Warszawskim

„O ile na regularnej wojnie szlak bojowy znaczą pola bitew, o tyle w Warszawie, były to konkretne skrzyżowania, budynki, place i reduty. Wiele budynków, również tych, zdawałoby się całkowicie nienadających się do celów militarnych, mimowolnie stało się bohaterami powstania” – o tym, jaką rolę w przebiegu Powstania Warszawskiego odegrała architektura i urbanistyka, opowiada Grzegorz Mika – architekt i varsavianista.

Aleksandra Suława: Przez całą szkołę, na każdej patriotycznej akademii, śpiewa się "Pałacyk Michla". Tylko nikt dzieciom nie tłumaczy, czym ten pałacyk właściwie był.

Grzegorz Mika: - Kameralnym budyneczkiem, stojącym na Woli, przy skrzyżowaniu Wolskiej i Młynarskiej. Na jego tyłach znajdował się czteropiętrowy młyn, krochmalnia i piekarnia. Pierwotnie nikt nie przewidywał, że ten niepozorny obiekt stanie się jednym z kluczowych miejsc na mapie obrony dzielnicy. Zdecydował przebieg walk i topografia - w pierwszych dniach sierpnia Niemcy dokonywali masakry dzielnicy, żeby przebić się do tras mostowych przez Wisłę. Skrzyżowanie ulic Wolskiej i Młynarskiej było jednym z miejsc o zwartej zabudowanie, dobrze nadającym się do wznoszenia barykad i obsadzenia sąsiednich domów. Obok pałacyku znajdowały się i inne ważne punkty oporu, również dobrze można by śpiewać o Cmentarzu Powązkowskim, walkach w okolicy ul. Sowińskiego, czy budynkach fabrycznych i szkolnych.

Reklama

Czyli z tym pałacykiem to licentia poetica?

-  Uprawniona. Warszawa pełna jest takich topograficznych powstańczych miejsc-symboli i legend. O ile na regularnej wojnie szlak bojowy znaczą pola bitew, o tyle w Warszawie, oczywiście z zachowaniem wszystkich proporcji, są to konkretne skrzyżowania, budynki, place i reduty. Takie, zapisane w historii powstania punkty, znajdują się właściwie w każdej dzielnicy. Wiele budynków, również tych, zdawałoby się całkowicie nienadających się do celów militarnych, mimowolnie stało się bohaterami powstania. Również ten nieduży piętrowy budynek został placówką powstańczą w pierwszej dekadzie sierpnia 1944.

Jeszcze sobie zanucę w głowie: "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola...". Można powiedzieć, że ta dzielnica, w momencie wybuchu powstania, była taką Warszawą w pigułce?

-  Do pewnego stopnia tak. Typologia zabudowy była podobna: parterowe domki, czworaki o niskim standardzie, czynszówki z podwórkami-studniami liczące od dwóch do pięciu pięter, trochę budynków publicznych w rodzaju szkół i szpitali, a do tego różnej wielkości zakłady przemysłowe. Podobnie było prawie w całej Warszawie. Różniła się za to gęstość i jakość zabudowy - robotnicza Wola ( w większości poza granicami miasta przed 1916 rokiem) to nie ciasne Stare Miasto czy Śródmieście, z kilkudziesięcioma ortogonalnymi, zwartymi kwartałami.

Czyli mamy mieszankę starego z nowym, wysokiego z niskim, zwartego z luźnym. Co w tej przeplatance sprzyjało powstańcom?

- Może zacznijmy od tego, co nie sprzyjało. Trzeba pamiętać, że latem 1944 roku Warszawa miała inną topografię, niż w momencie wybuchu wojny. Zmiany te wynikały nie tylko z wojennych zniszczeń, ale również ze sposobu, w jaki Niemcy administrowali stolicą. Miasto zostało "upstrzone" posterunkami żandarmerii, punktami kontroli z bunkrami, zasiekami i stanowiskami ogniowymi, obiektami administracji cywilnej oraz wojskowej, magazynami, składami materiałów wojennych, zmilitaryzowanymi szkołami, dworcami, obiektami przemysłowymi. Oprócz punktów były i dwie wyspy - okolice placu Saskiego, gdzie mieściło się centrum niemieckiej administracji oraz otoczenie alei Szucha, zwane dzielnicą policyjną. Wszystko razem dawało przeszło sto różnych, zmilitaryzowanych obiektów, podlegających władzom wojskowym i cywilnym. W takiej scenerii powodzenie powstania wymagało niezwykle precyzyjnie skoordynowanej akcji, działań które przypominałyby nie walną bitwę, ale operację komandosów  - zaskoczenie i jednoczesny atak na wiele punktów z bardzo niewielkiej odległości, głównie przy użyciu granatów i pistoletów maszynowych. Atakowi towarzyszyć miała blokada głównych tras komunikacyjnych i przechwycenie infrastruktury komunalnej.

Niemcy mają więc sto rozproszonych, zmilitaryzowanych punktów. A powstańcy?  Butelki z benzyną i znajomość miasta?

-  Znajomość topografii, obok bliskiego podejścia do wroga i szybkości, była jednym z elementów, na które liczono. Znajomość pola bitwy jest kluczowa dla planowania strategii i doboru taktyki. Wykorzystując zaskoczenie, były pewne szanse powodzenia. które miały umożliwić paraliż miasta.

- Z jednej strony, w warunkach konspiracyjnych przeprowadzenie takiej akcji było bardzo trudne, z drugiej, istniał cień szansy, że w zwartej zabudowie plan może się powieść gdyż ataki na poszczególne obiekty miały zostać przeprowadzone z bliskiej odległości i w sytuacji zaskoczenia. W mieście, w którym ulice mają kilkanaście metrów szerokości, a odległe punkty łączy ze sobą zaledwie kilka arterii, rola czołgów, transporterów opancerzonych i dział samobieżnych jest mocno ograniczona. Te granaty konspiracyjnej produkcji "Filipinki", PM-y "Błyskawice" i butelki z benzyna wtedy całkiem dobrze się sprawdzają.

Czyli urbanistyka i architektura po stronie powstańców.

-  Nie byłbym aż tak entuzjastyczny. Miasto to neutralna, ale specyficzna scenografia. Żołnierze skutecznie wykorzystywali liczne zaułki, przejścia podziemiami czy poddaszami. Można unieszkodliwiać czołgi, rzucając z okien kamienic butelki, jednak kamienice, zwłaszcza te warszawskie, o drewnianych stropach i cienkich ścianach, rozsypują się jak konstrukcje z klocków, gdy zaczyna się bombardowanie. Te same podwórka i zaułki stawały się wąwozami i pagórkami z cegieł, belek i żelastwa, które czyniły walkę jeszcze trudniejszą.

Do powstania w tej czy innej formie szykowano się długo. Przegląd zasobów architektonicznych zajmował istotne miejsce w tych planach?

-  Pierwotna wersja akcji "Burza" w ogóle nie zakładała bitwy o Warszawę. Dopiero gdy zmieniła się sytuacja polityczna i wojskowa w lipcu 1944, trzeba było rozważyć, co zrobić z w sytuacji gdy Sowieci podejmą szturm miasta, zaś utworzenie Festung Warschau spowoduje, że niemiecki garnizon wraz z jednostkami frontowymi nie odda miasta bez walki. Szybkie postępy Armii Czerwonej wymusiły rewizję planów. Ogólne założenie było takie: w ciągu pierwszych godzin powstania zdobyć przyczółki mostowe, linię średnicową, najważniejsze budynki komunikacji i łączności. Należało doprowadzić do całkowitej blokady miasta i rozbrojenia oddziałów wroga. Najbardziej ambitne plany dotyczyły Okęcia - do Londynu popłynęły nawet prośby o przysłanie Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego, która miała dokonać desantu na lotnisku i utrzymać je, by służyło do odbioru aprowizacji i posiłków z Włoch, a nawet ZSRR. W zamyśle dowódców, gdyby te plany się powiodły, nie byłoby konieczne angażowanie w powstańcze walki cywilnych budynków, stanowiących zdecydowaną większość zabudowy Warszawy. Celem były wszelkie obiekty administracji cywilnej i wojskowej, na czele z tzw. dzielnicą policyjną w rejonie al. Szucha.

-  Niestety, godzina "W" nie przebiegła tak, jak planowano, wiele obiektów, takich jak PAST-a, budynki dzielnicy policyjnej czy obiekty dookoła placu Saskiego, nie zostało zdobytych. Niemcy zdążyli się zabarykadować i, przede wszystkim, korzystali z technicznej przewagi. Wśród nich każdy mundurowy miał broń palną a nawet małe pododdziały posiadały broń automatyczną. Wśród powstańców - taką broń posiadał  co 10. Był to niestety również rezultat licznych dekonspiracji i wpadek magazynów broni, wydawania broni oddziałom partyzanckim działającym dookoła Warszawy, a w skrajnych przypadkach- braku dostępu do niektórych skrytek, spowodowanego nieobecnością "opiekunów".

Były też sukcesy. W pierwszym dniu powstania udało się zdobyć budynek-symbol: wieżowiec Prudential.

- Gdyby chcieć te sukcesy wyrazić w liczbach, można by powiedzieć, że było to powodzenie w 1/4. Udało się zdobyć co czwarty z planowanych pierwotnie obiektów, m.in. elektrownię na Powiślu, magazyny wojskowe na Stawkach, budynek ratusza przy pl. Teatralnym, niektóre budynki pocztowe, szpitalne i biurowe.  Wśród nich Prudential rzeczywiście pełnił rangę symbolu. Przed wojną był jednym z najwyższych budynków w kraju, synonimem luksusu i nowoczesnych aspiracji stolicy. W 1944 roku z eleganckiego wieżowca została już tylko skorupa, ale i ona działała na wyobraźnię - dopóki na szczycie 60 metrowej budowli powiewała biało-czerwona flaga, żyła nadzieja. Podobną funkcję pełniła flaga na dachu reduty Centralnego Dworca Pocztowego przy ul. Żelaznej.

- Sam budynek Prudentialu jednak, oprócz tego, że stanowił dobry punkt obserwacyjny, a jego podziemia prawdopodobnie wykorzystywano do celów pomocniczych,  nie pełnił istotnej strategicznej roli. Większe znaczenie miało jego otoczenie: budynki nieistniejącej Poczty Głównej, budynek KKO (współczesna Poczta Główna) czy kamienica Towarzystwa Ubezpieczeniowego z Triestu z klubem "Adria" - żelbetowa, solidna, z głębokim podziemiem. W kwartale Jasna- Złota- Marszałkowska- Świętokrzyska biło serce powstańczej administracji cywilnej i wojskowej.

Mózg pracował zaś w gmachu PKO. Umieszczenie w nim siedziby komendy okręgu AK to kolejny wynik splotu okoliczności, czy przemyślany wybór?

- Komenda zmieniała swoją siedzibę kilkakrotnie, wraz z postępowaniem walk. Początkowo mieściła się ona na w fabryce Kamlera, dużym, czteropiętrowym budynku, położonym na pograniczu Muranowa i Woli. Taka lokalizacja dawała większe niż w przypadku Starego Miasta możliwości ewakuacji, a i mury fabryki były solidniejsze niż konstrukcje kamienic. Opracowano też czarny scenariusz - gdyby nie doszło do porozumienia z Sowietami, powstańcy mieli zabarykadować się w budynku i bronić go do końca lub przez Wolę i Powązki przedostać do Puszczy Kampinowskiej. Osłonę Komendy Głównej tworzyły elitarne oddziały Kedywu czyli Zgrupowanie "Radosław", mające konfrontację pośród nowych kwartałów na zachód od Okopowej.  Niestety, brak koordynacji sprawił, że w pierwszych godzinach powstania Komenda Główna AK została odcięta od reszty miasta. Dopiero w nocy z pierwszego na drugiego sierpnia kontratak zgrupowania "Radosław" uwolnił dowództwo, umożliwił mu rozeznanie sytuacji i podjęcie decyzji dotyczących dalszych działań.

 - Na nową siedzibę wybrano dwa budynki szkolne z lat 30. przy ulicy Barokowej zaraz przy Ogrodzie Krasińskich, nieuszkodzone wyposażone w żelbetowe piwnice i solidną, niepalną konstrukcję. Gdy Stare Miasto znalazło się w okrążeniu, komenda przeniosła się do Śródmieścia, właśnie do gmachu PKO na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, mającego 11 kondygnacji i  - co było ewenementem w ówczesnej Warszawie - dwa poziomy piwnic. Z czasem jednak kwartał, w którym znajdował się budynek, był coraz intensywniej bombardowany. Zdecydowano więc o kolejnej przeprowadzce, już ostatniej, do budynku tzw. małej PAST-y przy ul. Pięknej 21- pięciopiętrowego żelbetowego budynku biurowego, wciśniętego między zabudowę, osłonioną od niemieckich punktów oporu i stanowisk strzeleckich.

Budynki przy Ogrodzie Krasińskich nie były jedynymi szkołami, które zapisały się w historii powstania. Rozumiem, że szkoła może sprawdzić się jako magazyn albo szpital, ale reduta?

-  Rola tych budynków wynikała ze sposobu, w jaki wykorzystywali je Niemcy. Na terenie Warszawy znajdowało się trochę koszar, magazynów wojskowych, posterunków, jednak nie były one w stanie pomieścić wszystkich stacjonujących w stolicy żołnierzy garnizonu i jednostek pomocniczych. Podjęto więc decyzję,  jako że edukację w stolicy zawieszono, by wykorzystać istniejące szkoły podstawowe i licea jako "koszarowce". Jak się okazało, świetnie spełniały one swoje zadanie jako punkty obronne - kilkukondygnacyjne, postawione w centrum dużej działki, górowały nad okoliczną willową zabudową. W razie zagrożenia wystarczyło wstawić w okna worki z piaskiem, broń maszynową i czekać. Gdy powstańcy nadchodzili, ulica, boisko czy ogród stawały się przedpolem, pochłaniającym dziesiątki ofiar- zabitych i rannych. Dodatkowo, snajperzy i broń maszynowa umieszczana często na dachach szkół i innych obiektów, paraliżowała życie cywilów w okolicy.

Warszawa miała swoją ścisłą zabudowę, ale miała i miejsca, w których nie było ani domów, ani ludzi.

-  Na przykład teren byłego getta.

Ja myślałam raczej o kompleksie cmentarzy na Powązkach  - Cmentarzu Żydowskim i Starych Powązkach.

-  Właściwie nikt nie zakładał, że tam prowadzone będą walki. Na terenie tych kilku cmentarzy nie było przecież żadnych strategicznych obiektów. Znajdowały się  tutaj miejsca zbiórki pododdziałów AK zaś okoliczne obiekty nie były najistotniejszymi na liście celów.  Niemcy postrzegali jednak obszar jako zielony klin, u podnóża Starego Miasta, przez który można by prowadzić ataki, równolegle z posuwaniem się ulicą Powązkowską,  Górczewską i Żytnią.

-  Walki na tym terenie miały bardzo specyficzny charakter. Powązki były plątaniną alejek, zieleni, nagrobków, kolumbariów, które z jednej strony osłaniały przed ostrzałem i umożliwiały przegrupowanie, z drugiej jednak, pozwalały Niemcom na prowadzenie walki manewrowej i zadawanie strat poprzez ataki granatami, moździerzami. Tak jedna jak i druga strona poniosła na Powązkach ciężkie straty,  sam cmentarz również ucierpiał.

W getcie było tak samo?

-  Tam było prawie jak na pustyni albo w okopach pierwszej wojny światowej - sięgające kilku metrów hałdy gruzu, kikuty budynków, ziemia niczyja z pojedynczymi ocalałymi obiektami. W takich warunkach czołgi byłyby łatwym celem i mogły poruszać się głównie wąwozami ulic. Żołnierze walczyli w niedużej odległości, zaś uzbrojenie nie dawało definitywnej przewagi. W pierwszej kolejności liczył się spryt, czujność i dobry wzrok. Można było stać kilkanaście metrów od nieprzyjaciela i nie dostrzec go zza góry gruzu. Mogło dojść nawet do walki wręcz. Powstańcy zajadle walczyli o ten teren, bo, po pierwsze. znajdowały się na nim obiekty o strategicznym znaczeniu - obóz koncentracyjny "Gęsiówka",  magazyny na Stawkach i w kościele Augustianów, a po drugie, otwarta przestrzeń dawała możliwość podejścia do Starego Miasta.

Gdzie czasem, dla kontrastu,  walczyło się o metry kwadratowe budynków. W katedrze Jana Chrzciciela Niemcy zajmowali prezbiterium, a Polacy nawę główną. Niby tylko kilkaset metrów kwadratowych, a całe pole walki.

-  Nie jest to odosobniony przypadek. W wielu miejscach na Starym Mieście walki toczyły się ściana w ścianę, piętro w piętro. Podobne natężenie walk miało miejsce na terenie tzw. Przyczółka Czerniakowskiego w drugiej połowie września 1944.

I w wielu przypadkach była to walka o kamienicę, w której się mieszkało, kościół w którym służyło się do mszy, szkołę, do której się uczęszczało. Że to wpływało na psychikę - wiadomo. Pytanie tylko, jak.

-  W sytuacji, gdy przez pięć lat wojny Warszawa była rabowana oraz społecznie i kulturowo degradowana, dwumiesięczna, zdawałoby się, beznadziejna walka, budziła skrajne emocje. Na jednym biegunie był żal,  wywołany widokiem własnego miasta zmieniającego się w ruinę, na drugim entuzjazm i determinacja, bo przecież te zniszczenia były ceną za jego uwolnienie. Nie tylko warszawiacy przeżywali tego rodzaju dramatyczny dysonans - podobne doświadczenia mieli za sobą choćby mieszkańcy Stalingradu. Jeśli wojna w mieście trwa dłużej, niż kilka godzin, nie może być innego scenariusza. Jednocześnie w czasie wojny opinie cywilów mają ograniczony wpływ na ich ewentualny los, nawet w sytuacji obowiązywania międzynarodowych konwencji.

Jak z perspektywy cywilów wyglądała powstańcza topografia? Jakieś obiekty miały szczególne znaczenie?

-  Naturalnymi miejscami integracji były wszelkie punkty opatrunkowe, garkuchnie, pompy, studnie.

Do których ludzie ustawiali się w kolejkach, a ogonki te stawały się łatwym celem ataków. Gdzie wtedy szukano schronienia? Odruchowo chciałabym powiedzieć: w piwnicach, ale może były w Warszawie budynki, w których podziemiach ludzie czuli się wyjątkowo bezpiecznie?

-  Niestety, w stolicy nie było ani specjalnie budowanych schronów dla cywili, ani obiektów, które można byłoby do tej funkcji zaadaptować, tak jak stało się to w przypadku londyńskich tuneli metra. W najnowocześniejszych budynkach z końca lat 30. były schrony i głębokie podziemia, ale i one miały niewystarczającą pojemność. Zostawały więc te nieszczęsne piwnice - czy to kamienic czy prywatnych domów. O ile w czasie powstania funkcjonowało wiele cywilnych instytucji, nie tylko zapewniających dostęp do jedzenia o pomocy medycznej, ale też informacji, kultury, a nawet rozrywki, o tyle w kwestii bezpieczeństwa ludzie musieli radzić sobie sami. Społeczność kamienicy pełniła wówczas rolę podstawowej komórki psychicznego i materialnego wsparcia.

Przed wojną nie myślano o wyposażeniu budynków w schrony? Przecież o konflikcie mówiło się na wiele lat przed wrześniem 1939 roku.

-  Zaważyło na tym kilka czynników. Przede wszystkim Polska przed wojną była relatywnie ubogim krajem, który znaczną część swojego budżetu przeznaczał na inwestycje infrastrukturalne i przemysłowe. Dodatkowo przez lata usuwano zniszczenia I wojny oraz wojny polsko-bolszewickiej. Na duże schrony dla cywilów po prostu nie wystarczyło. Jednak, jako że świadomość zagrożenia istniała, w 1936 roku dokonano zmian w prawie budowlanym, wprowadzając obowiązek zabezpieczania budynków na wypadek ataku lotniczego i gazowego. Nowopowstające obiekty musiały mieć spełniające określone standardy piwnice przeznaczone na schron "lokatorski", nakazywano też tworzenie żelbetowych czy niepalnych stropów i dachów. W budynkach publicznych powstawały duże schrony cywilne. W ten sposób w ciągu trzech lat między wprowadzeniem nowych przepisów, a wybuchem wojny powstało w Warszawie sporo tego rodzaju "bezpiecznych" budynków. Jednak w porównaniu z liczbą czynszowych kamienic, które przy bombardowaniach składały się jak domki z kart i paliły jak zapałki, to była kropla w morzu. Tam jedynym i to niepewnym schronieniem były ceglane piwnice.

To skoro jesteśmy przy przedwojennych planach - w dwudziestoleciu powstał szereg projektów modernizacyjnych dla stolicy. Biorąc pod uwagę powstanie, może lepiej, że nie udało się ich zrealizować.

- Dlaczego?

Ponieważ le corbusierowskie, regularne, pełne przestrzeni i zielonych terenów osiedla chyba niezbyt dobrze poradziłyby sobie w czasie walk...

-  Niekoniecznie. Pamiętajmy że idee i formy nowej urbanistyki w wersji LeCorbusiera były najbardziej skrajne w porównaniu z innymi projektantami, takimi  jak Walter Gropius, których teorie materializowały się w nowych osiedlach i dzielnicach. Dla przykładu: w Berlinie większość osiedli tego typu przetrwała wojnę, a śródmiejską, ciasną zabudowę, Sowieci spalili do gołych cegieł. Inny przykład  to Kołobrzeg - miasto zmiecione z powierzchni ziemi, a podmiejskie wille zachowane w nienaruszonym stanie. Również w miastach jak Elbląg, Wrocław czy Królewiec odnajdujemy zachowaną zabudowę z lat 20 i 30. 

 - Wszystko zależałoby od charakteru i natężenia walk, a także od budynków, które znajdowałyby się w sąsiedztwie tego rodzaju osiedli. Osiedle o rzadkiej, regularnej zabudowie z jednej strony ma większą, niż np. historyczna dzielnica, szansę przetrwać bombardowanie. Z drugiej - jego ulice są jak autostrady dla czołgów, przeciw którym trudno postawić skuteczną barykadę. Zmiennych i okoliczności jest zbyt wiele, by jednoznacznie wyrokować. Na wojnie pierwszą ofiarą jest zawsze plan. Komenda Główna nie planowała wielotygodniowej bitwy, zaś walka w mieście jest bardzo złożonym zagadnieniem strategicznym i taktycznym, którego przebieg trudno przewidzieć nie tylko z perspektywy placu boju,  ale i działania żołnierzy. Historia walki o Warszawę nie raz dała temu dowód.

Grzegorz Mika -mgr inż. architekt, varsavianista.  Autor "Od wielkich idei do wielkiej płyty. Burzliwe dzieje warszawskiej architektury", nominowanej do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy oraz nagrodzonej Nagrodą "Klio" II stopnia Porozumienia Wydawców Książek Historycznych, współautor m.i.n. "MOK. Atlasu architektury północnego Mokotowa“. Kurator wystawy "Tożsamość. 100 lat polskiej architektury"  oraz "Warszawa w nowym domu".  Współpracuje m.in. z Muzeum Powstania Warszawskiego i  Muzeum Historii Polski.  Prowadzi wykłady, spacery i badania dot. architektury I połowy. XX wieku w kontekście Warszawy i Europy. Autor strony "Warszawski Modernizm 1905-1939“. 

Zobacz również:

Kobiety w Powstaniu Warszawskim

Architektura pozorów. Co III Rzesza budowała w Polsce?

Skręcona historia. Jak filmowcy mijają się z prawdą


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje